Kiedy krzyknęła Magdalena Miecznicka na łamach wysokonakładowego dziennika, głos się wzmocnił, bez specjalnego udziału jego posiadaczki. Należy zatem korzystać ze sprzyjającej temperatury, bo, jak się wydaje, iskry, które ta dyskusja wokół rozrzuca, nie wzniecą co prawda pożaru, ale zwrócą uwagę na tlejące ognisko.

Trudno mi się zgodzić z sugestią, iż niezależność jest krytyczną cnotą, póki nie wiem dokładnie, o jaką mianowicie niezależność chodzi. Nie należy bowiem wymagać od krytyka (czy krytyki?) zachowań i cnót ponad jej siły. Krytyk jest uzależniony od współczesności – szeroko rozumianej – i od środowisk intelektualnych, które w niej funkcjonują. Musi zatem wpisać jakiś rodzaj zależności w ryzyko profesji, którą uprawia. Aby zaistnieć, musi się uzależnić. Jest bowiem podległy swoim czasom i swoim partnerom. Chce być nade wszystko czytany, bo uważa się za pisarza. Zgadzam się z Boleckim, iż krytyk jest twórcą, a nie wyłącznie opiniodawcą. Nie zgadzam się, gdy Bolecki powiada, iż zdeprawował krytyka akademicki status. Nie na tym problem krytyki, w moim rozumieniu, polega.

Otóż krytyka została podbita przez akademików częściowo. Jak to rozumiem? Faktycznie, to w uniwersyteckich kręgach zaczął się kształtować wyrazisty dyskurs przeznaczony do różnych wiwisekcji literaturoznawczych. Dyskurs ten zainicjowany przez pokolenie zdolnych i przebojowych uczniów okazał się tak atrakcyjny (czy słusznie, tego nie wiem…), iż zaczęto masowo go naśladować i używać, gdzie się da. Pojętni uczniowie robią to w sposób pojętny, mniej utalentowani poprzestają na mimikrze, co zapewnia im uczoność, dawniej nazywaną niezrozumialstwem.

Prawodawcy krytycznego stylu mogą się tylko cieszyć – tak przecież rodzą się szkoły, a wraz z nimi epigoni oraz inni podrzędni naśladowcy. Ale trwa tęsknota za językiem starej formacji, mocnym, obrazowym, zdecydowanym, rzec by można – męskim. Stąd powroty do sprawdzonych terminów krytycznych: zobowiązania krytyki, krytyka celów finalnych, wielka krytyka, krytyka stwarzająca. Wedle możliwego pesymistycznego, czarnego scenariusza sytuacja okazała się patowa: krytycy zmieniają swój język, to prawda, ale brak im wybitności. Dajcie nam Brzozowskiego, Irzykowskiego, Kijowskiego, Wykę, namówcie Burka, żeby więcej pisał – wołają wszyscy unisono.

Jest to żądanie tyleż słuszne, co głęboko utopijne. Takiej repetycji nie będzie, ponieważ siła tych krytyków była również wypadkową czasów, w których żyli i pisali, oraz ekspresją ich wybitnych osobniczych cech. Różne to były cechy, o czym może warto przypomnieć. Bywali despotyczni, złośliwi wobec kolegów, a nawet czasami koteryjni. Wystarczy poczytać "Pamiętnik" Brzozowskiego, "Dzienniki" Kijowskiego czy arcydzieło krytyki (jest nim pamflet), czyli "Beniaminka" Karola Irzykowskiego. Ten bezkompromisowy szturm, jaki Irzykowski przypuścił na Boya, podkopując jego miejsce jako autorytetu, był w gruncie rzeczy atakiem wymierzonym w warsztat pisarski Boya. Słynne pytania, które stawia Irzykowski: jak ja to robię – jak on to robi, dotyczy przecież technik pisarskich. Zmierzyli się ze sobą dwaj pisarze.

Powiedzieć by zatem można tak: jest we współczesnej krytyce formacja, która rozstrzyga. Rozstrzyga, bo dyktuje język. To wiele i to za mało. Formacja dyktuje, ale formacja często nie praktykuje. Ci co praktykują, nie spoglądają w stronę horyzontu, za którym z wolna znikają cele krytyki. Trzeba bowiem mieć ich świadomość, co nie znaczy, iż trzeba je wyznaczać w każdej recenzji.

Myślę więc, iż czujność współczesnego krytyka winna dotyczyć zarówno pisarza jak kolegi-krytyka. Wtedy wszyscy będziemy postawieni w stan gotowości. Cenzurki wydawane pisarzom będą się liczyć, ale ważniejsze okaże się to, w jakim języku zostanie to uczynione i w jakiej formie umysłowej znajduje się kolega, który cenzurki owe wystawiał. Nie będzie wyroków ferowanych w poczuciu wyższości, gdy zaistnieje świadomość, iż krytyk nie może być złym rzemieślnikiem: skoro zarzuca jakiemuś dziełu, iż mało w nim, powiedzmy, wielkiej poezji, to ja chciałabym wiedzieć, jakie ten krytyk ma pełnomocnictwa, żeby pisać równie puste, z punktu widzenia warsztatu, zdanie.

Więc naprawdę nie chodzi o to, czy się pisze dobrze o Jelinek, a źle o Tokarczuk, źle o Miłoszu, a dobrze o Gombrowiczu. Chodzi przede wszystkim o to, jak się to robi, a również po co się to robi. Nie jestem naiwna, nie sądzę, iż krytyk przed każdym aktem pisania przepowiada sobie swój program, lecz bronić swoich ocen może tylko swoim warsztatem krytycznym. Reszta jest czarną pianą gazet.

Dyskusja o krytyce wyzwoliła jednakowoż namiętności – być może dotyczy ona czegoś więcej niż krytyka, krytyczność i krytykowanie? Podejrzewam, że tak.
Nazwałabym ten drugi plan dyskusji o krytyce przygotowaniem do stworzenia pewnego idealnego (acz utopijnego) projektu kulturalnego. O co by w tym projekcie chodziło? Jak w każdej utopii – o cele najwyższe.

Zatem o rodzimą formułę europejskości, o kształt kultury wysokiej, o sferę wpływów, jakie krytyka może i winna wyznaczać (a może również limitować?), o wyzwolenie kultury z klanowości. W zróżnicowanej, migotliwej przestrzeni społecznej dochodzenie do tych celów oznacza przemierzanie drogi trudnej i meandrycznej.
Czy ma to być droga idei, albo inaczej: szkoły pisania o ideach, czy też droga, na której wyraziste przystanki wyznaczają osoby wybitne? Miecznicka i Michalski wybierają niezależne idee i systemy. Markowski osoby.

Ale bywały w krytycy wybitne przypadki łączenia tych dwóch opcji – poprzez medium warsztatu. "Nie maluj mnie na klęczkach, maluj mnie dobrze" – to słynne zdanie dotyczące religijnego malarstwa Styki do sztuki krytycznej też się odnosi, choć trzeba by je uzupełnić o drugi człon, czyli o tych, którzy rozdają ciosy bez zastanowienia.

Dyskusja o krytyce posiada, powtórzmy, sens zastępczy. Wypowiadają się w niej potencjalni budowniczowie kulturalnych utopii i pragmatyści. Pisząc tutaj o naturze krytycznych dyskursów i konieczności ich reformowania myślę o esencji krytyki jako twórczości. Gdy prymat tworzenia i wypowiadania sądów w języku rozpoznawalnym jako indywidualny i należący do konkretnej osoby uda się wypracować (zaś każdy krytyk czyni to na własną rękę), będziemy mieli nowych Irzykowskich, nowych Kijowskich, nowych Burków.
Ale nowych właśnie – a nie repetycję godnych szacunku wzorów.

PS. Gdyby ktoś zapytał mnie, na jakiego krytyka w skrytości ducha oczekuję, powiedziałabym tak: na natchnionego hermeneutę. Na taką zatem osobę, co porwie mnie i zachwyci swoją lekturą poety czy pisarza, od którego nigdy nie oczekiwałam równie wysublimowanych wzruszeń, jak te, których możliwość zarysował przede mną ów hermeneuta. I będę miała jednocześnie radość literatury, radość osoby i radość idei o literaturze.