Według jakiego klucza dobieraliście piosenki do spektaklu „Rechot Brechta”?

Karolina Piechota: Nie wiem, jak nazywać „Rechot Brechta”. Nie chcę mówić, że to spektakl, ale też i nie koncert. Może po prostu spotkanie z ludźmi? Ono jest najważniejsze. Co do songów… Odrzuciliśmy utwory najbardziej oczywiste, najbardziej znane szlagiery. Wybraliśmy te, które odsłaniają inną stronę człowieka i stały się mi bliskie. Niektóre z nich, jak „Jenny Piratka” czy „Ballada o piekielnej Lili”, chodziły za mną od dawna, tylko wciąż nie wiedziałam, jak je rozgryźć. Jak spowodować, żeby widz zapomniał, jak te piosenki się kończą, i przeżył prawdziwe zaskoczenie. Na przedstawienie złożą się nie tylko piosenki. Będę też trochę mówić, ale wyłącznie słowami Brechta – z jego poezji i dramatów.

Kim jest bohaterka przedstawienia? Karoliną Piechotą czy też za każdym razem inną dziewczyną z songów Brechta?

Zagrałam w filmie „Drzazgi”, który zaczyna się od ujęć brudnego Śląska z biedaszybami i wszystkim, co się z tym kojarzy. A potem widz dostaje niespodziankę i przekonuje się, że Śląsk może wyglądać inaczej. Z tym spektaklem powinno być podobnie. To, co najbardziej mnie ciekawi, to zabawa konwencjami. Zaczynam utwór w jednej konwencji, a za chwilę nie wiedzieć czemu, ją zrywam. Niczego nie zamierzam udawać. Wchodzę na scenę jako aktorka, bo nią jestem. Jako aktorka sprzedaję się, żeby żyć. Wcielam się w wiele ról. Nie żądam od początku, żeby ludzie zaczęli myśleć, chcę tylko dać im pożywkę do myślenia i wywrzeć na nich określone wrażenie. Zostając w zgodzie z Brechtem, chcę być prowokująca, nie boję się bycia złą. Będę zaczepiać widzów: „nie chciałbyś zajrzeć drugiemu do kieszeni, sprzedać własnej matki”, „nie staraj się być uczciwy i tak silni wygrają, a słabi dostaną za to, że są słabi”. Nikogo nie pouczam, raczej zabawiam. I tylko chciałabym, żeby pod tą zabawą kryły się istotne pytania. Jestem jak błazen, a błaznom wolno więcej.

Inspirowała się pani dotychczasowymi wykonaniami songów Brechta?

Słuchałam oczywiście bardzo wielu, ale próbowałam znaleźć na nie własny sposób. Tym bardziej że Brecht zachęca do tego typu poszukiwań. Nie silę się na wielką sztukę, raczej się z tzw. wielkiej sztuki śmieję. Nie mam też nabożnego stosunku do samej siebie. Na pewno będzie w tym spektaklu wiele autoironii.

Wie pani, co będą znaczyć songi Brechta w ustach młodej aktorki?

Szukam w nich uniwersalności tu i teraz. Bawię się nimi i bawię się sobą. Czasem śpiewanie tych piosenek mi nie idzie i wcale tego nie ukrywam. Chcę, żeby było trochę jak w stand up comedy. Scenariusz jest zapisany, ale wiele zależy od tego, jaką energię każdego wieczoru przekaże mi publiczność, czy nawiążę z nią porozumienie. Pozwalam sobie na wiele – prawie wszystko. Jestem błaznem… Istnieje cała masa rzeczy, w których zwyczajnie nie mam ochoty grać. I ten spektakl także i o tym mówi. Ma być zupełnie inną propozycją. Bez smutnych i nudnych frazesów. Na oczach widzów ściągam maskę i nie wiem, dokąd to doprowadzi. Ale jest moje, absolutnie moje. Spotkali się fantastyczni ludzie. Gra ze mną zespół Kobiety, reżyseruje Wawrzyniec Kostrzewski. Aranżacje Tomka Krezymona są całkiem nowe, nieoczekiwane.

Czuje pani na scenie wolność?

Mam wolność absolutną. To duże ryzyko, ale brakowało mi tego rodzaju inicjatyw. Od dawna wydawało mi się, że młodzi powinni pokazać, jakiego teatru chcą, a jaki jest im obcy. Nie boję się ryzyka, nie chcę być zagłaskana. Wiem, że nie zmienię świata, nie mam takich myśli. Jestem młoda, dla siebie samej już zrobiłam coś, czego nikt mi nie odbierze. Nie jestem żadnym wielkim artystą, tylko aktorką, która szuka i ma prawo do błędu. Teraz mam czas na pomyłki, nie za 20 lat.

Zagrała pani świetną rolę w „Zwodnicy”. To także było ryzyko?

Na pewno. I dla reżysera Kuby Kowalskiego, i dla mnie. Nic nie przychodzi mi gładko i bezboleśnie. Praca jest dla mnie zawsze rodzajem bójki – z reżyserem, partnerami, samą sobą. Aktorzy chyba nigdy nie są idealni. Jednak te starcia są zdrowe, potrzebne. A najtrudniej mi zawsze dokonywać redukcji – łatwiej mi zagrać więcej niż mniej. W „Zwodnicy” chciałam pokazać na scenie wieczne dziecko, a nie Lady Makbet. Ona naczytała się książek, naoglądała filmów i teraz próbuje z tego czerpać. Musiałam cały czas uważać, żeby nie być zbyt dojrzała. Moja bohaterka co scena zyskuje doświadczenie, ale musi przejść swoją drogę.

Rola wydała mi się tak udana, bo zagrała ją pani trochę wbrew własnym warunkom. Bycie młodą, piękną blondynką jest i atutem, i ograniczeniem.

Najtrudniej jest przed kamerą, bo ona widzi blondynkę. Niemniej zawsze szukam przełamania. W teatrze chyba nigdy nie pokazałam jasnej do końca dziewczyny. Zawsze wychodzi na jaw moja ciemna strona. Dlatego ci, którzy zatrudniają mnie ze względu na warunki, muszą liczyć się z zaskoczeniem. Jeszcze nie doświadczyłam jednak bólu zaszufladkowania.

Dlaczego po ukończeniu warszawskiej Akademii Teatralnej zdecydowała się pani na pracę w gdańskim Teatrze Wybrzeże?

Miałam propozycje z Warszawy. Ale aktorstwo postrzegam jako zawód niestały. Nie mam pozaciąganych kredytów – dosłownie i w przenośni. Wyjechałam z Warszawy, bo zrozumiałam, że jeśli nie zrobię tego teraz, to nie zrobię tego nigdy. To miasto jest i będzie, ale istnieje jeszcze coś poza nim. I to znalazłam w Gdańsku. Tam chce się pracować, można traktować aktorstwo jak misję i w ramach tej misji popełniać błędy. Decyzja o wyjeździe była szaleństwem i właśnie to najbardziej mi się w niej spodobało.