Testament inteligenta

Spektakl nie wrył się w pamięć. Pewnie bym dalej o nim nie pamiętał, gdyby w ręce nie wpadł mi unikalny "dwupak". Na jednej płycie audiobook "Wspomnienia z niepamięci" czytane przez samego autora. Na drugiej niespełna 50-minutowy film "Słońce i cień". Gustaw Holoubek i Tadeusz Konwicki spacerują po zamglonym lesie, cały czas po cichu rozmawiając. Czasem przysiądą na pniu, zapalą cienkie papierosy. Potem na chwilę zamilkną i słychać będzie tylko chrzęst suchych liści pod ich stopami. Konwicki mało się odzywa. Zwykle tylko po to, by podrzucić temat przyjacielowi. Albo jednym celnym zdaniem spuentować jego wypowiedź. Mówi Holoubek. O starym świecie, swoim Krakowie i Zwierzyńcu, wybuchu wojny, co przecięła wszystko. Nie wiem, jakiego fortelu użył Jan Holoubek, by zmusić ojca i jego starego kompana do tego nagrania. Osiągnął jednak efekt wstrząsający. Z tego chodzenia po lesie, ze smutku i nostalgii Holoubka, z ironii Konwickiego wyłania się jedyne w swoim rodzaju epitafium dla dawnego porządku wartości. Prowadzona półgłosem i bez wielkich słów opowieść o kresie tej generacji polskiej inteligencji, która przez lata nadawała ton nie tylko teatrowi. Ma się wrażenie, że przynajmniej Gustaw Holoubek potraktował dokument syna jako okazję do ogłoszenia intelektualnego i artystycznego testamentu.

Obraz - zbliżenia twarzy obu starych ludzi. Ich głosy. Niski, chrapliwy nieco głos Holoubka i niepowtarzalnie zdarty Konwickiego (w "Pół wieku czyśćca" opowiadał przecież Stanisławowi Beresiowi, że się go wstydzi, tego głosu "jak u starej kurwy"). Krótki film mówi więcej niż choćby wydane już po śmierci aktora "Rozmowy" Marii Terleckiej-Reksnis. Młody Holoubek, a przede wszystkim Konwicki, nie przystaliby na to, na co tak chętnie, może mimowolnie, zgodziła się autorka tamtej książki. Nie pozwoliliby artyście wejść na cokół pomnika, momentalnie przekuliby balon mentorstwa. Dlatego w "Słońcu i cieniu" nie ma gotowych recept na życie ani jednoznacznych sądów. Jest próba ujęcia życia w kilka słów, jest przeczucie, że trzeba mówić, da się zignorować kamerę. Mówić teraz, bo za chwilę może być za późno.

W filmie Jana Holoubka pomiędzy sekwencjami w lesie pojawiają się ułamki filmowych ról Gustawa Holoubka. Najwięcej jest tu chyba "Lawy", bo wtedy przy jej realizacji mógł posmakować Wilna Konwickiego. Ale nawet pourywane fragmenty Wielkiej Improwizacji pokazują, że w kinie, w teatrze można dotknąć nieśmiertelności. Istnieje zapis głosu Holoubka z przedstawienia Kazimierza Dejmka z roku 1967. Jego ułamki zarejestrowano także na taśmie filmowej. A jednak lata robią swoje. Może dlatego, że nakręcona w 1989 roku "Lawa" dla mojego pokolenia stała się filmem zbójeckim, znakiem naszej inicjacji w inny wymiar życia. I mrok Holoubka, jego siła robiły piorunujące wrażenie. Wtedy wiedziałem, że to wielki aktor.

Dramat konserwatysty

Z pamięcią bywa różnie. Od odejścia Gustawa Holoubka minął rok, nie dość, że nie zapomnieliśmy, to odkrywamy ciągle na nowo jego inną obecność. Teatr Dramatyczny w Warszawie nosi dziś jego imię. Może dobrze, ale nie tego rodzaju ceremonie mają największe znaczenie. Ukazała się książeczka z anegdotami o Holoubku. Miała pokazać, że był niezrównanym gawędziarzem o trudnym do opisania poczuciu humoru. Wyszło sztampowo i banalnie. O rozmowach z Terlecką-Reksnis już wspominałem.

W marcu wzbogacone o unikatowe fotografie ukazało się wznowienie "Wspomnień z niepamięci", przypominając, że opowiadać o sobie umiał Holoubek z zupełnie nieoczekiwanej perspektywy. Usunąć teatr w cień, na pierwszy plan wysuwając pamięć o domu, mieście, ludziach. 
Jeszcze film "Słońce i cień" i jeszcze monograficzny numer "Notatnika Teatralnego" poświęcony artyście. Numer znakomity, bo - znów - niejednoznaczny, wymykający się prostej i nachalnej hagiografii. Z rozmów z Janem Englertem czy Zbigniewem Zapasiewiczem wyłania się obraz aktora i reżysera, który traktował zawód jako rzemiosło i misję, ale nie tolerował odstępstw od wyznaczonej przez siebie samego normy. Inna rzecz, że norma ta na lata stała się dla polskiego teatru punktem odniesienia. Ale też prawdą jest, że w ostatnim czasie Gustaw Holoubek stał się w pejzażu polskiego życia teatralnego wyspą samotną. Przez ostatnie lata był dyrektorem warszawskiego Ateneum, które uznano za synonim artystycznej konserwy. Holoubek, samemu hołdując twardym zasadom uprawiania teatru, pozwolił lub nie miał siły, by temu zapobiec, na to, by ceniony teatr osiadł na mieliźnie, grając dwuosobowe sztuczki na pary mizdrzących się do widowni wykonawców. Sam w Ateneum szczyt osiągnął tylko raz - reżyserując ascetycznego do granic wytrzymałości, wydobywającego na wierzch jądro tragedii Sofoklesa "Króla Edypa". Nigdy nie widziałem na scenie tak dysponowanego Piotra Fronczewskiego, ofiarnie zdzierającego z siebie maskę zmanierowanego gwiazdora na rzecz jakiejś - bo ja wiem - skrajnej uczciwości wobec swojego bohatera. A byli jeszcze przecież krystalicznie czyści Teresa Budzisz-Krzyżanowska, Jerzy Trela przy świetnym akompaniamencie całego zespołu.

Skupiony na słowie, rozegrany w pustej przestrzeni "Król Edyp" był ostatnim dowodem inscenizatorskiej mocy Gustawa Holoubka. Dowodem, że w jego wyznaniu wiary w teatr kryje się wciąż nowoczesna propozycja. Tyle tylko, że wypełnić ją udało się w ostatnim czasie tylko wtedy.

Pisał o Holoubku Janusz Majcherek, że przeżywał on dramat konserwatysty. Trwał przy swoim, obserwował młodych, nawet wbrew wielu nagonkom wpuszczał ich do teatru (co sprawiedliwie naświetla "Notatnik teatralny"), ale na nowe prądy był zamknięty, nawet odsądzał je od czci i wiary. I dlatego słowa aktora ze "Słońca i cienia" słyszane dzisiaj, brzmią szczególnie gorzko. Dziś widać bowiem, że epoka Holoubka odeszła bezpowrotnie. Im bardziej pamiętamy, tym robi się to bardziej wyraźne.

Punkt dojścia

Z pamięcią bywa różnie. Zazwyczaj zestawiano ich razem, szukano różnic, rzadziej podobieństw, wynajdywano powody do ewentualnych konfliktów, najlepiej na arenie teatru, wobec publiczności. Holoubek i Łomnicki. Sami stwarzali zresztą ku temu okazję, bowiem wiedzieli o sobie wszystko, nie szczędzili też złośliwych komentarzy w ocenie swych kolejnych ról. Wiadomo było, i rzeczywiście tak było, że są na antypodach, z dwóch znoszących się światów. Przez całe lata chodziło się i na Holoubka, i na Łomnickiego. I w tej rywalizacji stawiało na jednego z nich. Wybór zaś wiązał się z określeniem, za jakim modelem aktorstwa czy też w ogóle teatru się opowiadamy.

Holoubek - przylgnęło do niego określenie "aktor intelektualny". Podkreślający czy wręcz kontemplujący swą inteligencję, emocje zawierający nie w tanim psychologizowaniu, ale w słowach. Zachowujący dystans do postaci, odżegnujący od stapiania się z nimi w jedno. Daleki wreszcie od kultu fizycznej transformacji pozwalającej każdego wieczoru na scenie stawać się innym człowiekiem. Owszem, Holoubek się nim stawał, lecz tylko na poziomie myśli, intencji i emocji. Pijąc do Łomnickiego pokpiwał sobie z doklejanych wąsów i bród.

Tadeusz Łomnicki - "Zazdroszczę im, że będą mogli na mnie patrzeć" mawiał ponoć tuż przed początkiem spektaklu, niedostrzegalnie rozsuwając kurtynę warszawskiego Teatru Współczesnego. Gigant i wielki potwór, żądający bezwarunkowego posłuchu. Największy aktor, jakiego kiedykolwiek widziałem. Działał wedle zasady, że świat jest teatrem, dlatego nie ma mowy o bezpiecznym oddaleniu. Grał do ostatecznego spalenia. Zdarzało się, jak choćby w genialnym "Ja, Feuerbach", że zaprzeczał niemal prawom grawitacji. W roli Sagera w telewizyjnym "Stalinie" Salvatore w reżyserii Kutza dał ślad tego, co był w stanie zagrać w Learze. Gadano potem, że zmarł wymarzoną śmiercią każdego aktora, na scenie podczas próby. Przerwano mu - w tym nie było sensu.

Patrzyłem na ostatnie sześć ról Łomnickiego w warszawskich teatrach - tę oszałamiającą końcówkę. Spowodował, że choć go nie znałem, mogąc oglądać jego sztukę, stawał się kimś bliskim. Nie dość, że punktem odniesienia. Punktem dojścia. Lepiej grać chyba już się nie dało.

Pusty szczyt

Gdybym musiał odpowiedzieć na pytanie "Holoubek czy Łomnicki", rzekłbym - Łomnicki. Ale najchętniej nie odpowiadałbym na nie wcale. Świat polskiego teatru jakby zapomniał o Łomnickim, nikt nic nie mówi, nikt nie pisze. Pamięć o Holoubku, rzecz jasna znacznie świeższa, przybiera nowe formy. Jego głos czytający "Wspomnienia z niepamięci", ręka trzymająca papierosa w filmie "Światło i cień".

To odchodzi, tak jak odchodzi temperatura sporów o Holoubka, o Łomnickiego. Zapał, z jakim manifestowano wobec nich uwielbienie. I w tym tkwi doświadczenie kresu wspaniałej generacji polskiego teatru i inteligencji z czułością sfotografowane przez Jana Holoubka. Nie jest tak, byśmy po śmierci Holoubka, po tym jak zrozumieliśmy, że miejsca po Łomnickim zapełnić się nie da, stracili aktorów. Owszem, są. Są i grają, często wspaniale, otwierając samym sobie nowe drogi. Tyle że to już są jakieś inne, niższe rejestry. Miejsce na Olimpie jest i pozostanie puste, role wodzów - nie do obsadzenia. Nie ma się co obrażać na świat i na teatr, taka jest kolej rzeczy. I tylko kiedy wyciągam kasety z filmem "Ja, komediant" i znowu słyszę głos Łomnickiego, kiedy wspomina, jak usłyszał od swojego mistrza "Gówniarzu, rola ci leży jak rękawiczka", robi mi się żal. Albo gdy chrzęszczą liście pod stopami Gustawa Holoubka...