"ZDF żałuje, że krakowski sąd okręgowy nie uwzględnił w wyroku wystarczająco wolności sztuki" - przekazała telewizja agencji informacyjnej DPA.

"Gdy tylko wyrok ukaże się na piśmie, ZDF zbada uzasadnienie i podejmie środki prawne przeciw decyzji" - dodano w komunikacie.

Wcześniej, w piątek, wyrok w tej sprawie zapadł po dwuletnim procesie. Wytoczyli go 94-letni obecnie żołnierz Armii Krajowej Zbigniew Radłowski oraz Światowy Związek Żołnierzy AK. Wystąpili przeciwko producentom trzyczęściowego serialu "Nasze matki, nasi ojcowie", tj. UFA Fiction oraz ZDF (II program niemieckiej telewizji), za naruszenie dóbr osobistych rozumianych jako prawo do tożsamości narodowej, dumy narodowej i narodowej godności oraz wolności od mowy nienawiści. Proces monitoruje i wspiera Reduta Dobrego Imienia.

Sąd Okręgowy w Krakowie w Wydziale I Cywilnym orzekł, że ZDF i UFA Fiction mają opublikować przeprosiny, w treści których będzie stwierdzenie, że film "Nasze matki, nasi ojcowie" zawiera w swej treści nieuprawnione sugestie dotyczące rzekomego współdziałania Armii Krajowej w przeprowadzeniu Holokaustu i że nieuprawiona jest też sugestia, że wszyscy żołnierze AK reprezentowali postawy antysemickie i nacjonalistyczne.

Przeprosiny mają być opublikowane w TVP1 oraz w kanałach telewizji niemieckiej: ZDF, ZDFneo i Sat3 (stacje te wyemitowały serial). Mają się one ukazać także na stronach internetowych ZDF i UFA Fiction i być tam zamieszczone przez trzy miesiące.

Pozwani mają też przed każdorazową emisją serialu, niezależnie, w jakim kraju miałaby ona miejsce, zamieścić oświadczenie, że "wszystkie postacie żołnierzy AK wskazane w serialu są fikcyjne i jakiekolwiek podobieństwo do prawdziwych osób jest niezamierzone, że to Niemcy okupowali Polskę 1939-1945, prowadząc politykę eksterminację Polaków i Żydów, a żołnierze AK w zdecydowanej większości pomagali Żydom, chronili ich i ukrywali pomimo groźby utraty życia".

UFA Fiction i ZDF mają też solidarnie zapłacić na rzecz Zbigniewa Radłowskiego 20 tys. zł tytułem zadośćuczynienia oraz ponad 3,6 tys. zł tytułem zwrotu kosztów postępowania.

Orzeczenie jest nieprawomocne. Pełnomocnik pozwanych zapowiedział apelację.

Zgromadzona na sali sądowej publiczność przyjęła wyrok oklaskami oraz okrzykami: "Cześć i chwała bohaterom".

Kpt. Zbigniew Radłowski po ogłoszeniu wyroku powiedział: Długo żyłem, wiele przeżyłem, ale żadne z moich dotychczasowych doświadczeń nie przygotowało mnie na tę sytuację - na konieczność walki o prawdę historyczną w sądach, kilkadziesiąt lat po zakończeniu II wojny światowej. Jak dodał, prawda o wydarzeniach, które były udziałem wielu milionów Polaków, wydawała nam się tak oczywista, że niemożliwa do podważenia.

Zrobiłem, co mogłem dla Polski, dla moich poległych i umarłych już kolegów i koleżanek z Armii Krajowej. Teraz - tu - zwracam się przede wszystkim do wszystkich młodych Polaków: wszystko jest w waszych rękach i w waszych sercach. Róbcie, co możecie, żeby obronić prawdę, żebyście nie musieli wstydzić się i przepraszać za winy niepopełnione przez waszych ojców, dziadów czy pradziadów - podkreślił kapitan.

Sędzia Kamil Grzesik uzasadniając wyrok mówił, że sąd nie kwestionuje i nie zamyka dyskusji historycznej, nie ma kwalifikacji do ocen źródeł historycznych, ale jednostronne, wyrwane z kontekstu zdarzenia, jednostkowe, nawet jeśli miały miejsce, przedstawione tak, że miały dać obraz całej Armii Krajowej, są nieuprawionym działaniem.

Jest gdzieś granica wolności artystycznej. Film fabularny nie może korzystać z pełnej swobody, nie może kształtować historii, nie może być nośnikiem ideologii i sąd powinien postawić granice. Ja staram się w tej sprawie tę granicę postawić, a nie zamknąć dyskusję, jaka się na temat roli Armii Krajowej czy zachowań określonych żołnierzy, które w tej masie 400 tys. ludzi się wydarzyły czy mogły wydarzyć. Nie było to przedmiotem postępowania w tej sprawie – powiedział sędzia Grzesik.

Jak podkreślił, dla wyroku istotne znaczenia miał "szczególny życiorys" Zbigniewa Radłowskiego, który jako 16-latek trafił do obozu koncentracyjnego, a po jego opuszczeniu wrócił do Warszawy, działał w ZWZ i AK, osobiście pomagał w ukrywaniu osób pochodzenia żydowskiego, siostra jego matki działała w "Żegocie" – organizacji niosącej pomoc Żydom, on sam walczył w Powstaniu Warszawskim, a potem w armii polskiej we Włoszech, zaś po powrocie do kraju był skazany przez komunistyczny sąd na 12 lat pozbawienia wolności za ukrywanie "cichociemnego" i opuścił więzienie na mocy amnestii.

Ten szczególny życiorys pana Zbigniewa Radłowskiego i związek z AK daje w ocenie sądu podstawę do tego, żeby przyjąć, że film który w sposób nieprawdziwy i nieprawidłowy przedstawia żołnierzy Armii Krajowej w sposób bezpośredni oddziałuje na dobra osobiste pana Zbigniewa Radłowskiego w postacie czci i godności pana Zbigniewa Radłowskiego - powiedział sędzia.

Podkreślił, że sąd nie zamierza hamować dyskusji historycznej, ale chodzi o to, żeby ona była prowadzona fair i z zachowaniem proporcji. Przypomniał, że w szeregach AK walczyło niemal 400 tys. ludzi i prowadziła ona szeroką akcję dywersyjną. Jak zaznaczył, nawet, jeśli w jej szeregach dochodziło do zachowań antysemickim, co jest przedmiotem dyskusji historyków, to ich skala jest nieporównywalna do skali, w jakiej działała AK.

Sędzi Grzesik zaznaczył, nie był to do końca serial fabularny, bo zawierał inne elementy, tj. przeplatanie fragmentami kronik, imiona oraz daty urodzin i śmierci bohaterów, gazeta z epoki, audycja BBC, podanie nazwisk konsultantów historycznych, wywołujące wrażenie, że został oparty na autentycznych wydarzeniach.

Z wyroku zadowolona jest pełnomocnik AK-owców mec. Monika Brzozowska-Pasieka. Uważamy, że jest absolutnie precedensowy. Jest to pierwszy tego typu wyrok - myślę - w orzecznictwie europejskim, nie kojarzę podobnych - powiedziała. Nikt z nas nie ukrywa, że spotkamy się przed Europejskim Trybunałem Praw Człowieka, na pewno przejdziemy wszystkie instancje w Polsce - oceniła i dodała, że każda ze stron, łącznie z sądem, ma przeświadczenie, że to nie jest koniec.

Reprezentujący twórców serialu adw. Piotr Niezgódka zapowiedział złożenie apelacji po uzyskaniu pisemnego uzasadnienia wyroku. Producenci serialu ubolewają, że sąd nie uwzględnił w należytym zakresie wolności twórczości artystycznej – mówił. Producenci pragną podkreślić z całą stanowczością, że już w 2013 r. jasno wyrażali publicznie, że nie było ich intencją przy produkcji tego filmu zaprzeczanie prawdzie historycznej" - zaznaczył.

Zdaniem prezesa Reduty Dobrego Imienia Macieja Świrskiego sędzia uznał, iż istnieją pewne limity, granice, w których musi się mieścić film fabularny. Nie można udawać filmem fabularnym wydarzeń historycznych, które w dodatku w bardzo kontrowersyjny i jednostronny sposób przedstawiają postaci, które mieszają fikcję z rzeczywistością - mówił.

Trzyczęściowy serial "Nasze matki, nasi ojcowie" TVP1 wyemitowała w czerwcu 2013 r. Film wywołał dyskusję w Polsce i Niemczech, dotyczącą sposobu przedstawienia w serialu Polaków oraz problemu odpowiedzialności Niemców za zbrodnie II wojny światowej. Po emisji filmu w publicznej telewizji ZDF w marcu w niemieckich mediach rozpoczęła się burzliwa debata o odpowiedzialności "zwykłych Niemców" za zbrodnie II wojny. W Polsce produkcję krytykowano za ukazywanie partyzantów z AK jako antysemitów i relatywizowanie odpowiedzialności Niemców. Pod koniec czerwca 2013 r. warszawska prokuratura rejonowa odmówiła wszczęcia śledztwa w sprawie publicznego znieważenia narodu polskiego w związku z emisją filmu w TVP.

 Według powodów w serialu znalazły się sceny, które mają dowodzić, że AK rzekomo była współwinna zbrodni na osobach narodowości żydowskiej, Niemcy zaś są przedstawieni jako ofiary II wojny światowej. Domagali się oni przeprosin we wszystkich telewizjach, w których film był emitowany, lub poprzedzenia pierwszej emisji w pozostałych telewizjach, do których go sprzedano, informacją historyczną - że jedynymi winnymi Holocaustu byli Niemcy. Podobny komunikat miałby też się znaleźć na stronie internetowej twórców serialu. Chcieli także usunięcia z filmu znaku graficznego AK na biało-czerwonych opaskach noszonych przez aktorów (według powodów w AK nie było takiego zwyczaju) i zapłaty jako zadośćuczynienie 25 tys. zł.