LESZEK GNOIŃSKI: Dlaczego wracasz na scenę?
ZBIGNIEW HOŁDYS: Ja przez cały ten czas grałem i tworzyłem, ale w domu. Miałem rozdarte serce, czy wyjść z tym na scenę, czy też nie. Korciło mnie, a jeszcze Tytus (syn Zbigniewa Hołdysa – przyp. red.) mi dogryzał, że to moje domowe granie można o dupę potłuc, że źle robię, nie wychodząc z tym do ludzi. Więc wracam.

Bałeś się pokazać swoje piosenki?
To nie obawa. Mam dwie półkule mózgowe. Jedna jest zwariowana, artystycznie nie do okiełznania, druga za to praktyczna, chłodna i logiczna. Jedna tworzy, a druga widzi, co dzieje się na rynku z nakładami płyt. Gdy jadę samochodem, to słyszę czasem, jaka muzyka leci w radiu. Wnioski są proste: dziś artyści w rodzaju Doors, Joplin czy Led Zeppelin nie wyszliby z piwnic. Dla dzisiejszego show-biznesu bardziej liczy się eksces niż dzieło sztuki. Dotarcie do słuchacza wymaga strasznej walki, w której sprzedaje się wszystko, z dziećmi włącznie. Dla mnie to obce terytorium. Nie chcę w tym uczestniczyć.

Dlaczego tak nie lubisz show-biznesu?
Rozczarował mnie. Każdy młody człowiek marzy o jakimś wielkim sukcesie, potem do niego dąży. Mnie się ta sztuczka udała i osiągnąłem najwyższy z pułapów możliwych w Polsce. Wtedy nagle okazało się, że to nie jest żaden cud, że nic się nie zmieniło, że żadna bajka się nie ziściła. Problemy, które miałem, nie znikły. To nie tak, że gdy stajesz się gwiazdą numer jeden, to nagle lądujesz na innej planecie i zaczynasz mieć magiczny klucz do szczęścia. Nic z tych rzeczy. Nadal wchodzisz do tego samego klubu „Akwarium”, tylko ludzie chętniej się do ciebie dosiadają, bo nagle masz więcej kasy.

Inni jakoś dają sobie z tym radę.
Parę miesięcy temu odwiedziła mnie Maryla Rodowicz i pytała, czy nie wiem, jak załatwić, żeby jej piosenki grali w radio. Użyła słowa „załatwić”. Dziwne, nie? Wracając do show-biznesu…

On daje popularność.
Mam zakorzeniony syndrom wolności osobistej i czuję się bardzo źle, widząc, że sytuacja czyni mnie niewolnikiem. Popularność zmusza do pewnych zachowań, zaczynają człowieka dotykać rzeczy, z którymi nie miał wcześniej do czynienia. Miło, jeśli są przyjemne, ale bolą, kiedy są chamskie czy aroganckie. No i dochodzą jeszcze rozterki artystyczne. Nagle jest się zmuszonym grać muzykę, która cię wyniosła na szczyty i to nawet, gdyby miało się jej już serdecznie dość. Widownia skanduje tytuł, zaczynasz grać utwór, ale tak naprawdę bardziej wolałbyś gitarę roztrzaskać niż go zagrać. Swoją drogą odkryłem, że nowy utwór pasjonuje mnie stosunkowo krótko. Kiedy komponuję, gdy uda mi się do niego zdobyć tekst, kiedy go gram po raz pierwszy, a potem nagrywam – przeżywam małe orgazmy, euforie. To wtedy Bóg posypuje mnie złotym pyłkiem. Chwilę potem euforia mija i chciałbym już robić coś innego. A właśnie wtedy publiczność uważa inaczej, popularność utworu zostaje przybita gwoździem przed twoim czołem, musisz z nim chodzić i udawać, że to wielkie szczęście móc go grać przez kolejne 15 lat. Dla mnie to był wielki dramat.

Ale przecież wracasz do starych przebojów. Grałeś je choćby sześć lat temu podczas koncertów promujących twoją poprzednią płytę „Hołdys.com”.
Po latach mi przeszło i czasami wracam do niektórych piosenek, które darzę ogromnym sentymentem. W niektórych dostrzegam nawet, że są całkiem fajne.

Które?
A różnie bywa. Lubię się bawić utworem „Chcemy być sobą”, ale myślę, że nie wypadałoby go śpiewać z takim zadęciem jak kiedyś. Lubię „Obracam w palcach złoty pieniądz” i „Pepe wróć”, z którym można zrobić, co się chce, bo jest zagrany na jednym akordzie. Dochodzi też „Nie płacz Ewka” – utwór o nieprzemijających wartościach.

I w tym miejscu powinienem spytać o Perfect, ale nie lubisz, jak tego typu pytania padają. Dlaczego?
To tak, jakbyś ciągle pytał mnie o dziewczynę z liceum, a ja jestem już facetem po pięćdziesiątce, mam żonę i 19-letniego syna. To są dawne, zamknięte sprawy, ich już nie ma. Są ludzie, którzy bez przeszłości nie potrafią żyć, są zespoły, które muszą wykonywać tę samą muzykę od 20 czy 30 lat. I taki jest ich los. Musisz, Leszku, zrozumieć, i inni ludzie też, że moje życie jest fascynujące i Perfect jest w nim marginesem, istotnym, ale marginesem. Dziennikarze pewnie liczą na to, że powiem coś złośliwego, tymczasem ten temat w ogóle nie istnieje w moich codziennych sprawach. Mam teraz mnóstwo ciekawych przeżyć, doznań, robię rzeczy, które mnie tak pasjonują, jak kiedyś tworzenie Perfectu czy zespołu Kwiaty Warszawy, gdy miałem 16 lat.

Co cię teraz pasjonuje?
No, teraz to przede wszystkim muzyka. Ale jest jeszcze coś. Dwa lata temu Tytus wystawił w swojej szkole sztukę „Pif-paf jesteś trup”, jednoaktówkę amerykańskiego dramaturga Williama Mastrosimone’a, którą za zgodą autora przetłumaczyłem. To wstrząsająca sztuka oparta na autentycznych zdarzeniach ze szkoły w Thurston, gdzie chłopak wyciągnął karabin i zabił swoich rodziców, a potem kilkoro kolegów w szkole. Córka dramaturga chodziła do tej szkoły. Pod wpływem zdarzeń Mastrosimone napisał sztukę w nadziei, że młodzi ludzie ją wystawią i uzmysłowią sobie, czym jest ta codzienna, pozornie niewinna agresja. Wiesz, taka, która u nas objawia się pisaniem na ścianach „chwdp” czy mówieniem do siebie per „cwelu” czy „debilu”. Każda szkoła, która tę sztukę wystawiła, nagle zaczęła przeżywać renesans dobrych uczuć i przyjaźni. Tak było w szkole Tytusa, gdzie mimo niewielkiej grupy uczniów dochodziło do napięć i bójek. Nagle po spektaklu młodzi ludzie zaczęli ze sobą rozmawiać, wrogowie witać się i szanować. Pisanie i tłumaczenie takich sztuk stało się moją pasją.

Gdzie jeszcze ją wystawiono?
Grana była w kilku szkołach, w Teatrze Studio, w Akademii Teatralnej, w domu poprawczym i w zakonie Franciszkanów – wszędzie przyjmowana była aplauzem, wywoływała wstrząs i dyskusje. I się zaczęło. Przetłumaczyłem kolejną sztukę Mastrosimone’a, kapitalną zresztą, o zagubionym chłopaku, który chce popełnić samobójstwo. Potem napisałem scenariusz filmowy „I’m Sorry” i jeszcze tekst dramatyczny „Siano”. Pierwszy traktuje o przemocy w szkole, spodobał się Maćkowi Ślesickiemu i młodym reżyserom z Warszawskiej Szkoły Filmowej, drugi o problemie homoseksualizmu i tolerancji – i już chcą go wystawić w dwóch szkołach. Szkoły dostają je ode mnie za darmo (jak się zgłoszą pod adres agencja@holdys.pl). Chciałbym pomóc młodym ludziom znaleźć swoje miejsce w świecie. Pomagać młodym to dziś psi obowiązek dorosłych, bo to dorośli młodym taki świat zafundowali.

Twój syn w tym roku zdawał maturę. Objęła go Giertychowa amnestia czy nie musiała?
Zdał maturę o własnych siłach i jest wściekły na Giertycha. Ma kodeks moralny, w którym prawo i poszanowanie ludzi odgrywa niemałą rolę. Uważa, że Giertych nie szanuje młodych ludzi, łamiąc prawo, i osrał tych, którzy zdali. Twierdzi, że gdyby nawet nie zdał, też byłby przeciwny tej chorej amnestii. Wierzę mu.

Jakie studia wybrał?
Rozpoczyna edukację w Warszawskiej Szkole Filmowej u Ślesickiego i Lindy. Ja tam wykładam, ale nie to zdecydowało. Tam jest profesorem Ela Słoboda z amerykańskiego Actor’s Studio, z którego wyszli najlepsi amerykańscy aktorzy i dlatego chciał tam się dostać. Aktorstwo jest jego pasją. Będę szczęśliwy, jeśli mu się powiedzie, choć trochę się boję, bo gra bardzo forsownie.

Na koniec wróćmy do muzyki. Skompletowałeś już swój nowy zespół?
Jeszcze nie. Mam ulubionych muzyków, jak Wojtek Pilichowski czy Grzesiek Grzyb, z którymi grałem na „Hołdys.com”. Jednak są bardzo zapracowani. Gadam z nimi o tym niemal codziennie. Ale też szukam nowych twarzy, dla których będzie frajdą pograć ze mną. Moja muzyka wymaga sporej wyobraźni i doskonałego warsztatu. W ciągu trzech dni od ukazania się w „Dzienniku” tekstu na temat mojego powrotu, przyszło prawie sto płyt. Właśnie je przesłuchuję. Muszę się spieszyć, za dwa tygodnie powinienem podjąć ostateczne decyzje.