HUBERT MUSIAŁ: W ostatnich latach poświęcił się pan twórczości religijnej, ale teraz podobno bierze pan wolne od dużych form zajmie się pan pisaniem mazurków i ścieżek dźwiękowych.
WOJCIECH KILAR: Rzeczywiście, ostatnie lata poświęciłem wyłącznie pisaniu dużych utworów wokalno-instrumentalnych: mszy „Missa Pro Pace”, dwie symfonie; zrealizowałem też to, o czym od dawna marzyłem, czyli „Magnificat”. Po tym okresie wielkich rozmiarami utworów do wielkich tekstów z Pisma Świętego i „Boskiej Komedii” Dantego, poczułem potrzebę płodozmianu. Napisałem więc trzy mazurki na zamówienie mojego dawnego szkolnego kolegi, profesora Andrzeja Jasińskiego, który był nauczycielem Kristiana Zimmermana i przewodniczącym jury Konkursu Chopinowskiego. Pracuję nad ścieżką dźwiękową do nowego thrillera psychologiczno-filozoficznego Krzysztofa Zanussiego „Il sole nero” („Czarne słońce”). Do takich filmów pisze się trudniej niż do dzieł widowiskowych. Po inspirację trzeba tu sięgać do nieco wyższych półek intelektualnych. Niewykluczone, że znów podejmę współpracę z Hollywood. Zwrócił się do mnie z propozycją o połowę młodszy ode mnie reżyser James Gray, który kręci filmy o mafii rosyjskiej w Nowym Jorku. To moje ukochane miasto, a o wielkiej miłości do niego świadczy fakt, że wybaczam mu nawet to, że nie można tam palić (śmiech). Zresztą do filmu wracam na chwilę, bo na kontynuację czeka zaczęta już V symfonia. Czuję jednak, że za jakiś czas powinienem spojrzeć na ten początek świeżym okiem, że musi się on jeszcze odleżeć.

Nowy Jork Nowym Jorkiem, ale żeby zaraz wracać do muzyki filmowej? Mówił pan kiedyś, że szkoda już panu czasu na komponowanie ścieżek dźwiękowych. Coś się zmieniło?
Prawdę mówiąc wciąż w to wierzę i chyba wciąż będę to robił. Zaznaczam jednak, że nie jest to postawa do naśladowania. Doskonale zdaję sobie sprawę, że takie rzeczy łatwo mówi się komuś, kto – jak ja – ma jako tako zabezpieczony byt. A że nie miałem pomysłu na żaden swój utwór, nie mogłem więc znów odmówić Krzysztofowi. Moja muzyka jest w jego wszystkich 33 filmach. Przy czym nie ukrywam, że ostatnią nagrodę Orłów dostałem za muzykę do obrazu Zanussiego, choć nie kiwnąłem przy nim nawet palcem. Cały film był oparty na moim koncercie fortepianowym i moim dawnym utworze chóralnym. Pytał pan, czy coś się zmieniło. Od kiedy zacząłem komponować, zmieniło się wszystko. Kiedyś obowiązywał konkretny wzorzec. W ramach epoki wszyscy pisali w gruncie rzeczy podobnie. Oczywiście genialni – genialnie, średni – średnio, a grafomani – źle. Tymczasem w naszych czasach, które nieprecyzyjnie nazywa się postmodernizmem, tak nie jest. Pozostał tylko jeden odwieczny warunek: talent.

Dlaczego nieprecyzyjnie?
Pamiętam, że kiedy Leszek Kołakowski na połowie strony „Przeglądu Powszechnego” ogłosił swój wielki słownik pojęć filozoficznych, to hasło „postmodernizm” wyjaśnił równie lakonicznie co zabawnie, że „wszystko wolno”. W muzyce i sztuce nie jest to takie oczywiste, ale faktem jest, że zostaliśmy zwolnieni z awangardowych przymusów. Kiedyś właściwie każdy utwór, obojętnie literacki czy muzyczny, musiał zaskakiwać czymś nowym, a w gruncie rzeczy mieścić się w obowiązującym awangardowym trendzie. Nawet kiedy zaczynałem w latach 50., to wytworzył się pewien nurt obowiązujący, polegający na całkowitym odrzuceniu melodii i harmonii. To się skończyło, bo naturalną koleją rzeczy skończyć się musiało. Dobrym porównaniem dla awangardy artystycznej jest awangarda wojenna. Kiedy idzie ogromna armia, przed nią wysuwa się czołówka. Większość ginie, a armia wkraczając wchłania te resztki awangardy, które przetrwały. Tak samo jest w muzyce. Ta cała wielka przeszłość trwająca od początków muzyki wciąż wzbogaca się, wchłaniając awangardę.

Czyli tak naprawdę awangarda nie istnieje?
To nie tak. Awangarda nie oznacza kresu jakiegoś nurtu czy jakiejś tendencji. Świat się bowiem nagle nie kończy, a cała ta przeszłość okazuje się nie do przekreślenia, a odwieczne, nieprzemijające wartości nie dewaluują się. Awangarda jest bowiem sposobem na wzbogacenie kapitału sztuki o nowe środki. Wspaniałe jest to, że w tej chwili nastały czasy, w których można pisać, jak się chce, w ogóle nie myśląc o reakcji kolegów, krytyki, publiczności, świata. Jeden będzie komponował w stylu późnoromantycznym, ktoś tam jak Vivaldi albo Mahler, a jeszcze inni będą kontynuowali eksperymenty awangardowe. Mówię Vivaldi i Mahler, ale ta nowa muzyka przetrwa tylko wtedy, jeżeli będzie muzyką X, a nie Mahlera. Tylko będąc sobą, ma się szansę na przetrwanie.

Czyżby? Taka wolność może ujść na sucho panu, ale nie młodemu kompozytorowi na dorobku. On wciąż musi zabiegać o opinię świata.
To postmodernistyczne hasło, że można robić wszystko, nosi w sobie konieczność poczucia odpowiedzialności. Nie znaczy to bynajmniej, że należy podlizywać się szerokim gustom. Trzeba być wolnym nie tylko od sądów publiczności, ale także od recenzji krytyków, sądów kolegów i proroctw wygłaszanych przez muzycznych mędrców. Być może ma pan rację, że na taką konstatację można sobie pozwolić, dopiero będąc w pewnym wieku. Bo jeszcze kiedy jest się młodym i świadomie albo nieświadomie bierze się udział w – nie lubię tego określenia, bo brzydko brzmi – wyścigu szczurów. [????????? nie ma zakończenia tego zdania - korekta] Pamiętam podobną presję z czasów obowiązywania tzw. szkoły polskiej. Każdy z nas chciał wtedy błysnąć czymś, czego żaden z kolegów jeszcze nie napisał. Podobną, ale jednak trochę inną, bo dziś mamy kapitalizm, a w tym naszym „wyścigu” nie było żadnych komercyjnych pobudek. Muszę jednak panu wyznać, że kiedy w latach 60. pisałem swoje najbardziej awangardowe utwory, czułem, że to mnie męczy. Że to się robi standardowe i mechaniczne. Potem była długa przerwa i w 1974 roku „Krzesanym” wróciłem do tradycji, do melodii, regularnych rytmów i inspiracji folklorem. Od „Krzesanego” piszę już to, na co mam ochotę. Podczas pracy bałem się, że wszyscy mnie powieszą, ale to było fantastyczne, że jedni mówili, że to skandal i kicz, a drudzy, że arcydzieło. Nie ma nic gorszego, kiedy mówią, że coś jest tylko interesujące albo ciekawe – wtedy to już koniec.

Lepiej kiedy recenzenci biją na alarm w tarabany? Czy przeczytanie złej recenzji własnego dzieła nie wiąże się dla artysty z większą przykrością?
Ja martwię się wyłącznie własną złą oceną moich kompozycji. Człowiek jest przywiązany do wszystkiego, co pisze, ale po śmierci pozostaje po nas bardzo niewiele. Kiedy popatrzy się w przeszłość, okazuje się, że z wielkich twórców zostało bardzo niewiele. Jest cała masa kompozytorów, z których pozostały dwa-trzy utwory. Na przykład w przypadku Beethovena w świadomości społecznej żyją głównie V i IX symfonia. Kto dziś zna jego kwartety? To bardzo wąziutka elita. A to jest właśnie największe bogactwo jego muzyki. Nie ukrywam, że ja też chciałbym, żeby wszystko, co piszę, miało jak najlepszy odbiór. Tym nie mniej i tak czuję się szczęśliwy, bo „Krzesany” i „Orawa” wciąż nie schodzą z afisza w Polsce i na świecie. A przecież „Krzesany” ma już 30 lat, a „Orawa” – 20. Dlatego nawet jeśli moje wielkie formy pójdą w zapomnienie, a zostaną dwie – trzy kompozycje, to warto było tak żyć i taki zawód uprawiać. Zresztą i tak w świecie muzyki współczesnej byłaby to rzadkość.

Krzysztof Penderecki w wywiadzie udzielonym „Dziennikowi” powiedział, że kultura polska cierpi na brak autorytetów. I on nie widzi kandydatów, którzy mogliby zastąpić dawnych mistrzów.
Krzysztof ma parę takich znakomitych powiedzeń, które przechodzą do historii. Pamięta pan, on powiedział kiedyś „to nie ja zdradziłem awangardę, to awangarda zdradziła muzykę”. Po premierze mojego „Exodusu”, który z jednej strony jest oparty na schemacie formalnym „Bolera” Ravela, a z drugiej wykorzystuje żydowską melodię, podszedł do mnie i powiedział: – Stary, to jest koszerne „Bolero”. Nie wolno zapominać, że słowa te wygłasza jeden ze starych mistrzów, który może już sobie pozwolić na to, by mówić, co myśli.

A pan dostrzega tych kandydatów?
Wydaje mi się, że teraz też wśród kompozytorów przed trzydziestką dzieje się wiele bardzo ciekawych rzeczy. Może to kwestia tego, że nie jestem takim pesymistą jak Krzysztof? Wszystkim narzekającym należałoby pokazywać tę pamiętną scenę z „Piękności nocy”. Jak pan pamięta, Gerard Phillipe przenosi się w dawne czasy, do różnych epok i tam jest taka sekwencja, kiedy ktoś we współczesnym Paryżu narzeka na dzisiejszą młodzież. Tu pojawia się błyskawiczny flesz. Wiek XVIII, ktoś utyskuje, że młodzież jest okropna, potem przenosimy się do średniowiecza i słychać, że ówczesna młodzież jest straszna. Aż dochodzimy do momentu, kiedy jakiś jaskiniowiec narzeka na swoje potomstwo (śmiech). Pokolenia falują. W historii Holandii i Francji były takie okresy, w których powstawała wspaniała muzyka. Potem wszystko cichło na 100 lat i znów się pojawiało. Przed II wojną ta fala pojawiła się również w Polsce: Lutosławski, Panufnik, chwilę później Bacewiczówna, Penderecki, Górecki, Serocki, Baird i wielu innych. Często bowiem objawienie jednego wielkiego talentu owocuje kolejnymi, które gdyby nie on, nigdy by się nie ujawniły. To tak jak z czeskim tenisem, który tak naprawdę rozpoczął się od Jaroslava Drobnego. Na fali jego sukcesów w tym małym kraju zaczęto budować korty i teraz mamy wielkich czeskich tenisistów. Tak samo jest też w sztuce. Młoda polska poezja zawdzięcza swoją siłę starym mistrzom i to zarówno tym nieżyjącym i tym jeszcze żyjącym. Młoda muzyka też. Gdyby nie było Lutosławskiego, Panufnika, mojego profesora Wojtowicza, Szabelskiego, Malawskiego, Bacewiczówny, być może, że nie byłoby również nas: mnie, Krzysztofa i Henryka Mikołaja. Ale tu już dotykamy wielkiej tajemnicy rodzenia się talentów, a tej nie da się posiąść. Nigdy nie dowiemy się, ile wielkich talentów urodziło się i nigdy nie ujawniło.

Ma pan jakichś swoich faworytów wśród młodych kompozytorów?
Kiedy Penderecki pojawił się ze swoim „Trenem”, to była rewelacja. Potem napisał „Stabat Mater”. To były takie kompozycje, które porażały od razu. Teraz wprawdzie nie ma niczego równie spektakularnego, ale mimo to wydaje mi się, że dzieje się coś dobrego. Nie chcę wymieniać nazwisk, bo siedząc w tej swojej katowickiej norze, słucham niewiele. Ot, tyle co przez radio. Tym niemniej ich kompozycje nie są tylko zabawą dźwiękami. Słyszę w nich bardzo poważny stosunek do muzyki. Nie potrafię ująć tego w żaden prąd, bo jak już mówiliśmy w czasach postmodernizmu każdy pisze inaczej. Myśmy też mieli taką siłę. Nasze pokolenie uwarunkowały czasy, w których dorastaliśmy. To, co działo się z krajem i ze światem, miało na nas ogromny wpływ, narzucało wybór wielkich tematów i w ogóle nadawało naszej twórczości charakter powagi. Nasza historia, dawna i obecna, okres wojny i komuny odcisnęły na nas piętno. Wydawałoby się, że teraz kiedy już jesteśmy krajem wolnym i te najtragiczniejsze momenty mamy za sobą, to ci młodzi kompozytorzy zaczną się bawić muzyką bez odpowiedzialności społecznej. Z tego, co słyszałem w radio, choćby utwory Aleksandra Kościówa czy Aleksandra Duchnowskiego łączącego muzykę współczesną z elektroniką, mogę powiedzieć, że do tego nie doszło. Na szczęście, bo nie można dawać ludziom tylko zabawy dźwiękami. Jako jeden z tak zwanych twórców nie przeceniam roli sztuki, ale trudno jej nie dostrzec. To, że Polska jest, jaka jest, zawdzięczamy przecież Mickiewiczowi, Chopinowi, Sienkiewiczowi i Prusowi.

Czy któryś z tych młodych twórców spodobał się panu na tyle, że zapragnął pan kupić jego płytę?
Taka sytuacja zdarzyła się raz, chciałem kupić płytę Aleksandra Kościówa, ale oczywiście nie było jej w sklepie.

Co pana urzekło w jego muzyce?
Był bardzo poważny. Muzyka jest jego zawodem i jego powołaniem. Jest masa kompozytorów, którzy piszą, ale niekoniecznie muszą to robić, z powodzeniem mogliby zająć się czymś innym. Ale wracając do płyt, prawdę mówiąc dziwię się, że nie ryzykuje się wydawania czy szerszego rozpowszechniania twórczości młodych kompozytorów, dawania im większego forum. Moim zdaniem czczenie starych mistrzów i huczne obchodzenie ich jubileuszy na festiwalach nie ma sensu. I myślę tu też o sobie. Czy to nie szkoda na to czasu i miejsca na powtarzanie czegoś, co jest oczywiste i znane? Czy nie lepiej byłoby oddać ten czas komuś młodszemu? Ale jest lepiej, bo między innymi dzięki mediom w naszym życiu muzycznym zaistniał już fenomen naszych znakomitych pań: Aleksandry Gryki, Klaudii Pasternak czy Agaty Zubel.

Ci nowi nie mają z panem i pańskimi kolegami łatwo…
To nie nasza wina (śmiech). Tak naprawdę jednak moje płyty też niby są, ale właściwie ich nie ma. Owszem, są wydane, ale ciągle słyszę, że nie można ich kupić. Nawet tytuły wydane przez Polskie Radio na ogół można tylko zamówić. Ostatnio dostałem swoje płyty, o których istnieniu nawet nie wiedziałem. Wydała je zachodnia firma Naxos, znana choćby z edycji wszystkich dzieł Szymanowskiego. Teraz ta wytwórnia na podstawie polskich nagrań przygotowuje wydanie moich utworów. Skoro to wydają, to pewnie im się opłaca. Nie sądzę, żeby ta wytwórnia prowadziła działalność charytatywną albo miała służyć promocji polskiej muzyki.

Też tak myślę. Dlaczego jednak Naxos wydaje polską muzykę, a nie robią tego krajowe wytwórnie?
To sprawa między państwem a biznesem. Ale kiedy słyszę, że politycy przeznaczają na coś miliard albo dwa, to często i mnie szlag trafia, bo przecież te pieniądze idą z kieszeni społeczeństwa, czyli również mojej. Jestem z zasady daleki od korporacyjnej nowomowy, że państwo powinno. Tym niemniej wydaje mi się, że fonografia nie potrzebuje jakichś astronomicznych nakładów, a poza tym kto miałoby się troszczyć o polską kulturę, jeśli nie państwo. Sami mamy wydawać swoje płyty? Nawet gdyby ktoś miał pieniądze, to jest to upokarzające. Kupując poezję, trafiam czasem na tomiki wydane nakładem autora i od razu mimowolnie staję się nieufny. Dziś każdy może wydać sobie tomik. W praktyce oznacza to, że w księgarni można trafić na wiersze pisane dla cioci na imieniny, a te niekoniecznie powinien czytać ktoś jeszcze oprócz rzeczonej cioci.

Prowadzi to do konkluzji, że mimo wszystko łatwiej było zadebiutować w poprzednim ustroju?
Komuna była trudnym czasem, z drugiej jednak strony powstało wiele wspaniałych rzeczy. To oczywiście może być kwestia przypadku, ale z pewnością pomógł też brak finansowej odpowiedzialności. Nad twórcami nie wisiał bicz komercji. Niejednokrotnie muzykę grano w pustej filharmonii, ale przetrwała. W końcu sale zapełniały się również na utworach tych kompozytorów. Ktoś kiedyś zauważył, że jak się czyta w całości „W poszukiwaniu straconego czasu” Marcela Prousta, to można zauważyć, jak bohaterowie stopniowo ze snobów stają się prawdziwymi koneserami i miłośnikami sztuki. Niewykluczone więc, że należałoby oprzeć promocję kultury właśnie na snobizmie.

Pan, Krzysztof Penderecki czy Mikołaj Górecki macie ten komfort, że sceny muzyczne rwą się do organizowania koncertów z waszym repertuarem. Natomiast nikt nie pokazuje młodych, nikt nie chce wydawać ich płyt.
Dlatego wydaje mi się, że najlepszą polityką byłoby mieszanie repertuarów i dołączanie do naszych kompozycji utworów jakichś młodych kompozytorów. Wynik takiej konfrontacji mógłby być zaskakujący. Kiedyś trzeba zacząć. W przeciwnym wypadku grozi nam muzyczna luka pokoleniowa.

Gdzie zatem tkwi błąd? W polityce mediów i wydawców?
To kwestia niebezpieczeństwa nazwiska. Przede wszystkim jest ono niebezpieczne dla posiadaczy. Może ich znieczulić i wpędzić w fałszywe przekonanie, że skoro już mają nazwisko, to cokolwiek zrobią, będzie dobre. To oczywiście nie dotyczy prawdziwych artystów. Tak jak często zżymamy się na złe opinie o naszych utworach, tak samo po ich entuzjastycznych ocenach nie powinniśmy dać się pogrążyć w samozadowoleniu. Cały czas musimy być sędziami swojej muzyki.

Czemu polska kultura jest przedsięwzięciem wysokiego ryzyka?
Nie umiem odpowiedzieć. Telewizor pochłania wiele naszego życia. Nie ukrywam, że i ja spędzam przed nim codziennie kilka godzin. Kiedy szukam programu, zazwyczaj filmu, to wybieram według klucza nazwisk aktorów. Kiedy widzę nazwiska Roberta De Niro, Dustina Hoffmana czy Meryl Streep, to mówię: „To oglądamy”. Jeżeli oni to wzięli, jeżeli zapłacono im aż tyle, musi to być coś. Tu dochodzimy do pieniądza, na którym polega magia amerykańskiego kina i anglosaskiej muzyki. I tu nasze rozważania niebezpiecznie zbliżają się do polityki kulturalnej państwa. Nie wiem, czy potrafiłbym lepiej dysponować tymi pieniędzmi. Bałbym się takich kategorycznych ustaleń, że radio powinno na przykład 30 procent swojego czasu antenowego grać polskie piosenki.

Dlaczego?
Bo nam nie wystarczy już te 30 procent. Kiedy całkiem okazjonalnie słyszę te absolutnie fantastyczne piosenki anglosaskie, to mój patriotyzm zaczyna się chwiać. W sumie muszę się panu przyznać, że jeśli już w ogóle słucham muzyki rozrywkowej, to chętniej nastawiam ucha na zagraniczne piosenki. Okazuje się, że nie tylko młodzi, ale również my starzy jesteśmy niewolnikami produktu wysokiej jakości. Prawda bowiem jest taka, że to, co w dziedzinie muzyki rozrywkowej oferują nam Anglosasi, to produkt bez konkurencji w świecie. Oczywiście my też możemy w tej dziedzinie pochwalić się wieloma wspaniałymi rzeczami. Oni mają Gershwina i Cole’a Portera, a my Wassowskiego, Krajewskiego czy braci Zielińskich. Takie rzeczy jak Skaldowie to rzeczy szalenie dobre i nasze, tym niemniej większość równa do Zachodu. Pamiętam, że po złotym medalu pięcioboisty Janusza Peciaka na Igrzyskach Olimpijskich w Montrealu w 1976 roku ukuto hasło „Równaj do Peciaka!”. Ono potem weszło do języka powszechnego. Tak samo nasza muzyka rozrywkowa równa do Peciaka, czyli Anglosasów i często jest prawie tak dobra.

A jak wiadomo, prawie robi wielką różnicę. Czy można postawić tezę, że z polityką kulturalną państwa jest niedobrze?
Tak krawiec kraje, jak mu materii staje. W Polsce procent budżetu przeznaczony na kulturę jest minimalny. Nie wiem, czy państwo polskie stać na opiekuńczość wobec sztuki, tak jak stać państwo francuskie czy niemieckie. Ale wydaje się, że opłaca się inwestować w polską kulturę, bo być może ta kultura przyda nam się bardziej niż jakieś przedsięwzięcia gospodarcze czy występy polityków za granicą. Poza tym Polska nie ma zbyt wielu atutów, którymi mogłaby pochwalić się w świecie. Nie produkujemy ani dobrych samochodów, ani telefonów komórkowych. Od dość dawna nie stoimy też mocno sportem. A kultura jest tańsza niż sport. I choć obecny minister kultury wydaje mi się człowiekiem niezwykle rozsądnym, to kiedy ciągle słyszę, że ktoś nie mógł kupić mojej płyty, trudno, żebym był zachwycony.

To już kwestia wolnego rynku. Płyty zamawiają właściciele sklepów. A że chodzi im przede wszystkim o zysk, w większości sklepów znajdziemy ten sam popularny repertuar. Tu otwiera się pole dla misji państwowych środków przekazu, które mają moc, by z twórcy nieznanego uczynić bohatera.
Ma pan rację. W gruncie rzeczy ja zachowuję się, jakbym był co najmniej ministrem kultury albo szefem firmy fonograficznej i dzielę w głowie wirtualne pieniądze. Duma z tego, że gdzieś tam zanosi się na to, że jakaś piosenkarka być może nagra płytę w Londynie, wypływa z wszystkich magazynów. Nawet mimo że zazwyczaj do tego nie dochodzi. Tymczasem wiadomość o tym, ile płyt sprzedał Górecki w Wielkiej Brytanii przeszła bokiem. Sensacją robią się rzeczy poboczne. Nie „Credo” Pendereckiego, ale jego ogród. Gdyby nie ten ogród, to już żaden pies prasowy by się nie zainteresował jego muzyką. Ja też mógłbym coś opowiedzieć o swoich samochodach, ale po co?

Dla sławy?
W tej chwili jest wielu ludzi znanych głównie z tego, że są znani. To właściwie oznacza, że można wylansować wszystko. Oszałamia mnie, kiedy widzę to małpowanie Zachodu, a w szczególności mojej kochanej Ameryki i to nawet mimo tego, że jeśli się dobrze zastanowić, to wszystkie wartościowe rzeczy przyszły właśnie stamtąd. A przecież wcale nie jesteśmy gorsi. Z powodzeniem można by przecież bardziej znanymi uczynić Pawła Mykietyna czy choćby poetkę Agnieszkę Kuciak, która dokonała wielkiej rzeczy – przetłumaczyła „Boską komedię” Dantego.

Mówi pan, że jest życiowym optymistą, a z pana słów wynika, że polskiej kulturze grozi asymilacja?
Tego nie powiedziałem. Trzeba dla polskiej kultury wysokiej znaleźć trochę więcej miejsca w telewizji, radiu, gazecie. Przecież nikt nie przestanie jej kupować, dlatego że się okaże, że jednak strona czy kartka więcej została poświęcona kulturze. Prowadzi to do takich sytuacji, że w w jednej z popularnych gazet codziennych krytyk zamiast recenzować Warszawską Jesień, relacjonuje ją. Pisze, że wyróżnili się X, Y, Z i koniec, bo nie ma miejsca na szerszą analizę, więc chociaż wymieni ich nazwiska. Takim wzorem jest niemiecka prasa i jej dodatki kulturalne. Być może jest to kierowane do jakiejś określonej grupy, a reszta je wyrzuca do śmieci. Losy kultury są w rękach tych, którzy o niej piszą. Trzeba to robić nie tylko merytorycznie, ale atrakcyjnie. I przede wszystkim, pamiętając o podstawowej zasadzie uczciwej krytyki: NICZEGO nie pomijać.