Antoni Czechow "Trzy siostry"

reż. Paweł Łysak

Teatr Polski w Bydgoszczy

Premiera 23 maja

p

Spektakl zaplanowany został jako część projektu „Czechow Saga”, w którym trzech reżyserów wystawi w tej samej scenografii dramaty Czechowa – jak głosi zapowiedź – próbując dojść do sedna jego twórczości. Oprócz „Trzech sióstr” za chwilę Wiktor Rubin przedstawi „Czajkę”, a już na początku lipca czeka nas „Płatonow” Mai Kleczewskiej. Ambitny plan. Tym bardziej że ta i ostatnie polskie inscenizacje utworów autora „Wiśniowego sadu” na nowo stawiają pytanie, jak pokazać Czechowa, by nie popaść w obyczajową ckliwość, nie uciekając daleko poza tekst.

Po bydgoskiej premierze widzę, że reżyser złączył ze sobą kilka konwencji, nie do końca wiedząc, co chce powiedzieć. Zadecydował, jak na tej wagi dramaturgię ryzykownie: dla każdego coś miłego. Otrzymujemy klasyczny świat Czechowowski, jednak sugerowany tylko przez scenografię Pawła Wodzińskiego – sześcian podzielony na segmenty z pokojami, przechodząc po których postacie niemal wpadają na siebie, świetnie wydobywa klaustrofobiczność sytuacji bohaterów.

Łysak przerysowuje postaci, większość jakby przychodziła z komedii Plauta; Prozorow (Michał Jarmicki) to od razu przegrany intelektualista, skazaniec. Aktor robi, co może, by trafić do widza, ale gubi się w deklaratywnych razach, po sam koniec niczego już nie odkrywając. Kurioza to Tuzenbach Michała Czachora i Solony Mateusza Łasowskiego prowadzący między sobą psychologiczny spór, jakby sami nie wiedzieli dlaczego albo przeczuwali, że tak będzie śmieszniej. Zmuszają nawet widzów do dyskusji, ale ten znany już zabieg Pawła Łysaka okazuje się karkołomny. Aktorzy zupełnie wypadają z roli i bezwiednie stają się konferansjerami. Fierapont (Paweł L. Gilewski) jako nie wiedzieć czemu niedorozwinięty wesołek w trakcie dyskusji o sensie życia rozdaje widzom kawę. Prozorow krzyknie, że dla niego szczęściem są filmy z Bruce’em Lee. Na scenie i wokół niej panują słowne kuglarstwo i swoboda. Wedle reżysera najwyraźniej „Trzy siostry” trzeba rozegrać tak blisko trywialnych odniesień, by stały się zrozumiałe.

Lepiej wypadł Czebutykin Mariana Jaskulskiego, który powoli i dyskretnie odkrywa oblicze, a na koniec budzi wręcz trwogę. Na uwagę zasługują Magdalena Łaska (Irina), Marta Ścisłowicz (Olga) i Marta Nieradkiewicz (Masza) – role skończone, niebojące się wejść w wyraźne, rozwleczone psychologizowanie.

Zaskoczeniem okazuje się druga część spektaklu, rozegrana w skrajnie innej konwencji: pożar miasta i kolejne zdarzenia nabierają rangi katastroficznej wizji. Postaci, jakby znając wynik historii, prowadzą z sobą rozgrywkę, badając sens każdej frazy. Wychodzą z ciasnej klatki domu i na właściwie pustej scenie, przyspieszając tempo, przyznają, że wolałyby zrzucić z siebie ciężar opowieści; że może wszyscy jesteśmy za blisko takich dramatów, by móc je odegrać i oglądać. Ciekawe to i przejmujące zakończenie. Właśnie dla tych 30 minut warto zobaczyć spektakl. Reszta prowadzi do smutnej konkluzji: mamy w młodym polskim teatrze tylko jakieś próby podejścia do „Trzech sióstr” z każdej strony, jakieś krótkie poruszające momenty. Nie mniej, ale na pewno nie więcej. Dokładnie tyle.