JUSTYNA KOBUS: Debiut będący epicką opowieścią o wojnie, zrealizowany przez reżysera w wieku 38 lat, i od razu szalony sukces… Wszystko wygląda dokładnie tak samo, jak przed półwieczem w przypadku pańskiego ojca. Przyzna pan, że to niezwykły zbieg okoliczności...
FIODOR BONDARCZUK*: Sam boję się już nawet myśleć o tych niezwykłych zbieżnościach… O tym, że „9. kompania” zostanie zgłoszona do nominacji do Oscara, dowiedziałem się w dniu urodzin mojego ojca. Jako człowiek wierzący pomyślałem, że ojciec, patrząc na mnie z góry, musiał w tym maczać palce. Podczas rozmów w Londynie przypadkowo dowiedziałem się też, że z technik i sprzętu, z których korzystałem na planie „9. kompanii” dotychczas nie korzystał w Rosji nikt, prócz mojego ojca… Jestem późnym dzieckiem, mało obcowałem z ojcem, więc zastanawiam się, czy on teraz nie próbuje nadrobić zaległości, wtrącając się z góry w moje życie.

Pobił pan wszelkie rekordy w historii rosyjskiego kina. Także te należące do ojca. Film zarobił 26 milionów dolarów. Czy to zasługa świetnej kampanii reklamowej, którą pan sam, jako fachowiec w tej branży, wymyślił?
Rzeczywiście, mam własną agencję reklamową, mam też firmę producencką. Ale zawsze marzyłem o reżyserowaniu i gdybym wcześniej znalazł pracę w zawodzie, zajmowałbym się wyłącznie reżyserowaniem. Sądzę, że filmowi największą reklamę zrobili sami widzowie, którzy po pierwszych projekcjach wygłaszali skrajne opinie. Jedni mówili, że to świetne kino i hołd dla weteranów wojny w Afganistanie, inni, że to film antyrosyjski i wręcz go nienawidzili. Podobne zjawisko nastąpiło wśród krytyków. Najlepszy dowód to to, że w jednym rankingu „9. Kompania” została uznana za najlepszy film roku, a w innym – za najgorszy. Podejrzewam, że większość widzów chciała na własne oczy przekonać się, która ze stron ma rację. Mimo że pokolenie doświadczonych rosyjskich filmowców przepowiadało, że film nie jest w stanie zarobić więcej niż 3 miliony dolarów.

Odebrałam pana film jako opowieść o okrucieństwie niepotrzebnej wojny. Pokazał pan głupotę dowódców, którzy zapomnieli o swojej kompanii, a ona została wybita do szczętu. I nagle w finale mówi pan, że wspaniale jest umierać za ojczyznę!
Ten film nie jest ani apoteozą wojny, ani pochwałą pacyfizmu. Nie nakręciłem go też ku chwale radzieckiej potęgi militarnej. Zrobiłem go dla tych młodych chłopców, którzy nie zdążyli dorosnąć, bo zginęli gdzieś na pustkowiach Afganistanu. Dla mojej generacji, bo to przecież opowieść o naszym pokoleniowym doświadczeniu. Poszedłem do wojska w 1985 roku, dwa lata później zakończyłem służbę. W filmie akcja toczy się w 1989 roku. Wojna w Afganistanie to w Rosji już temat niemal martwy. 10 lat jej trwania to biała plama w naszej historii. Czułem potrzebę oddania hołdu tym wszystkim, którzy walczyli aż do ostatniego naboju. Opowiedzenia o ludziach, którzy wygrali własną wewnętrzną bitwę. Każdy z nich musiał sam zadecydować, co to zdrada, a co bohaterstwo. Nie interesowały mnie w tej opowieści uwarunkowania polityczne, ale motywacja towarzysząca moim bohaterom.

Myśli pan, że brak politycznego kontekstu był właściwym posunięciem? Konflikt w Afganistanie trwa nadal, choć od tamtych wydarzeń minęło 17 lat. Pan uciekł od pytania o jego przyczyny.
Bo zupełnie nie interesuje mnie polityka. Dlatego nigdy nie podjąłbym się zrobienia filmu o trwającym wciąż konflikcie w Czeczenii. Nie miałem najmniejszego zamiaru nikogo oceniać ani oskarżać. A już na pewno rozgrzeszać przywódców radzieckich, winnych rozpętania afgańskiego konfliktu. Skupiłem się na czymś zupełnie innym. Na chłopcach, których z ulicznej łapanki wysłano na wojnę, gdzie musieli zabijać. Czy miałem ich potępiać za to, że chcieli przetrwać? Wcześniej nie musieli zadawać sobie pytań o znaczenie takich słów, jak męstwo, obowiązek wobec ojczyzny. I nagle, stając przed tym dylematem, odkryli, że są zdolni do najbardziej heroicznych czynów.

Pański film podobał się Putinowi?
Po projekcji długo zastanawiał się nad komentarzem, w końcu powiedział, że to kawał solidnego i uczciwego kina. Ale Putin zobaczył film dopiero, gdy ku zaskoczeniu wszystkich wpływy z biletów przekroczyły 26 milionów dolarów, a widzowie na internetowych stronach przyznawali się, że widzieli go po 8 – 9 razy! No i po tym jak obejrzał go Putin, ci, którym film nie przypadł do gustu, znaleźli wytłumaczenie jego sukcesu: „Putin ogląda? Aha, pomógł im Kreml” – mówiono. Minister obrony zaprotestował po pokazie, że krzywych „pulimjotów”, takich jak w filmie, nie było nigdy w naszej armii. Wówczas moja ekipa dostarczyła mu parę takich sztuk z muzeum wojska, i zmienił zdanie.

Czy film był dotowany przez rosyjskie ministerstwo kultury?
Tak, zresztą na duże, epickie produkcje w tej chwili nietrudno dostać w Rosji dotacje. Już na etapie scenariusza ministerstwo wyłożyło pół miliona dolarów, a potem, po obejrzeniu części materiałów, zwiększono tę sumę do miliona.

Zrobił pan wojenną epopeję w iście hollywoodzkim stylu – imponujące sceny batalistyczne, efekty specjalne. Uderza podobieństwo do oscarowego „Plutonu” Stone’a. To zamierzony manewr?
Jak najbardziej. Przygotowując się do pracy nad filmem, raz jeszcze obejrzałem najgłośniejsze amerykańskie filmy o Wietnamie, jak „Czas Apokalipsy” Coppoli, „Pluton” Stone’a czy „Full Metal Jacket” Kubricka.

A nie wspaniałe, wojenne filmy ojca, jak choćby „Oni walczyli za ojczyznę”?
Te znam doskonale, tylko nie wiem, dlaczego nikt nie chce dostrzec, że to kino ojciec oparł przecież na hollywoodzkim dramacie wojennym. O tym filmie nie da się powiedzieć, że jest przeładowany ideologią, socrealistycznym kinem. Przeciwnie. To opowieści o ludziach, pełne emocji, inne od tych, jakie wtedy kręcono w ZSRR. Dlatego określano je mianem przełomowych. Zresztą Oliver Stone zachwyca się tym kinem. Niedawno przy okazji rosyjskiej premiery „World Trade Center” rozmawiałem z nim w swoim telewizyjnym programie „Kino w szczegółach”. Podarowałem mu na jego życzenie kasetę z „9. kompanią”, a on zarzucił mnie pytaniami. – To film o wojnie afgańskiej? Potwierdziłem. – Słyszałem, że największy w historii przebój rosyjskich box office’ów? – drążył. I znowu przytaknąłem. – Ile zarobił? – zapytał. 26 milionów dolarów – odpowiedziałem. Wtedy zaniemówił na moment i zapytał, ile mam lat. Powiedziałem że 38, na co wyraźnie uradowany zawołał: „To niesamowite, bo ja właśnie w wieku 38 lat nakręciłem »Pluton«”.

Chce pan dalej robić wojenne kino?
Myślę, że w ciągu najbliższej dekady to mało prawdopodobne. Pracuję teraz nad ogromnym projektem z gatunku science fiction. 15 stycznia zaczynamy zdjęcia, choć przyznam, że na razie jeden Bóg wie, jak ten film nakręcę. Będzie składał się z dwóch części skierowanych do dystrybucji w odstępie 3 miesięcy. Scenariusz do filmu powstał na podstawie fantastycznej powieści braci Strugackich „Przenicowany świat”. Akcja dzieje się na obcej planecie i będzie tam dużo dziwacznych stworów... Główny bohater to zresztą także niezły dziwoląg. Ktoś w rodzaju ziemskiej odmiany supermana, tyle że kompletnie nieokrzesany. Widzi w ciemnościach, je trujące grzyby i nawet postrzelony kilka razy jest w pełni sił. To tylko pozornie rozrywkowe, widowiskowe i efektowne kino, traktujące jednak o granicach wynaturzenia, które zaczyna ogarniać społeczeństwa z ich własnej winy. Mam nadzieję, że podobnie jak „9. kompania” zdobędzie dużą widownię. Kino robione dla elitarnego widza albo na potrzeby festiwali w ogóle mnie nie interesuje.


*Fiodor Bondarczuk pochodzi ze znanej artystycznej rodziny. Jego ojciec, Siergiej, był jednym z najważniejszych radzieckich reżyserów. Bondarczuk junior jako aktor ma na koncie kilkanaście filmów. Jest również producentem i twórcą reklam. „9. kompania” to jego debiut reżyserski