Mobutu Sese Seko Kuku Ngbendu wa za Banga rządził państwem wielkości jednej piątej Europy przez ponad trzydzieści lat. Stał się absurdalnym archetypem afrykańskiego satrapy, a jednocześnie czasy jego panowania były bodaj najspokojniejszym okresem w dziejach Konga.
"Bywa, że podczas swoich przejażdżek Mobutu zatrzymuje się w jakiejś wiosce. Wydaje rozkaz otworzenia kartonów z zairami (ówczesną walutą – red.) i (…) rozrzuca pieniądze ludności, głośno się zaśmiewając. (…) Niektórzy wieśniacy, sprytniejsi od innych, przemieszczają się z wioski do wioski, by kilkakrotnie skorzystać z tej prezydenckiej manny". W innej wersji kartony mocowano na dachu auta – przy odpowiedniej prędkości wiatr sam porywał banknoty i rozsiewał po okolicy.
Pieniędzy nigdy Mobutu nie brakowało – w końcu Kongo, przemianowane przez niego na Zair, to kolos położony na surowcach naturalnych, które mogłyby stać się fundamentem potęgi tego kraju, a stały się jego przekleństwem. W epoce rządów "wszechpotężnego wojownika, który z powodu swej niezłomnej woli walki idzie od zwycięstwa do zwycięstwa, ogniem znacząc swoją drogę" – bo to mniej więcej dosłowne znaczenie rozbudowanego nazwiska (bardziej kolokwialne to "kogut, który wskakuje na wszystko, co się rusza") – wydobycie bogactw ruszyło pełną parą, nie gorzej niż w czasach, gdy kraj ten był prywatną własnością belgijskiego króla Leopolda.

Jean-Pierre Langellier, "Mobutu", Państwowy Instytut Wydawniczy, 2019

Reklama