: Obszar dyskusji poszerza się w momencie, kiedy do udziału zaprasza się rozpoznawalną postać. Chciałem opowiedzieć o iluminacji. W moim przypadku był to stan
przesilenia - leżałem w łóżku i myślałem o kolejnym projekcie: rzeźba czy instalacja? Nagle uświadomiłem sobie, że to, co chcę zrobić, już zostało wymyślone, mój film
"idzie” i ja tylko się do niego dostroiłem. Pomyślałem o "Ekstazie św. Teresy”, przeżyciu mistycznym, którego wyrazem jest rzeźba Berniniego. Zacząłem
zastanawiać się, jak zamanifestować to przeżycie w moim projekcie? Zdecydowałem się sięgnąć do arsenału tradycyjnych środków ekspresji filmowej i teatralnej i wykorzystać je tak, żeby
były przekroczeniem, zacierały granice między sztuką a życiem.
Idąc tropem "Ekstazy św. Teresy”, to Bóg. Ale w moim przypadku to ja przywłaszczyłem sobie boską moc dyrektora. No bo zacząłem się zastanawiać, czy jako twórca mam
jakieś ograniczenia? Nie znalazłem żadnych poza trudnością w komunikacji między ludźmi. Dlatego właśnie, żeby rzecz uprościć i mówić zrozumiale, użyłem struktury filmu, ale w wersji
otwartej. Nie trzeba pisać scenariusza, budować sceny czy scenografii, bo one już istnieją. Jest moja historia, mój film, wystarczy to opowiedzieć. Osoby zaproszone do udziału w
przedsięwzięciu otrzymały prosty przekaz: "Bądź tu i teraz, otwieraj się, szukaj, zauważ siebie w tym konkretnym czasie i miejscu”. To był jedyny możliwy sposób na
kreatywne uczestnictwo w projekcie. Po doniesieniach medialnych o moim projekcie w "Gazecie Wyborczej” ukazał się interesujący polemiczny artykuł, w którym znalazłem piękne
określenie moich działań "woda w wodzie”. Otóż ja właśnie chciałem zrobić wodę w wodzie, uświadomić sobie, czym jest żywioł, w którym jesteśmy zanurzeni. Chciałem
się poczuć jak ryba w wodzie.
Bo Londyn sam się włączył w scenariusz. Tate Modern Gallery kupiła scenariusz, pomysł realizacji filmu i zaproponowała zrobienie tego nad Tamizą. Założenie było takie, że to może się
rozgrywać gdziekolwiek.
Jude Law jest gwiazdą kina, a ja nie chciałem, żeby ten film był niszowy tak jak inne moje projekty. Chciałem, żeby to był rodzaj obwieszczania z fanfarami, które ludzie usłyszą. Do
uczytelnienia tego przekazu potrzebny był ktoś ze świata gwiazd.
Negocjowała galeria. Ponoć Jude zareagował na propozycję z wielkim entuzjazmem i od razu się zgodził.
Pokazałem mu zwiastuny moich realizacji i streściłem koncepcję. Powiedziałem, że chodzi o to, żeby zagrał samego siebie. Jude powiedział, że pomysł bardzo mu się podoba i udział w moim
performance będzie dla niego najciekawszą przygodą z aktorstwem.
Umowa z Tate była taka, że oni sami to nakręcą. I dla nich, i dla mnie było to ciekawe wyzwanie. Chodziło o to, na ile pomysł artysty ze Wschodu będzie przetłumaczalny i do zrealizowania
przez inną ekipę - mentalnie, społecznie i artystycznie. Bo wynajęto filmowców, którzy się sztuką współczesną w sensie rzeźby, malarstwa czy instalacji wcześniej nie zajmowali.
Oczywiście spędziłem sporo czasu na rozmowach z reżyserem. Na planie byłem gościnnie.
Myślę, że polscy artyści uwierzyli, że podążanie za marzeniami jest jak najbardziej wskazane. Przeszliśmy proces pracy z samym sobą, osiągnęliśmy samoświadomość, że to, kim jesteśmy,
tu i teraz, jest najzupełniej OK. Pozbyliśmy się kompleksu ubogich braci ze Wschodu. Mnie pomogły podróże. Z dystansu Afryki odkryłem siebie jako atrakcyjnego, wschodnioeuropejskiego artystę.
Mówię to też trochę ironicznie, bo dopiero tam zrozumiałem, jak niesłychanie istotne jest znalezienie swojego miejsca na ziemi, i że to, gdzie jesteśmy, nie jest przypadkowe. Artyści, o
których mówisz, uzyskali śmiałość, pozbyli się kompleksu, że są z niewłaściwej części świata. To się uzewnętrznia w tym, co robią.
Wtedy był zupełnie inny obieg informacji. Poza tym oni byli pionierami, a dziś szlak już jest przetarty. Dziś artyści mają wsparcie - galerii, znawców, a nawet wyznawców. To silny system,
który - jak się okazało - nie odbiera entuzjazmu, nie czyni zgorzkniałym. Wręcz przeciwnie - cieszę się, że mogę korzystać z życia, realizować własne szalone projekty i przy wsparciu -
wydawałoby się - nieszalonych ludzi i instytucji.
Mówię o "nowych artystach”, którzy wywodzą się z tak zwanego "bloku wschodniego”. Myśmy mieli świetną sytuację. Twórczość wyzwalała u nas
determinację, to była wymuszona praca ze światem. Chcąc być wolni w naszych realiach musieliśmy być wojownikami tak w sensie duchowym, jak i materialnym. Bardzo wielu starszych kolegów w
czasach PRL skupiało się na swoich projektach i żyło w fatalnej sytuacji ekonomicznej. Nieliczni kuratorzy i marszandzi nie byli w stanie ich wesprzeć
I wspaniale. Porażka jest wartością, daje nam siłę. Już pierwsze moje podróże na tak zwany Zachód uświadomiły mi: "O rany! Ja to mam motywację! Ja to mam sąsiadów! Ja to mam
inspirację!”. W mojej tradycji była sztuka przetrwania, a nie jakieś pogubione igraszki artystów z porno. Nie miałem dylematów, czy obraz powiesić bardziej w prawo czy w lewo. Trzeba
było przede wszystkim pomalować pokój albo zdobyć farby czy pędzle. To już był projekt sam w sobie. Częściej niż koledzy na Zachodzie, którzy od rodziców dostawali sztalugi, komplet farb
i pędzle, a potem mieli galerie, które czekały na ich prace, zadawaliśmy sobie bardzo ważne pytania: "Po co? Dlaczego? Ku czemu?”
Podoba mi się u Willego pewna przewrotność uprawiania tradycyjnej dziedziny sztuki, bo przecież za każdym razem jest u niego constans zagruntowanego płótna i ram. Nie przyglądam się, czy
jego obraz jest dobry czy zły, fascynuje mnie jego postawa. Nigdy nie był kopistą, nie próbował wejść w świat sztuki za wszelką cenę. Świat na to reaguje. Wierzę w rodzaj intuicyjnej
komunikacji, który uwydatniają artyści, co powoduje, że racjonalne miesza się z niezwykłym. Malujący obrazy w Tarnowie Sasnal staje się światowej sławy artystą, a Jude Law godzi się
zagrać w moim filmie.
Mam ciało i jest to doskonała metoda, żeby z nim pracować. Uchodzę za spokojnego człowieka, ale w środku się we mnie kotłuje. Kendo to metoda walki, samodoskonalenia bez zadawania cierpień
przeciwnikom. To także sposób na kanalizowanie emocji, wyzwanie, żeby poznać, ile jest jeszcze we mnie bloków i spięć. Doświadczam porażek, bo każde zaniedbanie w ćwiczeniach ma
konsekwencje, co pokazuje, jak ważny jest warsztat. Można powiedzieć, że moim sukcesom w sztuce odpowiadają porażki w kendo (śmiech). Bycie najlepszym, a zarazem najgorszym dobrze mnie
nastraja.
Myślę o stworzeniu własnego wizerunku mszy. Mszy jako grupowego doświadczenia mistycznego, bazującego na tradycyjnym nabożeństwie chrześcijańskim, ale także na moich osobistych
doświadczeniach. W mojej mszy byłoby więcej miejsca na radość, na olśnienia, na wolność. Chciałbym, żeby to było wydarzenie na styku tradycyjnego nabożeństwa, performance’u i
koncertu rockowego. Mogłoby mieć charakter mszy polowej. To bardzo piękne - nabożeństwo pod sklepieniem niebieskim. Pozostaje pytanie, kto poprowadziłby celebrację - duchowny czy aktor?
Kapłan czy artysta, didżej, gwiazda mediów?
Moja msza mogłaby sprowokować wiele pytań o to, czym jest sacrum, świętokradztwo. Ale czy w ogóle w przypadku sztuki coś takiego istnieje? Czuję się zainspirowany naszą rozmową, może
właśnie nadszedł odpowiedni moment na ten projekt? Wiosna to dobry czas. Jeśli chodzi o miejsce, to myślę o Bródnie, moim osiedlu, gdzie kościołów wiele, ale piękny jest tylko jeden - Park
Bródnowski. Ja go wielokrotnie nazywałem "bródnowskim rajem”. Nie zamierzam nikogo obrażać - to będzie msza radości.