JUSTYNA KOBUS: Co czuje debiutant, który pokonał Pedra Almodóvara?
FLORIAN HENCKEL VON DONNERSMARCK*: Niedowierzanie - nikt z nas nie spodziewał się tej nagrody. Ale małe sprostosowanie – nie mam uczucia, że pokonałem Pedra, bo to on odebrał nagrodę dla Najlepszego Reżysera. Poza tym na sukces mojego filmu pracowała cała ekipa - poczynając od producentów, którzy wierzyli w ten projekt od samego początku, poprzez fantastycznych aktorów, o jakich wiekszość debiutantów może jedynie marzyć.

No i jeszcze całkiem niezły scenarzysta, który oprócz Almodóvara pokonał Loacha.
Mam prośbę – uszczypnij mnie, bym mógł się upewnić, że nie śnię. Kiedy zacząłem pracę nad scenariuszem, mnóstwo ludzi mi to odradzało. Tak naprawdę, gdyby nie wsparcie kilku osób, kto wie, czy bym nie zrezygnował.

Bo to niezwykłe, gdy 30-latek kręci film o agencie Stasi. To temat dla artysty z pokolenia twoich rodziców.
Początkowo wszyscy to podkreślali. Ale ja miałem już za sobą cztery lata pracy nad dokumentacją do filmu – o ile mi wiadomo, jako pierwsi mieliśmy dostęp do archiwów Stasi. Odbyłem też dziesiątki rozmów z naocznymi świadkami tamtych wydarzeń, byłymi funkcjonariuszami bezpieki i jej ofiarami. Naszymi historycznymi konsultantami byli m.in. profesor Manfred Wilke, przewodniczący Komisji ds. Badań nad Rządami Niemieckiej Socjalistycznej Partii Jedności oraz były pułkownik Stasi. Muszę powiedzieć, że te rozmowy były przygnębiającym doświadczeniem. Kiedy siedzi przez tobą były oficer Stasi i z dumą opowiada, jak torturował ludzi, to tak, jakbyś zobaczył demona zła – czujesz wściekłość, masz ochotę go pobić. Przy tym filmie pracowało mnóstwo osób, które doświadczyły prześladowań ze strony władz NRD. Im więcej mrocznych historii słyszałem tym trudniej było mi znaleźć okruchy dobra w postaciach oprawców. A głęboko wierzę, że nie ma ludzi dogłębnie złych, że ogłupieni ideologią, jakąkolwiek, niekoniecznie komunizmem, tacy sami jak my ojcowie, mężowie, bracia popełniają czyny, których w innych okolicznościach by nie popełnili. Próbowałem zrozumieć motywy ich postępowania, dociec tego, co czuli, gdy zadawali cierpienie innym. Nie, żebym ich usprawiedliwiał, bo jeszcze ktoś posądzi mnie o moralny relatywizm, ale zło, jakie popełniali, nie rodziło się w nich samych, tylko przychodziło z zewnątrz. Opętani wiarą w słuszność jakiejś durnej ideologii, przestawali czuć cokolwiek. Główny bohater, niczym święty rycerz, wykonuje polecenia, w których zasadność wierzy. I nagle, stając się niejako współuczestnikiem cudzego życia, zaczyna odczuwać ten sam ból, jakiego doświadczają jego ofiary. To wszystko dzieje się w dobie komunizmu, ale równie dobrze mogłoby dziać się w innym momencie historycznym, pod inną władzą. Komunizm to jedna z metafor zniewolenia przez aparat władzy, nacisku.

Siłą tego filmu jest to, że nie skupia się na detalach historycznych, lecz na ludziach. To opowieść o miłości, zdradzie, ale i o słabości...

Wiedziałem, że jeśli położę nacisk na odtwarzanie detali tamtej epoki, a nie na emocje bohaterów, mój film będzie martwy i nikogo nie poruszy. Mieszkałem w wielu różnych miejscach świata, wśród różnych ludzi, w różnych kulturach, ale szybko odkryłem, że bez względu na miejsce, w jakim ludzie żyją, czy panujący ustrój, wszyscy doświadczają dokładnie tych samych emocji. I przyrzekłem sobie, że moje filmy zawsze na nich będą się skupiać. Ta nagroda to dla mnie dowód, że myśląc tak, mam rację.

Gdyby ten film zrealizował świadek tamtych wydarzeń, popadłby w ton martyrologiczny. U ciebie nie ma czarno-białych charakterów, bohaterów bez skazy.
Jak w życiu... Kto z nas nie oszukał kogoś, nie okazał się słaby? Wszyscy mamy na sumieniu jakieś sprawy, których się wstydzimy. I to właśnie sprawia, że możemy się identyfikować z bohaterami tego filmu. Przynajmniej mam taką nadzieję. Dla mnie ważne było pokazanie, że nawet największa kanalia ma gdzieś tam głęboko tkwiącą iskrę dobra. Problem w tym, by ją wykrzesać, by nie dać sobie wmówić, że ludzie są z gruntu źli. Gdyby tylko chciało nam się pozdejmować z nich etykiety, jakie sobie poprzyklejali, często ze strachu albo wyłącznie z głupoty... Mój bohater na początku wydaje się uosobieniem zła, wręcz okrucieństwa. To, czego staje się świadkiem, sprawia, że odnajduje w sobie własne człowieczeństwo.

Urodziłeś się w Kolonii, mieszkałeś w Rosji, Londynie, Nowym Jorku, studiowałeś w Oksfordzie i Monachium, mówisz biegle pięcioma językami. Martina Gedeck, gwiazda "Życia na podsłuchu", mówi, że film opowiadający o wydarzeniach ulokowanych w tak konkretnym miejscu i epoce, zrobił stuprocentowy kosmopolita.
Ja bym powiedział stuprocentowy Europejczyk. Ale problem, o jakim opowiadamy nie dotyczy ani konkretnej epoki, ani miejsca na mapie, a już na pewno nie wyłącznie Europy Wschodniej. Wbrew temu, w co wierzą ludzie, nie skończył się z upadkiem komunizmu. Podglądanie cudzego życia, ingerencja w nie, zwykle opłakana w skutkach, to wyróżnik naszej epoki. To nie dzieje się już może na szczeblach rządowych, ale w szkole, w pracy, w rodzinie... A co robią niektóre media? Ten problem ma dziś inny, mniej drastyczny wymiar, ale nadal istnieje. I coś z tym powinniśmy zrobić.

Zgarnąłeś wszystkie nagrody w swoim kraju, odstawiłeś na boczny tor największych filmowców europejskiego kina. Został jedynie Oscar...
Zupełnie o nim nie myślę – naprawdę mówię szczerze. Zresztą nigdy nie byłem zachłanny.

Florian Henckel von Donnersmarck urodził się w Kolonii w 1973 r. Studiował w Leningradzie potem w Oksfordzie, wreszcie w prestiżowej Akademii Filmowo-Telewizyjnej w Monachium. Praktyką reżyserką stanowiła dla niego praca z Richardem Attenborough nad „Miłością i wojną”. Napisał i wyreżyserował uhonorowane serią nagród filmy krótkometrażowe „Dobermann” (1999) i „The Templar”. „Życie na podsłuchu” jest jego debiutem fabularnym.