Próbuję zrozumieć strategię Jana Klaty. Rok temu zrealizował we Wrocławiu „Sprawę Dantona” Przybyszewskiej i spektakl ten – najlepszy w dorobku artysty – kazał na nowo zdefiniować jego pozycję. Reżyserując rzadko grany dramat, nie zrezygnował z firmowych znaków swego teatru, ale znacząco przestawił akcenty. Została playlista, komentująca a rebours lub wprost przebieg zdarzeń, ale tekst potraktowano z szacunkiem. W ten sposób Klata wydobył ze starej sztuki Przybyszewskiej całkiem współczesną siłę. Postawił na to, co jest poza konkretnym czasem, wyrzekając się oczywistych aktualizacji.

Na „Sprawę Dantona” spadł deszcz zazwyczaj zasłużonych laurów. Klata otrzymał m.in. nagrodę Swinarskiego, traktowaną zwykle jako ukoronowanie kariery. No i od razu odezwali się wierni krytycy, w rozpieszczaniu niegdysiejszego buntownika dostrzegający próbę złamania mu charakteru. Bo Klata – akademik brzmi dużo gorzej niż Klata – rewolucjonista, podpalający lont pod zasłużonymi instytucjami. Trzeba więc było przeciwdziałać.

Twórca próbował potem eksperymentu z „365 sztukami na 365 dni” w Bydgoszczy, ale spektakl „Witaj/Żegnaj” dowodził tylko, że dotychczasowa formuła jego spektakli nieodwołalnie ulega wyczerpaniu. Potem poważył się na „Trylogię” Sienkiewicza w krakowskim Starym Teatrze, czym podzielił publiczność i krytykę. Jednak dopiero „Szajba” miała, jak sądzę, rozwiać niepokój tych wszystkich, którzy na zawsze chcieli mieć „swojego” Klatę – wiecznie młodego wichrzyciela z irokezem na głowie, co to w warszawskim TR wystawił niegdyś własne wiekopomne dzieło „Weź, przestań”, próbując w nim ośmieszyć nową Polskę. Teraz powrócił do tego tematu, niestety z podobnym artystycznym skutkiem. Co nie oznacza, że swego celu nie osiągnie. Już widzę te recenzje, słyszę głosy podekscytowanych – oto znów Klata drapieżny, bijący prosto między oczy. Nie wszedł w togę akademika, woli siarczyste pogo na scenie.

Jeśli tego rodzaju kalkulacja stała u podstaw wyboru sztuki Sikorskiej-Miszczuk, reżyser zatem może wyjdzie na swoje. Z wierzchu rzecz bowiem wygląda efektownie. „Szajba” należy do niemal nieznanego u nas gatunku political fiction, na dodatek zmieszanego z szaloną farsą. Jesteśmy w Polsce, która znalazła się w stanie zagrożenia. Podbić ją pragną Wielkie Kujawy, reprezentowane przez dwójkę terrorystów, uderzająco przypominających komiksowe wizerunki islamskich żołnierzy bin Ladena. Sam Osama zresztą również pojawia się w sztuce, dzwoniąc do polskiego premiera dożywotniego, czyli Mistera Ble. Ten zaś pragnie zapewnić sobie nietykalność, w razie gdyby terrorystom udało się zgładzić prezydenta USA. Mamy tu jeszcze niejakiego Hansa, który służy autorce do mnożenia żartów na temat stosunków i zaszłości polsko-niemieckich, profesora Bralczyka uczącego kujawskich neologizmów (kujater zamiast bohater) oraz protagonistkę Wiktorię, żonę Ble, mającą, zdaje się, uosabiać kobiecą siłę i uległość jednocześnie. Na koniec, jako wisienkę na torcie, mamy głos Polski, proszący, by ją wszyscy zostawili w spokoju.

Przepis na sukces i medialny rozgłos Małgorzata Sikorska-Miszczuk zastosowała niezbyt skomplikowany. „Szajba” ma być, jak się zdaje, jazdą bez trzymanki, która wyrzeka się wszelkich reguł, z zasadami dobrego smaku włącznie. Ma dowalać wszystkim, obalać wszystkie możliwe mity i świętości. Ma wreszcie stać się próbą języka, przyjmującego każdą najbardziej żałosną kalkę i wykoślawienie dzisiejszej polskiej nowomowy. Próbą na miarę twórczości Doroty Masłowskiej, w dziedzinie takich gier niezrównanej.

Tak ma być, ale Sikorska-Miszczuk, a za nią Klata, przegrywają na całej linii. Od chwili lądowania talibów w Klewkach wiemy dokładnie, że polska polityka jest kuźnią absurdów i sztuce trudno je przebić. Można tylko podbijać bębenek dowcipów, których miejsce widziałbym raczej w telewizyjnym sitcomie. Przedstawienie we wrocławskim Teatrze Polskim sitcom uderzająco zresztą przypomina. Nie ma fabuły, bo liczą się tylko co chwila bardziej ryzykowne gagi. Za śmiech z offu może zaś robić nieustający rechot publiczności. Można próbować godzić się na taką konwencję, chcieć zaakceptować ją z całym dobrodziejstwem inwentarza. Jednak nie warto, bo w zamian Klata nie oferuje ze sceny niczego. „Szajba” to tylko sprawnie skręcona, chwilami profesjonalnie zagrana (Kinga Preis i Wojciech Ziemiański dadzą sobie radę nawet w najbardziej kretyńskich zadaniach) teatralna atrapa.

W „Sprawie Dantona”, a wcześniej w krakowskiej „Orestei” reżyser proponował rozwiązania może dyskusyjne, ale na pewno konsekwentne. Budował światy zamknięte, rządzące się wewnętrzną logiką. Usunięcie z nich jednego elementu spowodowałoby zawalenie całości. „Szajba” wydaje się na tym tle inscenizacją niepotrzebną, krokiem wstecz na drodze artysty.

Rzecz nie sprawdza się na żadnym poziomie. Klasa żartów sytuuje ją w pobliżu realizowanego we Wrocławiu „Świata według Kiepskich”, a może nawet niżej. Jako prowokacja spektakl też nie doczeka się oczekiwanego rezonansu. Skoro mówi się ze sceny wszystko, niczego nie pozostawiając inteligencji i wyobraźni widza, słowa i pozornie bezpardonowe ataki tracą jakiekolwiek znaczenie. Trudno wyważać drzwi, bo wszystkie dawno zostały otwarte. Zatem działanie Klaty jest bezpieczne, sprowadza się do wywołania nieustannego rechotu wpatrzonej w niego publiczności. Jego bunt wobec współczesnego modelu polskości i jemu pochodnych okazuje się łagodny, pozbawiony siły. „Szajba” kumuluje w sobie wszystkie błędy nowego teatru zaangażowanego, który za cel stawia sobie zaszokowanie zadowolonej z siebie publiczności. O żadnym szoku mowy nie ma, bo trudno przejąć się sceną, w której aktor rytmicznie kopuluje z odpowiednio ustawioną aktorką. Ani tym, że reżyser wraz ze scenografem najwyraźniej widzą Polskę jako gigantyczną szklarnię z setkami donic rzepaku, potrzebnego do produkcji oleju kujawskiego. Dlatego prawdopodobnie na Scenie na Świebodzkim taką szklarnię budują i zamykają w niej aktorów oraz widzów.

„Szajba” to przedstawienie artysty, który próbuje oszukać czas. Staje przed lustrem i powtarza sobie, że nigdy nie przestanie być młody. Następnie idzie pobawić się w anarchistę, nie zauważając, że wygląda zupełnie inaczej, niż sobie założył. I właśnie to jest we wrocławskiej „Szajbie” Jana Klaty może najśmieszniejsze. Pozorowana anarchia obróciła się we własne przeciwieństwo. Klata odcina kupony od dawnej sławy.