Jak się żyje w Mindelo?
Cesaria Evora: W Mindelo ożywamy nocą. Tak, zdecydowanie, jest to miejsce życia nocnego. Żyjemy tak jak inni ludzie na całym świecie, ale znacznie spokojniej. Mamy wspaniały klimat, mnóstwo słońca przez cały rok. Prowadzimy taki tryb życia, który pozwala nam iść do pracy, wyjść z niej i pójść do małego baru w porcie. Mamy wiele takich portowych knajp. A potem wrócić do domu, coś zjeść, odpocząć. I znowu do pracy. Wieczorami spotykamy się z przyjaciółmi. Tego miejsca, jego klimatu nie można porównać do klimatu miast europejskich. Żyje się tu dużo spokojniej, bez stresu. Przyjazny klimat pozwala prowadzić nam pozytywne życie.

Pani żyje pomiędzy podróżami z koncertu na koncert a prostym życiem na wyspie. Jak żyją tam inne kobiety?
- Teraz ich sytuacja bardzo się zmieniła. Kiedyś kobiety żyły w domu i dla domu. Mężczyźni wychodzili do pracy i zarabiali na całą rodzinę. Tradycyjnie kobiecie były przypisane inne zajęcia niż mężczyznom. Zajmowały się głównie gotowaniem, robieniem koronek, szyciem ubrań, haftowaniem. Nowa generacja żyje zupełnie inaczej. Zarówno mężczyźni, jak i kobiety studiują i pracują.

Wraca pani z „wielkiego świata”, siada w swoim fotelu i...
- Kiedy wracam do domu, dziękuję Bogu, że całe to zamieszanie się skończyło, że zrobiłam dużo, że mam już za sobą to wszystko i wreszcie mogę być ze swoją rodziną.

Capo Verde słynęło z handlu niewolnikami i grogu. Teraz głównie z Cezi, jak nazywają panią przyjaciele i fani. Ci sami mówią, że sukces niewiele panią zmienił...
- Nie zmienił. Tak czuję. Wiem, że ciągle jestem tą samą Cezi. Niezależnie od życia, które wiodę, zawsze jestem tą samą osobą. Nigdy się nie zmieniam.

"Jeśli do mnie napiszesz, odpowiem, a jeśli o mnie zapomnisz, zapomnę i ja. Teraz pozostał mi tylko smutek, aż do dnia, w którym powrócisz" - to tekst "Sodate". O czym pani śpiewa?
- Gdy mówimy słowo "Sodate", mamy na myśli melancholię, która ogarnia nas, gdy kogoś tracimy. Bez względu, czy jest to mężczyzna, czy kobieta. Chodzi o sytuację opuszczania czegoś, czego się pragnie. Również bycia opuszczanym. To nie tylko piosenka o straconej miłości. Odnosi się bowiem do naszej historii. Nie zapominajmy, że Cabo Verde przez lata było portugalską kolonią. Od lat pięćdziesiątych nasi ludzie masowo migrowali za pracą. Podpisywali trzyletnie kontrakty i opuszczali swoje ziemie. Ale zawsze ktoś zostawał. Bliski, ukochany. W "Sodate" śpiewam właśnie o tym. Mamy zresztą wiele takich piosenek, bo to czarna karta w naszej historii. Tekst pieśni zasadza się na dialogu pomiędzy opuszczającym i opuszczonym (opuszczoną). Poza tym sodate to po prostu tembr i istota muzyki z Cabo Verde. Wyraża separację, pragnienie, by za kimś wskoczyć na statek, który odbija od naszego portu.

Jaka jest tradycja morny? Zazwyczaj porównuje się ją do bluesa.
- Śpiewamy morny, gdy chcemy wyrazić nasze uczucia. Mówimy o miłości, samotności. Jest w tym wiele nostalgii, ale nie o nią tylko chodzi. A morna to "sodate", słowo typowo portugalskie. Wiąże się ono z naszym krajem, trochę z jego polityką i historią, wyraża problemy, z którymi przez lata się borykaliśmy. W ten sposób opisujemy naszą codzienność i wszystkie nasze sentymenty. Są tacy, którzy mówią, że morna jest czymś pomiędzy bluesem a fado, ale nie są to moje słowa. Myślę inaczej. Nie chcę jej definiować przez porównania. Nie wiemy, kiedy i w jakich okolicznościach powstała. Ja odnalazłam ją w naszej przeszłości, w losach moich przodków.

Mornę dla świata odkryła pani. Kiedyś śpiewała pani za parę escudos w portowych knajpach, teraz na największych światowych scenach. Zawsze z zamkniętymi oczami. Może nie ma dla pani żadnej różnicy?
- Niezależnie, czy śpiewam w barze dla małej publiczności czy w dużej sali koncertowej, zawsze mam te same uczucia. Te same emocje i wrażenia. Zatem, faktycznie różnicy nie ma żadnej. Zawsze chodzi o moją muzykę.

Większość z nas nie zna języka kreolskiego. A mimo to po prostu wiemy, o czym pani śpiewa. Najczęściej o bolesnej miłości.
- Miłość jest czymś wspaniałym. Jest oczywiście wspaniała, gdy wszystko się dobrze układa. A kiedy układa się źle, rani. Każdy czuje to w ten sam sposób. Nie musimy znać języka, żeby poczuć smutek, który wyrażam, śpiewając.

Sydney Pollack powiedział, że gdy kręci filmy o miłości, są to zawsze historie bez happy endu. Bo o takich się pamięta, wierząc, że mówią o prawdziwej miłości.
- Mam zarówno dobre, jak i złe wspomnienia. I o tym śpiewam. Zatem fifty-fifty.