Piotr Rowicki "Mykwa"
reż. Monika Dobrowlańska
Teatr Polski w Poznaniu
Premiera 26 marca

p

Polski teatr idzie w awangardzie rozliczeń z antysemityzmem. Policzmy: „Walizka” Sikorskiej-Miszczuk, „Nasza klasa” Słobodzianka, „Nic co ludzkie” i „Żyd” Pałygi, „Przylgnięcie”, a teraz „Mykwa” Rowickiego.

To pewnie jeszcze nie koniec listy sztuk o Polakach i Żydach. Może za parę lat będzie dzieliło się polskie dramatopisarstwo na sztuki „po Grossie” i „przed Grossem”. Nie mam pretensji ani do teatrów, ani do autorów, że idą za modą. Bo pewne sprawy trzeba przerabiać w nieskończoność. Ma boleć, bo skórę mamy coraz grubszą. Poznańska „Mykwa” jest jak uderzenie łopatą w głowę. Nie zasłużyliśmy na nic lepszego.

Monika Dobrowlańska przenosi nas znów w okolice Jedwabnego. I patrzy na starych ludzi, którzy żyją z tajemnicą. Starość ze sztuki Rowickiego nie jest ani mądra, ani cicha. Niedołężność skrywa plugawe myśli i wspomnienia. Pod siwizną i zmarszczkami szukajcie potwora. Chyba nie było jeszcze w polskim dramacie postaci tak odrażającej jak Jan Sapieżka, 80-letni gospodarz, sądząc z nazwiska – potomek szlachty zagrodowej. Ale przecież to modelowy Polak, rezydent piekła historii, przez jakie przeszło jego pokolenie. Sapieżka, przedwojenny wsiowy donżuan, działał w AK, przeżył obóz koncentracyjny, władza ludowa go posadziła na parę lat. Teraz oblizuje się jeszcze na widok swojej 15-letniej wnuczki, ale już powoli zbiera się z tego świata. I wtedy przychodzą duchy.

Młody ksiądz proboszcz wygląda jak zabity przez niego Żyd Mendel, wnuczka – jak zgwałcona i trzymana tygodniami w komórce dziewczynka Sara. Bo Sapieżka brał udział w mordzie w Jedwabnem, kłuł widłami, podrzynał gardła i wydłubywał oczy Żydom. Wraz z innymi Polakami zapędził ich do stodoły i pozwolił żywcem spłonąć. Kto ty jesteś? – mówi głos w uwerturze do spektaklu. Polak mały! Jaki znak twój? Orzeł biały! U źródeł patriotyzmu tkwi atawizm zabijania obcych. Wojciech Kalwat gra Sapieżkę niemalże jak prowincjonalnego władykę, daje mu wewnętrzną siłę i upór. Prawie do końca nie wierzymy, że uczynił to, co uczynił. Zło bywa fałszywie dostojne, upacykowane przez czas i niepamięć.

Dobrowlańska rozbija tradycyjnie zbudowaną sztukę Rowickiego symboliczną scenografią: Sapieżka i członkowie jego rodziny łażą po pochylonej scenie z gąbki jak po błotnistym polu. Z dziury w ziemi wystaje rachityczna jabłoń. Z drzewa wiadomości dobrego i złego pozujący na biblijnego patriarchę Sapieżka żarł tylko te złe owoce. Jego bracia Wacław i Eugeniusz (Sylwester Woronecki i Zbigniew Waleryś) nie mówią, ale warczą i odszczekują sobie, obaj pokraczni i spsiali. Wnuczek kibol (Łukasz Chrzuszcz) rusza się w chorobliwym tiku, wnuczka (Anna Walkowiak) zastyga w padaczkowym dygocie. Histeria formy, ułomność i nadekspresja wszystkich postaci poza Sapieżką pozwala przypuszczać, że na to jego bliskich spadła kara za jego grzechy.

Bohater Kalwata jak łotr, który naprawdę zapomniał o Złu, do samego końca wygłasza antysemickie filipiki. Broni się przed śmiercią rękami i nogami. Aż w końcu mignie mu przed oczami cały jego haniebny żywot ofiary dwudziestowiecznych totalizmów i znajdzie się w piekle. Piekło Sapieżki to płonąca stodoła w Jedwabnem, krzyki i jęki mordowanych. Kat popieli się razem z ofiarą. To inny finał niż w dramacie, gdzie Sapieżka trafiał do nieba, brał kąpiel w tytułowej „Mykwie”, pełnej jego dawnych sąsiadów, bo przecież nawet Niebo jest żydowskie. Dobrowlańska nie chciała być tak delikatna.

Z części symbolicznych obrazów i kontekstowych pieśni zrezygnowałbym bez żalu. Ale zapamiętam na długo metaforyczną scenę gwałtu na Sarze: dziewczynka w białej koszulce i z jabłkiem wetkniętym w usta, żeby nie krzyczała, skacze na skakance w rytm stroboskopowych błysków. Widz odruchowo szuka łopaty. Bo wnukowie Sapieżki dalej gadają to, co gadają.