JOANNA KIJOWSKA: Mityczna Fedra jest raczej czarnym charakterem...
DANUTA STENKA: Ja jej tak nie odczytuję. Często ludzie nieszczęśliwi wypuszczają na zewnątrz kolce i na pierwszy rzut oka wydają się źli, straszni i agresywni. Takie zachowania są skutkiem ubocznym wewnętrznego bólu. Gdyby odjęto Fedrze to, co ją maltretuje, albo gdyby spełniło się jej marzenie, to zapewne inaczej byłaby postrzegana.

W teatrze gra z reguły role cierpiących, głęboko nieszczęśliwych kobiet. Taka jest też jej Fedra w spektaklu wyreżyserowanym przez Maję Kleczewską w Teatrze Narodowym – złożona z pięciu Fedr, od tej Eurypidesa, poprzez Senekę, Racine’a aż do Tasnadiego i Enquista. Zobaczyć ją mogą tylko dorośli widzowie...

Jaka jest ta pani Fedra? Starożytna, współczesna?

Niewiele się zmieniło w naszych uczuciach od czasów Eurypidesa, więc nie ma znaczenia, czy moja Fedra jest starożytna, czy nowoczesna. W zasadzie nie umiem jej opisać, ponieważ po prostu jej nie widzę. Sama jestem ciekawa, jak będzie postrzegana. Na razie wiem, jakie ma problemy.

Czy my, widzowie, zrozumiemy jej działania, spróbujemy zaakceptować jej zakazaną miłość do pasierba?
Ona jest dla mnie głęboko nieszczęśliwym człowiekiem trawionym przez złą, nieszczęśliwą miłość, zabronione uczucie. Znalazła się w sytuacji wymykającej się regułom gry i narzuconym zasadom. Została na taki stan skazana. Nie wymyśliła go sama, nie prowokowała. Uczucie spadło na nią jak grom z jasnego nieba i w żaden sposób nie może się z niego wykaraskać, zabija ją. Taki stan może zdarzyć się przecież każdemu człowiekowi i niekoniecznie musi dotyczyć miłości. Sztuka Mai Kleczewskiej została złożona co najmniej z pięciu "Fedr" i powstała postać, która zwija się, walczy, usiłuje nie poddawać się temu, co na nią spadło. Mogę ją porównać do Ericki - głównej bohaterki filmu "Pianistka". Fedra, tak jak każdy z nas, została opakowana w pewne zasady, które z jednej strony porządkują świat, z drugiej są strasznym kagańcem. Ona posiada skrzydła, ale całkiem pogniecione, ściśnięte, niemal niewidoczne. Zdaje sobie sprawę, że nigdy się nie rozwiną i cierpi, maltretuje siebie i nie jest w stanie poradzić sobie ze sobą i swoim życiem. W tej historii jest jeszcze jedna straszna rzecz: Fedra ma już w sobie trujący jad, który niestety zapuszcza innym.

Żadna z tych pięciu Fedr nie kończy się dobrze i nie ma szans, żeby się kiedykolwiek dobrze skończyła...
I nie jesteśmy w stanie jej pomóc...

Ale zdaje pani sobie sprawę, że żyjemy w takich czasach, w których publiczność wręcz żąda happy endów...
Ta Fedra jest mocnym, okrutnym i brutalnym spektaklem i być może on ma działać jak dzwonek albo coś, co powinno nas uderzyć w splot słoneczny i uświadomić, że takie bardzo trudne uczucia istnieją i nie można ich od razu potępiać.

O Fedrze jednak można opowiedzieć na wiele sposobów. Tym razem jednak na scenie Narodowego jest brutalnie i wręcz krwisto. Jak się pani odnajduje w takim teatrze?
Tak naprawdę nie ma to dla mnie większego znaczenia, bo tak jak w życiu znajduje się w różnych okolicznościach. Raz jestem w repertuarze klasycznym, w którym ludzie odnoszą się do siebie zupełnie inaczej niż w tej "Fedrze", choć targają nimi równie głębokie uczucia, a raz we współczesnym. Mam do dyspozycji różne narzędzia i za każdym razem, kiedy udaje mi się mówić o najważniejszych sprawach, zanurkować głęboko do środka ludzkiej duszy, jestem usatysfakcjonowana. Nie mam oporów ani w stosunku do pobożnego, klasycznego "Tartuffe’a", ani skandalistki Sarah Kane. Najważniejszy w tym wszystkim jest człowiek i opowieści o nim. Bez niego nie ma teatru. Nic nas wtedy nie interesuje. Gdyby teatr nie dotykał naszego bólu, radości i pytań, to nie chciałabym w tym brać udziału. Nawet jako widz.

Mam wrażenie, że dla szerokiej publiczności kinowej i telewizyjnej Danuta Stenka jest aktorką grającą w ciepłych, niemal lukrowanych filmach. Czy to możliwe, że dopiero w teatrze wstępuje w panią jakiś diabeł i pokazuje pani całe spektrum aktorskich możliwości?
Być może nie mam w telewizji czy filmie materiału, w którym mogłabym się pokazać z innej strony. Choć wydaje mi się, że zdarzały się takie sytuacje, w których trzeba było wyrwać podszewkę na zewnątrz. Oczywiście było ich zdecydowanie mniej niż tych, jak to pani powiedziała, lukrowanych. Poza tym teatr to niezwykła sytuacja, dzieje się tu i teraz i nigdy się nie powtórzy.

Jan Englert, dyrektor Teatru Narodowego, często powtarza, że do tego teatru publiczność przychodzi również po to, żeby tak po prostu pooglądać aktorów znanych z telewizji. Nie sądzi pani, że taki widz z pewnością się zdziwi, kiedy zobaczy panią jako Fedrę mówiącą: "A wlej sobie w dupę tę zupę"?
Ale pójdzie na inny spektakl, na przykład "Tartuffe’a", w którym mówię piękną mową wiązaną i już nie będzie się dziwił.

Mimo wszystko dla wielu jest pani Judytą z "Nigdy w życiu"...
Zapomniałam o tym. Postać w różowo-jasnozielono-wiosennych kolorach... Wbrew temu, co wypisywała krytyka, psiocząc na mnie, że wdałam się w ten film, nie żałuję tamtej decyzji. Wręcz się z niej cieszę, bo przez lata kompletnie zapomniałam, że jest we mnie takie różowo-jasnozielono-wiosenne pasmo. Byłam przecież kojarzona z rolami dramatycznymi i takie grałam. Musiało być ciężko, mocno, groźnie, beznadziejnie. Wielki dół. I ból – mój dyżurny temat. A udział w "Nigdy w życiu" przypomniał mi o tym, że kiedyś grałam w farsach. Przystępując do pracy nad rolą Judyty, byłam śmiertelnie przerażona. Bałam się, że zupełnie się nie odnajdę w tym radosnym paśmie aktorstwa. A tymczasem udało się i staram się wykorzystywać to, co odświeżyłam w sobie podczas realizacji tego filmu przy innych, również tych mrocznych rolach. Gdyby tak przejść przez moje ostatnie teatralne role, to rzeczywiście wyłania się z tego lista dramatycznych czarnych postaci w ciężkich sztukach: "Medea", "Uroczystość", "Kobieta z morza", "Giovanni", "Zwycięstwo" i jeszcze kilka. To mój chleb powszedni. Okazuje się jednak, że człowiek zbudowany jest z wszelkich możliwych kolorów, tylko niektórych nie używa. A szkoda, bo teraz o tym wiem, że jedne pracują na drugie.

Czy to właśnie nie w teatrze, na potrzeby "Uroczystości" (2001) Grzegorza Jarzyny przeszła pani metamorfozę – z aktorki grającej głównie sterane życiem dojrzałe kobiety przeistoczyła się pani w niezwykle atrakcyjną niewiastę?
To prawda, w dodatku byłam już po czterdziestce. Zresztą wtedy pierwszy raz zetknęłam się z teatrem młodych reżyserów i z Rozmaitościami. Ta rola wiele zmieniła. Problem i radość moja polegają na tym, że ja się tak naprawdę nie zmieniłam. To okoliczności mnie zmieniły, coś wyzwoliły, przypomniały. Byłam taka, tylko nikomu nie chciało się sięgnąć w te rejony mojej osobowości i aktorskich możliwości. Zdaję sobie sprawę, że wielu ludzi nie jest w stanie zmienić zdania na czyjś temat albo z wielkim trudem im to przychodzi.

Czy Maja Kleczewska miała niepodważalną wersję "Fedry"?
Nie, nie. Spotkała się z nami - aktorami przed wakacjami. Przeczytaliśmy wszystkie „Fedry” i każdy z nas powiedział, co uważa za ważne dla swojej postaci. Wzięła to pod uwagę i stworzyła scenariusz swojej "Fedry", który przyniosła na pierwszą próbę. Od tamtej pory ten tekst zmieni się diametralnie. Pracowaliśmy nad nim wspólnie. Maja Kleczewska należy do reżyserów otwartych, rozmawia z aktorami i myślę, że po premierze ten spektakl będzie jeszcze ewoluował.