Ken Kesey był bardzo obiecującym zapaśnikiem – w szkole średniej i koledżu osiągał tak znakomite wyniki, że przyglądano mu się pod kątem powołania do kadry olimpijskiej. Także na Uniwersytecie Oregońskim (studiował na kierunku „speech and communication”) miał prestiżowe sportowe stypendium i znacznie częściej wygrywał, niż przegrywał. Jednak Kesey był zapaśnikiem nietypowym: lubił czytać i chodzić do kina, szczególnie na westerny, a gdy skończył 20 lat, uznał, że zostanie pisarzem.

Na północnokalifornijskim Uniwersytecie Stanforda uczęszczał do Centrum Pisania Kreatywnego (Creative Writing Center), choć kierownictwo tej instytucji wątpiło w jego umiejętności – dyrektor CWC Wallace Stegner zwykł mawiać o Keseyu, że to „typ wybitnie utalentowanego analfabety” i co roku odmawiał mu wsparcia stypendialnego. We wspomnieniach ludzi z tamtego środowiska jak refren powtarza się fraza, że raczej nie postawiliby wówczas majątku na literacką karierę Keseya. Jego debiutanckiej powieści „Zoo”, inicjacyjnej historii o środowisku bitników – z których wielu poznał osobiście (zaczytywał się też „W drodze” Kerouaca i „Nagim lunchem” Burroughsa) – nikt nie chciał wydać.

Tak. To wiem na pewno. Nasz oddział jest warsztatem naprawczym Kombinatu. Tu, w szpitalu, usuwa się usterki nabyte w miastach, w kościołach i w szkołach. Kiedy naprawiony wyrób powraca do społeczeństwa – zupełnie jak nowy, a czasem lepszy od nowego – szczęście rozsadza serce Wielkiej Oddziałowej

Nikt chyba nie przypuszczał, że ten zwalisty, nieokrzesany chłopak już za chwilę napisze jedną z najsłynniejszych amerykańskich powieści XX wieku. A za parę kolejnych lat znajdzie się nagle w epicentrum kontrkulturowo-psychodelicznej rewolucji, jeżdżąc po Stanach Zjednoczonych starym szkolnym autobusem pod szyldem „Merry Pranksters” („Wesołych Figlarzy”) z kolorową bandą przyjaciół, krewnych i znajomych, zapraszając chętnych na rekreacyjne sesje narkotykowe – co opisze Tom Wolfe w swoim nie mniej słynnym reportażu „Próba kwasu w elektrycznej oranżadzie” (1968).