TOMASZ ZBIGNIEW ZAPERT: O czym pisał pan pracę magisterską? Pytam, bo „Nieprawe łoże” jest bardzo silnie osadzone w historii, a Marcin Wolski ukończył ten kierunek na Uniwersytecie Warszawskim.
MARCIN WOLSKI: Chciałem być historykiem-mediewistą. U profesora Mariana Małowista przymierzałem się do pracy poświęconej etosowi średniowiecznej arystokracji francuskiej z pogranicza burgundzkiego, ale zdałem sobie sprawę, że nie podołam temu ambitnemu zadaniu z braku czasu. Porwał mnie już wtedy kabaret, pracowałem etatowo w programie III Polskiego Radia. Udałem się zatem do dziekana wydziału – profesora Henryka Samsonowicza, nawiasem mówiąc także mediewisty i on poradził mi, abym zajął się historią współczesną i wybrał temat, od którego nie będę mógł się oderwać. W efekcie obroniłem dysertację: „Październik 1956 roku w świetle prasy francuskiej”.

Na odwrotnej stronie okładki pańskiej powieści widnieje adnotacja, iż inspirację dla autora stanowiła praca Piotra Gontarczyka „Polska Partia Robotnicza. Droga ku władzy 1940 – 1944”…
Recenzowałem ją na łamach „Gazety Polskiej”. Zainteresowała mnie, gdyż stawiała w zupełnie innym świetle zagadnienia w PRL idealizowane bądź przemilczane. Podstawowy fałsz polegał na tym, że stworzono legendę dobrych i złych „towarzyszy”. Internacjonalistom przeciwstawiano narodowców, a grupie krajowej – kominternowską. Tymczasem prawda jest taka, że za wszystkie sznurki w tej materii pociągał Józef Stalin. PPR ściśle realizowała jego plany. A kiedy kontakt z Moskwą się urwał rozpoczęła się bezpardonowa walka o władzę, cecha charakterystyczna wszelkiej maści organizacji mafijnych, do jakich ta – stworzona przez sowieckich „zrzutków” partia niewątpliwe się zaliczała.

Akcja powieści biegnie dwoma torami.
Kiedy kierujący wydawnictwem „Fronda” Michał Jeżewski zamówił u mnie powieść popularyzującą wczesną historię PPR zawartą w dysertacji Gontarczyka, początkowo odniosłem się do tego sceptycznie. Nie mam doświadczenia popularyzatora, a jestem za stary, by bawić się w Jasienicę czy Łojka. Po drugie jako beletrysta wiem, że nie sposób stworzyć ciekawą lekturę, dysponując wyłącznie bohaterami negatywnymi. Struktura klasycznej powieści sensacyjnej wymaga obecności osób walczących ze złem, nie wspominając o relacjach damsko-męskich. I tak narodził się wątek pięknej kobiety uwikłanej w konspirację i politykę, będącej świadkiem, a niekiedy także uczestnikiem, wydarzeń historycznych. A ponieważ lata okupacji znam tylko z opowieści i książek, zdałem sobie sprawę, że gdybym chciał rzetelnie i wiarygodnie opisać tamte czasy musiałbym poświęcić kilka lat na wgryzanie się w źródła historyczne. Stąd pomysł „kontrakcji” osadzonej w doskonale zapamiętanej, jak myślę nie tylko przeze mnie, dramatycznej polskiej jesieni roku 1981. Wymyśliłem postać Maćka, nauczyciela geografii poszukującego w tym gorącym politycznie okresie własnych korzeni. Rozwiązując zagadkę swego pochodzenia, nieoczekiwanie odkrywa on nieznane karty z naszych dziejów najnowszych.

Macieja Podlaskiego wyposażył pan w szczególną cechę…
Postrzega przeszłość poprzez pamięć genetyczną. Istnieje zresztą hipoteza, że dziedziczymy po przodkach ich doświadczenia, tyle że na co dzień nie potrafimy tego odtwarzać. Mój bohater jest doskonałym medium w tym zakresie i od pewnego czasu oczami matki widzi, jak przebiegało instalowanie komunizmu nad Wisłą i jak wyglądała okupacyjna Warszawa.

Swoją drogą bardzo wiernie szkicuje pan wizerunek miasta.
Nie wszystko udało mi się zrekonstruować. Mam drobną lukę przy ustalaniu dokładnej trasy tramwaju numer 21, którym jesienią 1941 roku Róża Kupidłowska jedzie z Dworca Wileńskiego na Wolę. W czasach studenckich (lata 60. ubiegłego stulecia) często wędrowałem przez zachodnią część śródmieścia, tak zwany Dziki Zachód, mocno pokiereszowany podczas Powstania Warszawskiego, a w PRL długo zaniedbany. Tam czuło się atmosferę przeszłości. W zrujnowanych kamienicach częstokroć mieszkali przedwojenni lokatorzy. Jak dawniej funkcjonowały prywatne zakłady rzemieślnicze, sklepiki i bary (jakoś cudem przetrwały „bitwę o handel”, wytoczoną „prywatnej inicjatywie” przez Hilarego Minca u schyłku lat 40.). To był inny świat. Znacznie atrakcyjniejszy od socrealistycznej zabudowy MDM, tudzież Muranowa.


„Nieprawe łoże” porusza największy bodaj sekret PPR – skrytobójstwo Marcelego Nowotki.

Przedstawiam tylko hipotezę zabójstwa z braćmi Mołojcami w rolach głównych prowokatorów oraz Jankiem Krasickim i Edwinem Rozłubirskim jako ich partyjnymi katami. Niewykluczone, że klucz do rozszyfrowania tej mrocznej tajemnicy leży gdzieś w kremlowskim sejfie. Czy komuś uda się do niego dotrzeć? Obserwując „rosyjską pomoc” w kwestii wyjaśnienia zbrodni katyńskiej, odczuwam poważne wątpliwości. Początki PPR obfitują w niejasności. Po utracie radiostacji partia na pół roku straciła kontakt z centralą i rozpoczęła się brutalna walka o przywództwo, jako żywo przypominająca porachunki gangów. Konspirację komunistyczną od początku podejrzewano o współpracę z Gestapo. Gontarczyk dowiódł, iż niebezpodstawnie. Kluczowe role odgrywali w niej ludzie drugiego czy trzeciego sortu, elita została przecież wycięta w pień przez NKWD w latach trzydziestych. Jeden z kandydatów na sekretarza generalnego - Baruch Cukier alias Witold Kolski – redaktor naczelny „Czerwonego Sztandaru”, szmatławca wydawanego we Lwowie pod okupacją sowiecką, zrzucony na spadochronie zimą 1943 roku pod Rykami, wylądował na drzewie. Złamał nogę i nie mogąc się wyplatać ani doczekać pomocy, a widząc zbliżających się żandarmów, popełnił samobójstwo.

„Nieprawe łoże” to doskonały materiał na film.
TVP wyraziła wstępne zainteresowanie ekranizacją, właśnie złożyłem stosowny konspekt. Wbrew pozorom nie byłaby kosztowna. Akcja rozgrywa się głównie w pomieszczeniach, plenerów jest niewiele, podobnie batalistyki.

Książka zyskała doskonałe recenzje…
Miód na me serce wylał Krzysztof Masłoń, porównując „Nieprawe łoże” do prozy Józefa Mackiewicza. Liczyłem na kąśliwe omówienia „Gazety Wyborczej”, „Polityki”, „Trybuny” czy „Przeglądu”, lecz tamtejsi recenzenci mnie zignorowali. Czyżby nie umieli ustosunkować się do kluczowego przesłania książki, że okupacyjne korzenie komunistycznego reżimu były aż tak nieprawe, a skutki owego nieprawego poczęcia trwają do dziś? Nie jest to miłe dla obecnych przywódców lewicy, którzy „wybrali przyszłość i wyprali przeszłość”. A najchętniej zachowują się tak, jakby urodzili się wczoraj.

Może recenzentów zraziła redakcja i niechlujna korekta?

Okolicznością łagodzącą dla redaktorki z Frondy jest jej młody wiek. Wydaje mi się również, że z szacunku dla autora obawiała się go poprawiać lub choćby podzielić się wątpliwościami. Stąd rozmaite usterki i nieścisłości, które w II wydaniu zostaną usunięte.

Marcin Wolski - pisarz i satyryk. Obecnie dyrektor radiowej "Jedynki".