Na początku rozszyfrujmy tytuł przedstawienia „60/09”. 60, bo lata 60., 09, bo mamy rok 2009?

Lena Frankiewicz: Bingo! Z początku chciałam nazwać spektakl „50, 60”, bo sądziłam, że idealnie odnosi się do jego treści. Idzie o przełom lat 50. i 60., kiedy rodziła się rewolucja obyczajowa, zaczynała się nowa fala, miała swój początek całkiem inna niż dotąd muzyka. Zawsze interesowały mnie momenty graniczne, gdy coś się kończy i coś zaczyna. Myślałam, żeby opowiadać o kondycji ludzi niedługo po wojnie, o tym, co uczyniło z nimi powstanie, jak to wszystko pamiętają. Kilka rozmów, pierwsze próby uświadomiły mi jednak, że ciekawiej będzie zderzyć tamten czas ze współczesnością. Zastanowić się, czemu wracamy do tego okresu, co w nim nas tu i teraz pociąga, inspiruje. Dlaczego za nim tęsknimy.

No właśnie, czemu za nimi tęsknimy?

Nie chcę robić laurki, gloryfikować wszystkiego tylko dlatego, że działo się wtedy. Naturalną koleją rzeczy idealizujemy przeszłość. Lata 60. kojarzą nam się z młodością naszych dziadków, może rodziców. Pamiętamy te meble, sprzęty, drobiazgi domowe, znamy te kroniki filmowe. Łączymy je z dzieciństwem i za tym tęsknimy. A przecież obiektywnie rzecz biorąc, tamta rzeczywistość nie była wcale taka wspaniała. Wystarczy obejrzeć dokumenty Kazimierza Karabasza… Nie zapominamy o tym w przedstawieniu. Interesuje nas jednak postawa artystów, którzy nie chcieli zgodzić się na taki świat, chcieli iść naprzód, uciec od tej szarości. Budowali obszar własnej wolności. Muzyka, jazz znaczyły coś więcej niż dźwięki. Były wolnością. O tym się nie mówiło, tylko się grało. Dziś jazz pozwala na kontemplację samego siebie, wówczas był oknem na świat.

Odwołujecie się do nostalgii za tamtymi czasami?

Jest tak, jakbyśmy wywoływali duchy. I ponosimy tego konsekwencje, bo tego nie robi się bezkarnie. Stąd także biorą się inspiracje filmowe: „Niewinni czarodzieje” Wajdy, „Pociąg” Kawalerowicza, „Jowita” Morgensterna. Te filmy w sposób niezwykły opisują relacje międzyludzkie, dziś już tak się nie opowiada o ludziach. „Pociąg” na przykład – to genialny film. Jak on opisuje spotkanie bohaterów, jak w zamkniętej przestrzeni owego pociągu pokazuje cały przekrój ówczesnego społeczeństwa! Marzę, by ktoś dzisiaj robił takie kino.

Wtedy o wszystko trzeba było stoczyć walkę.

Nic nie było dostępne ot tak, bez wysiłku. Zdobycie płyty Milesa było na wagę złota. A dziś możemy ją sobie ściągnąć z sieci albo kupić w sklepie. Czujemy przesyt, łatwo się w tym zagubić, dać się ponieść modzie i nie zauważyć, że bierzemy chłam. Z lat 60. przetrwały tylko rzeczy istotne. To był ostatni moment, kiedy możliwa była międzyśrodowiskowa kooperacja. Dziś każdy grzebie w swoim, na każdą propozycję pada pytanie – za ile?

Nie oszukacie widowni – jesteście z tego czasu, w tym czasie zanurzeni. Ciekawi mnie, jak wygląda to zetknięcie was, współczesnych aktorów, z tamtą przywoływaną rzeczywistością. Nie będziesz przecież udawać, że jesteś Lucyną Winnicką z „Pociągu”…

Oczywiście, że nie. To wszystko kwestia instalacji, w jakiej się znajdziemy. Interesuje mnie przymierzanie wielu różnych kostiumów i badanie, co one ze mną robią. Ze mną dzisiejszą, w mojej obecnej kondycji. Chcę się dowiedzieć, co to znaczy, że Michał Żurawski, który gra bohatera z „Niewinnych czarodziejów”, uczy się grać na bębnach, żeby dotrzymać kroku prawdziwym muzykom. Pytam, co znaczy, że Roma Gąsiorowska, aktorka o tak wyrazistej ekspresji, bada w sobie inne rejony wrażliwości, posługiwania się głosem i ciałem. Szukamy w nas, stąd 09. Zmagamy się z tekstem wziętym z „Niewinnych czarodziejów”. Często nas on uwiera i wtedy idziemy w improwizacje, zaczynamy mówić swoimi słowami. To także pokazuje, że jesteśmy współcześni, bo już zupełnie inaczej niż kiedyś gadamy.

Grasz w Teatrze Studio, wzięłaś udział w „Monologach” – projekcie Krystiana Lupy, gdzie zaprezentowałaś własny, wykorzystujący osobiste doświadczenia tekst. Reżyserujesz spektakl według swojego scenariusza i w nim grasz. Kim ty właściwie teraz jesteś?

Wszystko bierze się z marzenia. Chyba każdy aktor marzy, aby przekraczać swoje własne granice. Zazwyczaj patrzy się w siebie. Można być wtedy tylko aktorem – lepszym, gorszym. Wiem, co jest we mnie, i dlatego zaczęłam rozglądać się dookoła. To, co jest na zewnątrz, interesuje mnie dużo bardziej. Widać to choćby w moim monologu, który zmienia się w zależności od nastawienia widzów. Kiedy są nastawieni wrogo i tacy pozostają, granie tego jest męką, czymś na granicy samogwałtu. Gdy są otwarci, granie jest jak jazz. Mogłoby nie mieć końca. Tego samego chcemy przy „60/09”. Żeby widz wybrał się w podróż i sam zdecydował, jak będzie ona wyglądać. Z mrowia scen, projekcji wybiera sobie bohaterów i im towarzyszy. A ja? Nie chcę zamykać się w sobie. Patrzę na Romę, tak inną ode mnie. Patrzę na moich aktorów i muzyków. Wszyscy mnie fascynują i z nich czerpię. To jest spotkanie. A gram w tym tylko dlatego, że zabrakło pieniędzy na drugą aktorkę. Wolałabym zostać tylko reżyserem, patrzeć z boku. Odbieram to jako przygodę, nie jako debiut reżyserski. Bo nie wiem, czy potem jeszcze kiedykolwiek coś wyreżyseruję. Nie wiem. Czuję odpowiedzialność za ludzi, którzy biorą w tym udział. Boję się, czy wybrzmi z tego jakaś myśl. I boję się, że wyjdzie z tego cała moja naiwność, bo chwilami patrzę na świat przez czarno-białe okulary, jak dziecko. Poznaję samą siebie.

Zazwyczaj dzieje się tak: młoda aktorka bierze rolę w serialu, czasem zagra w filmie, jest na etacie w teatrze, bo to daje namiastkę spełnienia. Ty idziesz własną drogą.

Nie mówię, że nie zagrałabym w filmie. Marzę o dobrej roli. To wszystko, co wydarzyło się w ostatnich miesiącach, stało się jakby poza mną. Nie pracowałam akurat w teatrze, gdy pojawiła się informacja o warsztatach z Krystianem Lupą. On uczył mnie w krakowskiej PWST, więc postanowiłam wziąć w nich udział. A „60/09” chodzi za mną od trzech lat. Scenariusz pisałam jeszcze we Wrocławiu w 2006 roku. Miałam to robić właśnie tam, ale Redbad Klijnstra uświadomił mi, jak bardzo warszawski to może być spektakl. Musiałam przenieść się do Warszawy, a nie chciałam jechać z niczym. Postanowiłam więc zaproponować właśnie to. Małgorzata Owsiany z Wytwórni bardzo się do tego scenariusza zapaliła i dała mi wolną rękę.

Od roku mieszkasz w Warszawie. Jaka jest twoja Warszawa?

Żadne miasto nie obudziło we mnie tak sprzecznych emocji. Najpierw mnie zachwyciło, dosłownie się nim zachłysnęłam. A potem strasznie dało mi w dupę. Zmusiło mnie, bym w szybkim tempie dorosła, wreszcie dojrzała. Wrocław to był Rynek, mój Teatr Współczesny, Niskie Łąki – niewinne czarodziejstwo, idylla, utopia. Tu doświadczyłam innego kontaktu z ludźmi znanymi jeszcze ze studiów. Był nacechowany dziwną nonszalancją, jak przez szybę. A potem wszyscy uciekali do domu, bo tutaj nie ma wspólnego życia. I cały czas presja kreowania siebie, grania przed innymi, Wydaje mi się czasem, że w Warszawie nie można być sobą, choć oczywiście o to walczę. To mnie przeraziło. A zachwyciła mnie Warszawa tym, co znałam choćby z filmów Karabasza. Są nowe neony, witryny sklepów, ale w głębi miasto pozostało to samo.

Może warto, żeby czasem zabolało, żeby pójść do przodu.

To było bolesne, ale gdybym mogła wybierać, i dziś bym się przed tym nie cofnęła.

W przedstawieniu zobaczymy twoją Warszawę?

I tak, i nie. Zaprosiłam dwóch autorów projekcji, coś im zasugerowałam. Ale chcę, żeby każdy z nas opowiedział swoją Warszawę. Będzie więc poszarpana, jak to Warszawa.

Dotykasz w tym projekcie jakiegoś teatralnego marzenia?

Zapytaj mnie dzień po premierze… Chyba tak, choć praca jest pasjonująca i przerażająca jednocześnie. Na razie czuję, że im dalej idę, tym mniej wiem.