Kiedy oglądam pana „Kalimorfę”, a teraz „Zbombardowanych”, wydaje mi się, że w teatrze interesują pana ludzie postawieni w sytuacjach ekstremalnych.

Marek Kalita: Na pewno coś w tym jest. Współprowadziłem w Krakowie Teatr Bueckleina, wcześniej Teatr Strefa, często pracowaliśmy nad tekstami Becketta, a to przecież także autor portretujący swoich bohaterów wobec takich sytuacji. Adaptowałem też fragmenty „Zbrodni i kary” Dostojewskiego w spektaklu „Raskolnikow”. Jednak nie planuję z góry pracy nad takimi tekstami. To wychodzi ze mnie i każe zajmować się tego rodzaju tematami. Kieruje mną intuicja. Kiedy przeczytałem „Kolekcjonera” Fowlesa, wiedziałem, że chcę na jego podstawie napisać tekst, powstała „Kalimorfa”.

Realizuje pan „Zbombardowanych” Kane, w morzu okrucieństw opisywanych przez autorkę szukając poezji. To zaskakujące i inspirujące jednocześnie.

Dystansuję się od tych wszystkich funkcjonujących w obiegu określeń – „brutaliści”, „Sarah Kane – modna autorka”. Nie znam się na tym i prawdę mówiąc, niewiele mnie to obchodzi. „Zbombardowani” to utwór bardzo bolesny i rzecz nie w tym, że ktoś kogoś gwałci na scenie. Ten tekst mnie wzrusza. Dotychczas sztuki Kane pokazywano zwykle w sposób realistyczny czy wręcz naturalistyczny. I stąd te wszystkie etykiety stosowane wobec opartych na nich przedstawień. Myślę, że prawdziwą drogą jest to, co w „Oczyszczonych” zrobił Krzysztof Warlikowski. W swoim spektaklu próbuję iść w podobnym kierunku. Sądzę, że Kane nie można realizować „na goło”. Potwornie trudno jest połączyć wpisane w ten tekst okrucieństwo ze zrozumieniem wobec bohaterów. Trzeba uważnie ją czytać, bowiem w istocie jej dramaty nie są wcale naturalistyczne. Między wierszami czai się cała warstwa symboliczna i tylko trzeba spróbować do niej dotrzeć. Pinter pisał, że Sarah Kane to nowy Beckett. U niego też są okrucieństwo i poezja jednocześnie.

Współczuje pan bohaterom „Zbombardowanych”?

Ja się nimi wzruszam. Interesuje mnie w teatrze próba przemiany, choćby nieudana. Bohater „Kalimorfy” chciał być kimś innym, wymarzył sobie własne przeistoczenie w motyla. Kiedy okazało się, że to niemożliwe, pogrążył się we okrutnej grze we władzę. Z Kane jest podobnie. Nie chcemy przez „Zbombardowanych” epatować brutalnością. Chcemy opowiadać o ludziach: ich rozpaczy, miłości, pragnieniu miłości, umieraniu. Wiem, że bezpośrednim impulsem dla autorki do napisania tej sztuki było zdjęcie kobiety powieszonej na drzewie podczas wojny w Bośni. Trzymała je na swoim biurku, pisząc tekst, chyba długo nie mogła sobie z nim poradzić. Pomyślałem, że przecież ktoś to zdjęcie zrobił. Co by było, gdyby opowiedzieć jego historię – kim był, co się z nim stało. Próbować odtworzyć ostatni tydzień z jego życia – tydzień umierania.

Mam wrażenie, że w swoim teatrze mówi pan szeptem. Tak da się powiedzieć więcej?

Tak mi się wydaje. To, o czym teraz mówimy, to efekt sceniczny. Wcześniej trzeba przejść wewnętrzną drogę, głęboko drążyć siebie. Czasem się to udaje, innym razem nie. Można przecież przez cały czas pozostać na poziomie wstępnej konstatacji: tak, świat jest brutalny. Próbowaliśmy pójść dalej, pracując z aktorami. „Zbombardowani” to próba teatru wewnętrznego. Ważna jest droga jego powstawania.

Teksty przychodzą do pana same czy ich pan szuka?

No właśnie, one przychodzą. Trafiam na nie – to chyba sprawa owej intuicji. Reżyseria to przecież nie jest mój zawód. Byłem aktorem Starego Teatru w Krakowie, potem Rozmaitości, teraz Nowego Teatru. Czułem potrzebę zakładania teatrów offowych, a teraz raz na jakiś czas czuję potrzebę reżyserowania. Traktuję to znowu jako drogę, przede wszystkim do poznania siebie. Tym razem uświadomiłem sobie, że nie znam żadnych odpowiedzi na pytania, które stawia Sarah Kane. Nie mówię, że pójdę do wojska albo zapiszę się do organizacji pacyfistycznej, ale ona każe mi myśleć o wojnie, o zabijaniu. Jakoś się wobec tego określić. To bardzo trudne.

Pana reżyserowanie bierze się z obserwacji artystów, z którymi pan pracował?

W jakiejś mierze na pewno tak. Mogę powiedzieć, że jestem szczęśliwym człowiekiem, ponieważ spotkałem na swojej drodze Krystiana Lupę, Andrzeja Wajdę, wreszcie Jerzego Jarockiego, który jest mi szczególnie bliski, bo był aktorem i z aktorami wspaniale pracował. Reżyser musi zapewnić aktorowi komfort, bezpieczeństwo. Potem spotkałem Krzyśka Warlikowskiego i Grzegorza Jarzynę. U Jarzyny zawsze najbardziej pociągały mnie emocje, na których buduje swe przedstawienia. A Warlikowski próbuje wypowiedzi bardziej filozoficznej, pociąga mnie jego pasja rozmowy o teatrze. U niego próby nigdy się nie kończą. Spektakle zmieniają się fundamentalnie.

Pamiętam znakomitą pana rolę w „Ocalonych” w Starym Teatrze.

O właśnie, jeszcze reżyser Gadi Roll. Przypominałem sobie o tej pracy właśnie teraz, próbując „Zbombardowanych”, bo przecież Sarah Kane nie wzięła się znikąd. Wcześniej był Pinter, był Bond. A Gadi wyczuł w „Ocalonych” przedziwną muzykę tekstu. Coś podobnego jest i u Kane. Także to nakłada na te teksty poezję.

Zakłada pan taką sytuację, że zrezygnuje z aktorstwa i całkowicie poświęci się reżyserii?

Niczego nigdy nie zakładam. Aktorstwa i reżyserowania nigdy nie oddzielałem, zawsze udawało mi się robić jedno i drugie. Owszem, reżyserując można powiedzieć więcej, niż tylko grając. I mówić własnym głosem. Tym bardziej że do moich przedstawień sam robię scenografię, więc jest to próba wypowiedzi, która łączy wszystkie sfery. Muszę wymagać przede wszystkim od siebie, bo dopiero wtedy zyskuję prawo do czegokolwiek.

Długo pracowaliście nad „Zbombardowanymi”?

Dość długo. Złożyły się na to także przyczyny techniczne i losowe, ale poza tym takie przedstawienie musi mieć swój czas. Czasem trzeba pobłądzić, bo błądzenie też jest wartością.