Czy możliwa jest dzisiaj krytyka niezależna? Dwa tygodnie temu na konferencji krytycznoliterackiej zorganizowanej przez Uniwersytet Jagielloński Julian Kornhauser zadał to pytanie, które byłoby najistotniejszym pytaniem we współczesnej dyskusji o krytyce literackiej, gdyby taka dyskusja istniała. Czy rzucili się wtedy młodzi krytycy zaklinać, że przestrzegają tego, co należy po prostu do ich etyki zawodowej? Czy może jakiś czcigodny krytyk dowodził, że prawdziwą niezależność daje tylko kompetencja i doświadczenie? Czy – choćby naciągając, przesadzając – ale broniono własnej niezależności? Bynajmniej. Ktoś zaczął tłumaczyć, że samo pojęcie krytyki niezależnej jest utopią i błędem, że przecież zawsze jesteśmy od czegoś zależni, itp. itd., a więc i krytyka niezależna nie istnieje i istnieć nie może. Przyjemnie jest być konformistą, ale nie ma to jak być konformistą ideologicznie usprawiedliwionym.

Niestety, nie był to głos pojedynczy, ale wyraz zjawiska, które od lat pożera krytykę literacką w Polsce (piszę o krytyce, a nie o badaniach akademickich). Krytyka niezależna nie tylko nie jest w cenie – ona już niemal nikomu w głowie się nie mieści. Bo na czym miałaby polegać krytyka niezależna? Na tym – jak sądzę – żeby pisząc o książkach szukać własnego rozumienia świata i literatury, a nie egzemplifikować tezy zawarte już w cudzych książkach albo w gazetach. Żeby oceniać literaturę w oparciu o wypracowane przez siebie kryteria, a nie o kryteria głoszone przez środowisko albo redaktorów politycznych periodyków. Taka krytyka w Polsce skończyła się chyba z Andrzejem Kijowskim, i, jak widać, nikt za nią nie tęskni. Dzisiejszym krytykom literatura nie służy już do mówienia o świecie. Jej zastosowaniem jest natomiast przynależność do tej czy innej literaturoznawczej szufladki oraz wyrażanie takiej albo innej teorii czy ideologii. Czasem mamy szczęście i takie pozaliterackie oceny nie kłócą się z prawdziwą wybitnością – jak na przykład w wypadku świetnej pisarki Elfriede Jelinek, która zyskała uznanie w opiniotwórczym środowisku inteligencji (europejskiej i polskiej), bo tak się akurat składa, że jest autorką feministyczną i lewicową. Przez to jednak, rzecz jasna, wyśmiewana była przez ludzi z drugiej strony barykady, którzy najczęściej na oczy nie widzieli żadnej z jej książek. Prawdziwie literackie dyskusje z Jelinek w Polsce niemal się nie zdarzają.

Prawie nie sposób funkcjonować dzisiaj poza tą czy inną koterią. Pisarze zostają wciągnięci w walkę ledwo coś napiszą – a często jeszcze zanim napiszą, i siła popierającego ich środowiska w większej mierze stanowi o ich sukcesie niż siła ich twórczości. Tak właśnie, choć po różnych stronach środowiskowej i ideologicznej barykady, funkcjonują Nahacz, Drotkiewicz, Sieniewicz, Shuty, Bieńkowski, Krasiński. Zaznaczmy przy tym, że podziały ideologiczne są wtórne, i ich głównym zastosowaniem jest uprawomocniać podziały środowiskowe – które są naszą prawdziwą namiętnością. W kontekst środowiskowo-polityczny dają się też wciągnąć krytycy – i to on, a nie zawartość ich tekstów, definiuje to, jak są postrzegani. Tak się na przykład stało z Tomaszem Burkiem, jednym z największych polskich krytyków, który, przypisany do prawicy, z drugiej strony barykady uznany został za "wariata" i w ogóle przestał być słuchany. Wygląda na to, że literatura po prostu mało kogo dzisiaj obchodzi, a autentyczne namiętności budzi walka środowiskowa przy pomocy literatury – szczególnie brutalna w podgrzanej obecnie atmosferze politycznej.

I kiedy w tym świecie koteryjnych porachunków ktoś śmie ujawnić, że właśnie literatura ma dla niego znaczenie, i chciałby o niej mówić własnym głosem, zapanowuje konsternacja. Ktoś gotów chwalić Jelinek, ale ganić Tokarczuk? Gotów uwielbiać Gombrowicza, ale nie zachwycać się tonem poezji Miłosza (i jeszcze przyznać, że się nie zachwyca)? Powszechnie przecież wiadomo, że albo się kocha Tokarczuk na równi z Jelinek, cytuje Gombrowicza i uczestniczy w kulcie Miłosza – albo rzuca pomidorami w feministki, Miłosza wykopuje ze Skałki i sekunduje ministrowi Giertychowi w zdejmowaniu Gombrowicza z programu szkolnego. I jeśli ktoś chce sobie znaleźć miejsce poza tymi – pozaliterackimi – podziałami, czym prędzej trzeba go wepchnąć do któregoś z okopów. Tak to, zdaniem pani Kingi Dunin, jeśli ktoś uważa sławę książek Olgi Tokarczuk za podejrzaną, niechybnie musi być "dyspozycyjną recenzentką" PiS, przypuszczającą "atak na zamówienie", jest bowiem całkowicie niewyobrażalne, by na przykład zwyczajnie nie przepadał za prozą Olgi Tokarczuk. Wiadomo, że nic tak nie dyskwalifikuje przeciwnika jak doczepienie mu znienawidzonej przez publiczność etykietki - a publiczność p. Dunin PiS-u wszak nie cierpi. Na tej samej zasadzie krytyk francuski Pierre Jourde, który ośmielił się kilka lat temu skrytykować dzieła paru pisarzy przesadnie, jego zdaniem, wynoszonych na piedestał, usłyszał od krytyków z "Le monde des livres", że jest "faszystą", a kiedy puściły im nerwy – "faszystą i pedałem". P. Dunin szydzi, że zarzucam Tokarczuk hołdowanie "modnym ideologiom". W polityczno-środowiskowych okopach nie ma znaczenia krytycznoliteracki elementarz: że modne ideologie, podobnie jak kawiarniane mądrości, analizy społeczne przepisane z gazet bądź z broszurek internetowych na temat New Age’u, czyli wszystko to, co świadczy o wtórnym, nieoryginalnym charakterze dzieła, zwyczajnie obniża jego wartość. Tłumaczmy więc niezmordowanie, o co nam chodzi: o to, że twórczość literacka, jako dzieło jednostki, o tyle ma wartość, o ile jest przejawem autentycznej problematyki pisarza, a nie problematyki przepisanej z Internetu. Jeśli zaś każda ideologia niechybnie szkodzi dziełu, to ideologia "modna" czyni to podwójnie, bo jest dodatkowo wyrazem konformizmu. Czy rzeczywiście jest nie do pomyślenia, by ktoś w Polsce uznawał, jak Imre Kertész, że "ideologia i w życiu, i w literaturze upraszcza, a więc zafałszowuje obraz świata", i z tego właśnie powodu odnosił się do niej podejrzliwie – uważając, że zadaniem literatury nie jest zafałszowywać, lecz wprost przeciwnie – odfałszowywać świat?

Ale skrajna środowiskowość oraz ideologizacja życia intelektualnego w Polsce to część obszerniejszego pakietu, którego głównym składnikiem jest konformizm. Stać nas tylko na mówienie rzeczy już sto razy powiedzianych, na chwalenie wychwalonych i krzyczenie na dawno zakrzyczanych. Krytycy (także z tytułami profesorskimi) tylko w kuluarach chętnie mówią, że tak naprawdę uważają Miłosza za poetę zdecydowanie nierównego i że ostatni tomik Szymborskiej jest wyjątkowo słaby, bo poetyka, która od lat się nie rozwija, prowadzi do maniery. A różni inni Wielcy Geniusze pozostają Geniuszami tylko dopóty, dopóki mówiący się nie upewni, że wszyscy obcy poszli do domu. I kiedy ktoś otwarcie wyrazi jakiś nieco odmienny pogląd, wszyscy odwracają taktownie wzrok, jakby pojawił się w salonie z prawym butem na lewej nodze.

Ale dla dobrego samopoczucia niezbędne jest przekonanie o własnej buntowniczości. Na szczęście mamy teraz ministra Giertycha, który zdejmie z programu szkolnego "Trans-Atlantyk", przeciw czemu będzie się można szczerze, ogniście, a przede wszystkim, jakże bezpiecznie, pobuntować. Niewątpliwie skandalem by było, gdyby największy polski pisarz XX wieku miał nie znaleźć się w programie szkolnym, toteż można do woli krytykować ministra Giertycha. Celem wzmożenia własnej wiarygodności dobrze by się było jednak czasem odważyć na krytykę, której tak łatwo nie przyklasną koledzy.

A swoją drogą, ciekawe, że w tej dobie rozszalałego indywidualizmu, nad którym płaczą Coetzee, Roth, Houellebecq i inni myśliciele Zachodu, tak bardzo trudno o indywidualistów. W epoce rozwydrzonej emancypacji wszelka emancypacja odbywa się pod parasolem ochronnym środowiska. Więc może te opowieści zachodnich pisarzy, znajdujące już i polskich wyrazicieli, wymagają drobnej korekty: że mianowicie skrajnemu indywidualizmowi towarzyszy skrajna stadność? Ledwie wyzwoliwszy się od krępujących tradycji, kanonów i kryteriów moralnych, natychmiast skrywamy się w równie apodyktyczne koterie i ideologie. Żyjemy w epoce paradoksów, gdzie pierwszą reakcją na wolność jest ucieczka od wolności, a podwyższonej nowoczesnej samoświadomości towarzyszy nieograniczona wprost zdolność do zafałszowywania siebie i świata. Kiedy bowiem zapytać naszych krytyków i profesorów: dlaczego mówicie rzeczy kontrowersyjne, ale nikt z was tego wprost nie napisze?, odpowiadają: bo pisanie wymaga odpowiedzialności. Zwyczajnie się boimy, że brak nam talentu i kompetencji, by na piśmie bronić odpowiedzialnie tez choć odrobinę kontrowersyjnych – i żeby ta ułomność się nie wydała, robimy wszystko, by głoszenie ich w ogóle nie było możliwe (zgodnie z zasadą, że garbatemu zawsze raźniej wśród garbatych). Zresztą, czy nie jest tak, że im mniej pewności siebie, tym więcej mechanizmów obronnych – bo nie wolno dopuścić, by na światło dzienne wyszła przepaść pomiędzy ułudą a rzeczywistością? Humanistyka, będąc sferą słabo weryfikowalną z rzeczywistością, szczególnie jest podatna na takie zafałszowania – a humanistyka tworzona przez słabeuszy, w dodatku w czasach, gdy upadły poprzednie miary i kanony, wprost nie może się bez zafałszowań obyć.

Jak ten dyskutant z konferencji, będzie się więc dowodzić, że nie istnieje niezależność – dzięki czemu nasza zależność zostanie usprawiedliwiona. Chętnie przyklepie się postmodernistyczny upadek kryteriów oceny, i powie, że "w każdym dziele znajdzie się coś interesującego" – z nadzieją, że może i w naszym coś się takiego znajdzie. A żeby uszły nam na sucho dowolne brednie na papierze, ustanowi się zasadę, że w pisaniu "im mętniej, tym lepiej". I, jak to wśród konformistów, dla jednego będzie się miało szacunek: dla siły. Jeśli pojawi się ktoś, kto się z nami nie będzie patyczkować, natychmiast położymy uszy po sobie. Rozmaici felietoniści, jak na przykład Michał Paweł Markowski, mogą sobie pozwalać na mało eleganckie złośliwości ad personam, choćby na łamach katolickiego pisma intelektualnego, wiedząc dobrze, że choć wszyscy w kuluarach będą się krzywić z obrzydzeniem, to nikt tego nie przeniesie na papier – skoro naczelną zasadą w środowisku jest "broń Boże się nie wychylać, żeby następnym razem na nas nie padło".

Tak, przede wszystkim, broń nas Panie Boże przed głośnym powiedzeniem tego, co szepczemy do ucha. Dla debaty publicznej i dla standardów w świecie intelektualnym, o wiele lepiej, jeśli niczego nie będzie się mówić głośno. A już najlepiej zamykać się przed niebezpiecznym światem w kółkach wzajemnej adoracji w redakcjach, uczelniach i instytutach naukowych, gdzie do woli pielęgnować można samochwalstwo, a z podwójnych standardów robić towarzyską cnotę. Warto tylko pamiętać, że jeśli czytamy dziś Irzykowskiego, Puzynę, Kijowskiego czy Burka, to nie z powodu ich umiłowania bezpieczeństwa.