"Rewizor"
Mikołaj Gogol
reż: Łukasz Czuj,
Premiera: 21 marca 2009 roku

_____________________________________________________________________________

Założenie jest takie: przypadki z komedii Gogola powtarzają się w przedwojennej Rosji. Czuj nasyca "Rewizora" klimatem Bułhakowowskich diaboliad, ekscesami oberiutów, kłania się nawet Erdman… Ma w głowie opisy spektaklu Meyerholda, łączy elementy ekspresjonistyczne z surrealistycznymi. I jest tak, jakby Chlestakow był zapomnianym kompanem z bandy Wolanda rozbijającej się po Moskwie lat 30. Jakimś cudem trafił do departamentu sprzedającego (pod przykrywką handlu rybami) broń towarzyszom z zagranicznych formacji rewolucyjnych. Nie ma miasteczka w odległej guberni, jest stołeczny urząd, biurokratyczna machina zarządzana przez emerytowanego generała Armii Czerwonej, a obecnie dyrektora Dmuchanowskiego (Mirosław Neinert). Wszyscy noszą mundury, na każdym kroku czuć wojskowy dryl. Po bokach sceny znajdują się dwie windy wożące pracowników na inne piętra, w głębi widać drzwi do gabinetów, czasem opadają z sufitu szklane przepierzenia i oto jesteśmy w zakładowej stołówce. Pośrodku przestrzeni stoi szpaler biurek, sekretarki sortują niewidzialne papiery.

Neinert gra obrzydliwego zamordystę-choleryka, ma obsesję, że jest nieustannie kontrolowany "przez zwierzchność". Nic dziwnego, że i jego podwładni podejrzewają nasłanego rewizora w dopisanym Gogolowi węgierskim turyście. Chlestakow w brawurowej kreacji Rafała Sawickiego (najlepszy Chlestakow, jakiego widziałem ostatnio na polskich scenach!) trafia tu prosto z radzieckiego półświatka. Łazi w marynarskiej koszulce i wściekle zielonej marynarce jak żulik-oberiuta, pasożyt społeczny bez prawa do pracy, chuligan i wróg klasowy. Może to nawet sam Daniił Charms lub Aleksander Wwiedeński…

Sawicki – zmysłowy, radziecki Baal epoki NEP-u – chwali się znajomością z Majakowskim, to on napisał "Trzy siostry Karamazow". I publikował przemówienia polityczne pod nazwiskiem Dżugaszwili.

Atutem bielskiego spektaklu jest jego zespołowość (ale najbardziej podobali mi się Gzowska, Gera, Czapla i Abrahamowicz). Kreowani przez nich urzędnicy zawsze działają jako grupa, to taka radziecka swołocz marząca o tym, żeby władza była nie tyle surowa, ile wybiórczo sprawiedliwa. Czuj otwiera spektakl litewskim kluczem inscenizacyjnym, cytuje Korsunovasa i Tuminasa. To propozycja sprawdzenia komedii Gogola w kostiumie z innej epoki na tej samej zasadzie, jak czynił to Branagh z „Hamletem” przeniesionym w XIX wiek. Dzięki temu zabiegowi porewolucyjny „Rewizor” staje się bardziej gorzki. I choć pierwsza część ma charakter mrocznego komediodramatu, a druga świadomie ociera się o farsę erotyczno-łapówkowo-epistolarną, finał to już czysta tragedia. Gogol pomaga w próbie rekonstrukcji mentalności epoki, w której totalitaryzm przechodzi z fazy miękkiej w stalową. Oglądamy koniec ery limitowanej wolności. Oszukany dyktator z departamentu przykręca śrubę. Przedstawienie kończy się, jak kiedyś Tuminasowy "Rewizor": zabiciem kozłów ofiarnych, czyli Dobczyńskiego i Bobczyńskiego. Chlestakow trafi na Łubiankę albo umrze z głodu jak Charms. Miał rację Gogol: I z czego tu się śmiać?