JUSTYNA KOBUS: Wciąż brakuje nam dzieł prawdziwie wielkich. Spektakli na miarę Swinarskiego, filmów takich jak „Ziemia obiecana”, dramatów tak znakomitych jak „Tango” Mrożka czy „Kartoteka” Różewicza. Dlaczego po 1989 r. one nie powstają?
ANDRZEJ SEWERYN:
Pyta mnie pani o receptę na sztukę? Ja jej nie mam. Kiedyś, jeszcze w latach 80., rozmawiałem z francuskimi przyjaciółmi na temat twórczości Cwietajewej i Achmatowej. Pamiętam ich rozpacz, że losy obu wielkich poetek były tak dramatyczne. Zadałem sobie wtedy pytanie, czy bez tego cierpienia zrodziłaby się tak wielka poezja? Może to cena, jaką artysta płaci za wielkość dzieła? Tadeusz Różewicz powiedział kiedyś: „Trudno być poetą z pełnym brzuchem”. Bzdurą byłby jednak pogląd, że w demokracji nie ma cierpień, dramatów. Widzimy je przecież na każdym kroku. Teoretycznie nie widzę powodów, dla których nie miałyby powstawać wielkie dzieła. Jeśli artyści usprawiedliwiają swoją twórczą niemoc zmianą systemu, jest to smutne. Ale widziałem zbyt mało polskich filmów, obejrzałem za mało spektakli i przeczytałem zbyt mało książek napisanych po 1989 roku, by w sposób odpowiedzialny się o tym wypowiadać. Ale jestem w stanie wskazać film, który mnie naprawdę poruszył, książkę, która mnie zachwyciła, i to nie mniej niż to, co mnie poruszyło wiele lat temu, a dziś uznane jest za prawdziwe dzieło sztuki. Pracując z młodymi polskimi aktorami zaś, widzę takich, którym wróżę wspaniałą przyszłość.

To zacznijmy od filmu. Który ma pan na myśli?
Mówię o debiutanckim filmie Piotra Trzaskalskiego „Edi”, który trzy lata temu widziałem w Gdyni. Byłem nim głęboko poruszony. Zarówno jego bohaterami, jak i światem, w jakim żyją, a o którym tak niewiele wiemy. No i zakończenie tej niezwykłej historii, wspaniałe, dające widzowi tyle nadziei. Skromny, piękny film, bardzo prawdziwy, pozbawiony efekciarstwa.

Ten młody aktor z wielką przyszłością to zapewne Michał Żebrowski?
Tak, myślę, że Michał będzie się wspaniale rozwijał i jeszcze nieraz nas zachwyci i wzruszy. Wiedzieli o tym tacy reżyserzy jak Hoffman, Wajda, Laco Adamik czy Magda Piekorz, którzy pracowali z nim wcześniej. Jego ksiądz Jan w „Kto nigdy nie żył” to wstrząsająca rola. Miałem też na myśli Wojtka Mecwaldowskiego, który ma w sobie to coś, co moim zdaniem w tym zawodzie niezwykle ważne – organiczną, przekonującą prawdę. Zresztą chyba nie ja jeden tak myślę, bo on na festiwalu w Gdyni pojawił się aż w czterech filmach.

Od lat mieszka pan i pracuje we Francji. Patrzy pan na naszą kulturę z perspektywy artysty związanego z Paryżem, ale też realizującego się w Polsce...
Codzienne spektakle i próby w Comédie Francaise, częste podróże do kraju, a także wykłady w paryskim Conservatoire, pochłaniają mnie do tego stopnia, że niewiele zostaje mi czasu, by śledzić w sposób pełny to, co dzieje się i we francuskiej, i w polskiej kulturze. Pamiętam na przykład, że gdy w Paryżu grane było „Wymazywanie” Krystiana Lupy, nie obejrzałem go z powodu nawału zajęć w teatrze i w filmie, nad którym wówczas pracowałem. A bardzo chciałem, bo przecież znam i bardzo cenię wcześniejsze przedstawienia Lupy, choćby „Kalkwerk” Bernharda czy „Człowieka bez właściwości” Musila. Polsko-francuskie związki były zawsze szczególne. Francuzi mają do nas sentyment, ponieważ my od dawna próbujemy realizować ich najskrytsze marzenia o heroicznych czynach, na które oni by się nie porwali. Są zbyt wielkimi realistami.

Nie przez przypadek Jerzy Giedroyc przeniósł siedzibę „Kultury” do Maisons-Laffitte. Polska kultura pół wieku wspierała się na postaciach skupionych wokół niej. Jeszcze w końcu lat 90. opinii Giedroycia słuchaliśmy jak nabożeństw.
Znaczenia paryskiej „Kultury” dla polskiej historii nie da się przecenić. Miałem zaszczyt poznać panów Giedroycia i Czapskiego przed stanem wojennym, na spotkaniu w „Kulturze”. Byli gigantami polskości i w dodatku autorytetami moralnymi. Nie potrafię pani powiedzieć, czym dla Francuzów była „Kultura”, ale dla nas, Polaków mieszkających we Francji, było to miejsce niezwykle ważne. Nazwiska Giedroyc, Herling-Grudziński, Czapski, wypowiadało się z prawdziwym szacunkiem. A ich własne dzieła – „Na nieludzkiej ziemi” Czapskiego czy „Inny świat” Herlinga-Grudzińskiego – to przecież tytuły, które zna nie tylko Europa. W wolnej Polsce „Kultura” zaczęła spełniać inną funkcję, ale nie straciła wyjątkowej pozycji. Rangę tego, czym była kiedyś, dobrze oddaje opowieść o wizycie w Paryżu premiera Cyrankiewicza. Ponoć jednym z tematów jego rozmowy z Charles’em de Gaulle’em była właśnie „Kultura” i Cyrankiewicz nalegał, aby ją zamknąć. Prezydent de Gaulle miał mu odpowiedzieć: „U nas jest demokracja, a więc wolność słowa”. Znamienne, że prawie pół wieku później prezydent Kwaśniewski wizytę w Paryżu zaczął od „Kultury”. Paryż pod tym względem był zresztą zawsze dla Polaków miejscem wyjątkowym, Wielka Emigracja, polski romantyzm itd. Innym miejscem o szczególnej wadze była tu i jest zresztą nadal siedziba księży pallotynów. Te spotkania z księdzem Sadzikiem, Czesławem Miłoszem, Sławomirem Mrożkiem, Janem Lebensteinem, prof. Kołakowskim, potem księdzem Pasierbem... Dziś mniej takich postaci, a świat mniej słucha autorytetów. Odnoszę często wrażenie, choć bardzo chciałbym się mylić, że bohaterem naszych czasów, także w kulturze i polityce, stał się pieniądz. On próbuje nawet kształtować naszą moralność.

Jak polska sztuka postrzegana jest we Francji?
Francuscy kinomani i teatromani cenią sobie wielce Daniela Olbrychskiego, Wojtka Pszoniaka i Jerzego Radziwiłowicza. Gdyby chcieć mówić o muzyce, to trudno nie wspomnieć o Zbigniewie Preisnerze, mieszkającym wprawdzie w Szwajcarii, ale bardzo często pracujcym w Paryżu. Zaistniał jako twórca muzyki do filmów Kieślowskiego – otrzymał za nią francuskie Cezary, ale jego związki z Francją wciąż są bliskie i regularne. Francuzi mówią o nim z podziwem, zresztą nie tylko oni. To z pewnością jeden z najwybitniejszych kompozytorów muzyki filmowej na świecie. Podobnie jak Jan A. P. Kaczmarek. Ogromnie cieszyłem się z jego sukcesów w Hollywood i jestem dumny, że to właśnie on skomponował muzykę do wyreżyserowanego przeze mnie filmu „Kto nigdy nie żył”. I że publiczność tak wspaniale to oceniła. O Krzysztofie Pendereckim już wspomniałem. Wielkim uznaniem cieszy się też praca Zygmunta Krauzego, kompozytora dobrze znanego w Paryżu, którego bardzo interesuje także teatr. Te nazwiska przyciągają najbardziej wyrafinowanych znawców muzyki. Jednym zaś z takich znawców jest Piotr Kamiński, szanowany w kręgach operowych i muzycznych autor podstawowej książki o historii opery, tłumaczonej na wiele języków świata, a także tłumacz poezji Wisławy Szymborskiej. Polscy tłumacze, którym tak wiele zawdzięczamy, to między innymi Zofia Bobowicz, która ostatnio przetłumaczyła „Noc” Andrzeja Stasiuka, Krzysztof Jeżewski, tłumacz Norwida – ukończył ostatnio swą wersję francuską „Kleopatry i Cezara”, czy Michał Masłowski, autor tłumaczeń „Dziadów” Mickiewicza, „Kordiana”, poezji Miłosza i tekstów Herberta. Oni są prawdziwymi ambasadorami polskiej literatury we Francji.

W Paryżu organizuje się wiele imprez promujących kulturę zagraniczną. „Sezon Polski”, w którego organizację był pan zaangażowany, okazał się wielkim sukcesem.
O, tak. I warto pamiętać, że była to inicjatywa francuska, zrealizowana przede wszystkim za francuskie pieniądze. Zainteresowanie polską literaturą, poezją, muzyką, malarstwem, baletem czy teatrem było wśród Francuzów ogromne. Kilkaset wydarzeń kulturalnych związanych ze wszystkimi dziedzinami twórczości artystycznej podkreśliło europejski charakter polskiej kultury, ukazało związki łączące myśl i sztukę naszych dwóch krajów. Zwłaszcza w ostatnich kilkunastu latach. Wszystko odbywało się pod hasłem „Nova Polska”. W Comédie Francaise przygotowałem kilka wieczorów literacko-teatralnych, które cieszyły się wielkim zainteresowaniem. Zaprezentowaliśmy twórczość Szymborskiej, Kantora, Miłosza, Mickiewicza, Różewicza, Lema i Grotowskiego. Twórców uniwersalnych, których kunszt trafia do odbiorcy na całym świecie. Teatr polski, którym krytyka francuska bardzo się interesuje, był również bogato i różnorodnie reprezentowany. Podobały się wystawy Magdaleny Abakanowicz i Igora Mitoraja, artystów cenionych na całym świecie, no i muzyka Witolda Lutosławskiego. Mógłbym wymieniać jeszcze długo. Nie zabrakło też polskiego kina, zarówno tych starszych dzieł wybitnych reżyserów: Wajdy, Hasa, Kieślowskiego czy Polańskiego, jak i filmów młodych twórców.

O ile wiem, te pierwsze cieszyły się znacznie większym zainteresowaniem.
Tak, zresztą we Francji wciąż pytają: „Co teraz robi Wajda? Czy coś kręci?”. Myślę, że „Sezon polski” to także sukces ludzi, którzy dokonali niezwykle trafnego wyboru programu imprezy.

Czy dziś Francuzi potrafią wskazać współczesnych polskich artystów kojarzonych z artystycznym sukcesem?
Najbardziej znanym we Francji i ogromnie cenionym twórcą jest Roman Polański. Zresztą, jak wiadomo, nie dotyczy to tylko Francji.

Francuzi jednak „przywłaszczyli” sobie Polańskiego. „Pianista” startował do Oscara jako produkcja francuska. Zresztą każdy z jego filmów jest choćby koprodukowany przez Francję.
To prawda. Francuzi traktują go jak swojego i to dla nich wielka postać. Ale odbierając nagrodę w Cannes, Polański mówił wyraźnie o polskim wkładzie w tę produkcję. Mówił, że „Pianista” to film polski. Francuska publiczność do dziś wspomina go w sposób entuzjastyczny. Krytyczne początkowo recenzje prasowe zmieniły się w doskonałe po uhonorowaniu Polańskiego Złotą Palmą.

To zupełnie jak u nas! Niektórzy wręcz bili się w piersi, że nie od razu dostrzegli wielkość dzieła. Po Oscarze pojawiły się peany na jego cześć.
Ostatni film Polańskiego „Oliver Twist” od początku miał jednak dobrą prasę i dużą widownię. Tak, dla mojego środowiska to obok Andrzeja Wajdy, Krzysztofa Pendereckiego, Romana Cieślewicza, Wojtka Siudmaka, Jerzego Semkowa jeden z najważniejszych polskich artystów związanych z Francją. Filmowcem, który mocno funkcjonuje w świadomości Francuzów, jest też Krzysztof Kieślowski. Zakochali się przed laty w jego kinie i ta miłość trwa.

Jako pierwsi dostrzegli też jego wielkość. Kiedy w Polsce kręcono nosem na „Podwójne życie Weroniki”, Cannes zachwycało się tym filmem.
On chyba trafił idealnie w ich gusta, no i robił wspaniałe kino. Ale w sukcesie Kieślowskiego ma też swój udział producent i dystrybutor jego filmów Marin Karmitz. Tak było zawsze. Mecenat odgrywa w sztuce wielką rolę.

Cieszy się pan opinią wielkiego profesjonalisty. Mówią o tym w zawodowych i prywatnych rozmowach wszyscy, którzy kiedykolwiek z panem pracowali. Pokusiłby się pan o definicję profesjonalizmu w sztuce?
W sztuce za profesjonalistę uchodzi ten, kto doskonale zna narzędzia niezbędne do realizacji przedsięwzięcia artystycznego, jakiego się podejmuje. I oczywiście potrafi się nimi posługiwać. Profesjonalizm to też pewien zbiór poglądów na temat sztuki, w które artysta wierzy, i które z pełną świadomością wykorzystuje. Ale istnieje też pogląd, iż to brak profesjonalizmu jest wartością. Zdaniem jego zwolenników profesjonalizm zabija spontaniczność, kojarzy się z rutyną. Nie jest to jednak moja opinia.

Niebawem zamierza pan wyreżyserować kolejny film...
To prawda. Przymierzam się do ekranizacji powieści, która mnie ostatnio ogromnie poruszyła. Mówię o „Syberiadzie polskiej” Zbigniewa Domino.To historia chłopów polskich z Czerwonego Jaru, a więc z terenu zajętego przez Armię Czerwoną we wrześniu roku 1939, zesłanych na Sybir. To, co mnie najbardziej porusza w tej wspaniale napisanej, obszernej powieści, to życie prostych ludzi. Życie pokazane jako walka o przetrwanie, o kawałek chleba, o przeżycie kolejnego dnia. Wszystko tam jest takie oczywiste i podstawowe. Niezwykły obraz bezlitosnej natury. Byłem też wstrząśnięty obrazem cierpienia Rosjan, Czeczenów, Ukraińców, Polaków, mieszkańców Syberii, Żydów czy nawet Japończyków. Tak, to wszystko mnie w tej powieści uwiodło. Chwilami miałem wrażenie, że to Jacek Kuroń opowiada mi o tamtych ludziach. Z wielką miłością. Warto zrobić film o historii mojego kraju, o tej historii, która do niedawna była jeszcze otoczona milczeniem, i o której tak mało nadal wiemy.


Andrzej Seweryn, przede wszystkim aktor. Grał w takich produkcjach, jak "Lista Schindlera" Stevena Spielberga, czy "Całkowite zaćmienie" Agnieszki Holland. W zeszłym roku zadebiutował jako reżyser filmem "Kto nigdy nie żył".