PAP: Występuje pan obecnie w Metropolitan Opera w „Adrianie Lecouvreur”. Co pan sądzi o tej inscenizacji i jaki wpływ ma na pana obecność w spektaklu takich gwiazd jak Anna Netrebko?

Piotr Beczała: W ostatnich 20 latach dzieło Cilei było rzadko wykonywane, ponieważ obecnie reżyserzy lubią uwspółcześniać opery, robić z nich spektakle koncepcyjne, a ukształtowana historycznie i napisana w konwencji teatru w teatrze „Adriana Lecouvreur” łatwo się temu nie poddaje. David McVicar zdobył się na odwagę wystawić ją w sposób klasyczny. Ta opera została napisana dla wielkiej diwy, śpiewaczki obdarzonej nie tylko wyjątkowym talentem wokalnym, ale i wielką charyzmą sceniczną. Taką właśnie śpiewaczką jest Anna Netrebko, z którą mam przyjemność regularnie występować i zawsze wiąże się to z dużą artystyczną satysfakcją.

PAP: Który to już pański występ w Metropolitan Opera?

P.B.: Przyznam, że tego nie liczę, ale na pewno ponad setny. Chyba sto dwudziesty któryś.

PAP: Które z produkcji Met z pańskim udziałem uważa pan za najbardziej udane?

P.B.: Miałem na tyle szczęścia, że praktycznie wszystkie produkcje w których występowałem były piękne i ciekawe. Najlepiej wspominam „Manon” z Anią Netrebko w 2012 roku, „Romeo i Julię” - którą dyrygował Placido Domingo - oraz kilka wznowien „Cyganerii” w inscenizacji Franco Zeffirellego. Rolę Rudolfa zawsze chętnie śpiewam. Za bardzo udaną uważam też inscenizację „Rigoletto” w scenerii Las Vegas z lat sześćdziesiątych. Jest to pewnie najbardziej uwspółcześniona z tych oper, które w Met wykonywałem. Mimo, że nie przez wszystkich była pozytywnie odebrana, dla mnie była wyzwaniem aktorskim i sprawiła mi dużo satysfakcji.

PAP: Jak się Panu układa współpraca z dyrektorem Met Peterem Gelbem?

P.B.: Znakomicie. To właśnie na jego zaproszenie zadebiutowałem w roku 2006 rolą Księcia w „Rigoletto”. Na drugi dzień po debiucie miałem już rozmowę o konkretnych planach na przyszłość. Od tego czasu corocznie goszczę na tej scenie, biorąc udział w jednej lub dwóch produkcjach w sezonie.

PAP: Występuje pan w najlepszych teatrach operowych świata. Co myśli pan w tym kontekście o Met i w ogóle o Nowym Jorku?

P.B.: Nowojorska Metropolitan Opera to dla mnie operowy Olimp. To nie tylko najsłynniejszy teatr operowy świata, ale też miejsce, które tworzyły wielkie polskie nazwiska: bracia Edward i Jan Reszke, Marcelina Sembrich-Kochańska, inne wielkie postacie jak Jan Kiepura czy polscy dyrygenci. Mam wielki sentyment do Met, bo jesteśmy wielką rodziną operową. Zaczyna się to już od portiera, poprzez biura, dyrekcję, śpiewaków, pracowników technicznych, panów przesuwających dekoracje, inspicjentów. Jest to wszystko podporządkowane sztuce i przywiązuje mnie do tego teatru.

Co do Nowego Jorku, to jest on szalony, głośny i absorbujący, ale czujemy się w nim z moją żoną jak w domu. Mamy tu mieszkanie, więc jesteśmy u siebie, co jest nie do przecenienia z racji ciągłych podróży. Lubimy tutaj przyjeżdżać, spotykać się z przyjaciółmi, których już tutaj mamy, ale po dwóch miesiącach czuję się zmęczony intensywnym i szybkim trybem życia.

PAP: Czy jest szansa na wystawienie w Met jakiejś polskiej opery?

P.B: Szansa zawsze istnieje. To wyłącznie kwestia determinacji pomysłodawców i szczęśliwego zbiegu okoliczności. Wiem o czym mówię, ponieważ udało mi się doprowadzić do wystawienia planowanej na grudzień 2019 roku „Halki” w Theater an der Wien w Wiedniu. Będzie to koprodukcja z Teatrem Wielkim-Operą Narodową. Wiem, że dyrektor Gelb jest otwarty na koprodukcje i jeśli spektakl w Wiedniu - a mam taką nadzieję - się sprawdzi, będzie to dobry punkt wyjścia. I może - przy pozytywnym układzie planet - można by do tego doprowadzić, żeby ten spektakl zaistniał także w Met.

PAP: Jak na tle Met oceniłby pan europejskie sceny operowe?

P.B.: Główne sceny świata do których zaliczam wiedeńską Staatsoper, Operę Paryską, czy Covent Garden w Londynie, nazywam operowym „grand slamem”. Do grona najlepszych należą również Opera w Monachium czy Staatsoper w Berlinie. Nie można zapominać także o mediolańskiej La Scali. Na pozycję teatru wpływa jego repertuar, zapraszane gwiazdy, dyrygenci i reżyserzy.

PAP: Jest pan uważany za jednego z najlepszych, a przez niektórych znawców nawet za najlepszego tenora na świecie. Jak wygląda droga wiodąca do takiego sukcesu?

P.B.: Gdyby istniała recepta, każdy mógłby do tego dojść - i oczywiście każdemu tego życzę. To długa droga. Sam jestem 26 lat na scenie, a zacząłem w austriackim Linzu, wtedy jednym z najmniejszych teatrów europejskich. Myślę, że tajemnica tkwi w poważnym podejściu do każdego spektaklu, w którym się śpiewa. Nie wolno odpuścić ani jednego aktu czy arii. Trzeba być bardzo konsekwentnym, co w zależności od potencjału po latach prowadzić powinno do sukcesu. Nie planowałem być solistą Metropolitan Opery. Chciałem natomiast śpiewać i grać jak najlepiej, eliminować błędy popełniane na scenie. Oto mój przepis.

PAP: Co jest dla pana miarą sukcesu?

P.B.: Jestem ze swojej sytuacji bardzo zadowolony, ale zawsze szukam lepszych rozwiązań artystycznych dla dzieła, które powstaje na scenie, dla spektaklu, w którym akurat gram. Jeśli ktoś do mnie przychodzi i mówi, że był to najlepszy spektakl jaki widział i słyszał, ja wiem, że mogłoby być jeszcze lepiej. Moja satysfakcja zawsze jest lekko ograniczona świadomością, że możliwości tego, co można zrobić na scenie są dużo większe. Zawsze mam niedosyt. To tak jakby skoczek narciarski pobił rekord świata, lub olimpijski, ale ma świadomość, że gdyby się odbił o dwa centymetry dalej, lub gdyby wiatr mu inaczej dmuchnął, to mogłoby to dać jeszcze lepszy efekt.

PAP: Jak chciałby pan dalszym ciągu rozwijać swoją karierę artystyczną?

P.B.: Jest to związane z doborem nowego repertuaru. Na tym polu muszę znowu wykonać bardzo dużo pracy, żeby usatysfakcjonować publiczność, dyrygentów, ale i siebie. Mam jeszcze wiele przed sobą, ponieważ znajduje się akurat na takim etapie kariery, kiedy co roku dochodzą nowe role z innego regionu repertuarowego, włoskiego weryzmu, czy mocniejsze role np. z Wagnera, którym zająłem się przed trzema laty. Chcę kontynuować rozwój w tym kierunku. Uważam, że nie powinno się doprowadzić do stagnacji, momentu, kiedy wszystko już jest jasne, a śpiewak operowy znajduje się na szczycie kariery i wypadałoby zacząć zjeżdżać w dół. Jest permanentny rozwój i innej drogi nie widzę.

PAP: Zamierza pan wejść teraz w świat weryzmu. Jakie się wiążą z tym najbliższe plany?

P.B.: „Adriana Lecouvreur”, to pierwszy krok w tym kierunku. Następny będzie za kilka tygodni w Wiedniu. Zaśpiewam tam po raz pierwszy rolę Cavaradossiego w „Tosce”. Za rok śpiewam natomiast w Met na otwarcie sezonu rolę Radamesa w „Aidzie” z Anią Netrebko. Planuję też takie role jak tytułowa w „Andrea Chenier” Umberto Giordano czy Manrica w „Trubadurze” Verdiego. Będzie to repertuar mocniejszy niż ten, który wykonywałem przez ostatnie lata i stanowi jego kontynuację. To dla mnie istotne, ponieważ mogę korzystać ze zdobytych doświadczeń w mniej dramatycznym repertuarze, rozwijając go z zachowaniem wszystkich elementów lirycznego śpiewania, z którym miałem do czynienia do tej pory.

PAP: „Adriana Lecouvreur” jest kolejną operą Met, która będzie transmitowana 12 stycznia do kin w wielu krajach, w tym w Polsce. Co Pan sądzi o takiej formie operowej prezentacji?

P.B.: Uważam to za fantastyczny pomysł. Jestem związany z tym projektem od 2009 roku, kiedy śpiewałem w „Łucji z Lammermoor”. Będzie to chyba moja ósma transmitowana do kin opera. Jest to fenomenalna inicjatywa popularyzująca ten gatunek sztuki scenicznej.

PAP: Czy dochodzą do pana reakcje polskich miłośników opery na temat transmitowanych w kinach produkcji Met?

P.B.: Dostaję mnóstwo maili z całego świata. W moich rodzinnych Czechowicach-Dziedzicach, gdzie kilka lat temu zamontowano aparaturę do prezentacji HD, spektakle są wyprzedane miesiące wcześniej. Fakt, że ludzie mają okazję zobaczyć na żywo spektakl z Metropolitan Opera, jest nie do przecenienia. Reakcje są zawsze bardzo pozytywne, wręcz entuzjastyczne. Trzeba też podkreślić pewną klasę rodzimych miłośników opery wybierających się na transmisje. Wiem z przekazów, że np. w Czechowicach ludzie ubierają się wyjątkowo elegancko do kina na relacje z Met. W cenie biletu jest lampka szampana czy wina w przerwach. Transmisje podnoszą poziom kultury w społeczeństwie z czego bardzo się cieszę.