Filip Marczewski, syn znanego reżysera Wojciecha Marczewskiego, za swój film "Melodramat" otrzymał nominację do studenckiego Oscara. Teraz fabuła o 14-latku, który poszukuje miłości i akceptacji, ma szanse na statuetkę Amerykańskiej Akademii Filmowej w kategorii "dorosłego" krótkiego metrażu.

Justyna Kobus: Jak oceniasz swoje szanse?
Filip Marczewski:
Jako umiarkowane. Konkurencja jest ogromna, a ponadto Amerykanie nagradzają w tej kategorii najchętniej produkcje własne, a przynajmniej anglojęzyczne. No i przede wszystkim te, które mają wielką promocję medialną. Nie miejmy złudzeń - nasza kinematografia jest tam traktowana jako peryferyjna.

Nie wierzyłeś też w nominację do studenckiego Oscara, a jednak znalazłeś się wśród pięciu szczęśliwców.
To prawda. Jednak od Oscara studenckiego do nominacji "dorosłej" wiedzie długa droga. Zwłaszcza że mówimy o dwóch różnych kategoriach. W największym skrócie, by ubiegać się o Oscara w kategorii krótkiego metrażu, film musi mieć na koncie kilka ważnych międzynarodowych nagród. Za ich sprawą udowadnia, iż jest zrozumiały nie tylko we własnym kraju, ale też poza jego granicami. Słowem, że jest uniwersalny.

Ponad 30 nagród dla "Melodramatu" na festiwalach filmowych - od Barcelony po Zimbabwe - to chyba wystarczający dowód na uniwersalność.
Tak, ale tylko wygrane na festiwalach wskazanych przez Amerykańską Akademię Filmową pozwalają ubiegać się o nominację do Oscara. Te festiwale to coś w rodzaju wstępnej preselekcji. W moim przypadku były to akurat wygrane na festiwalach w St. Louis i w Huesca. Szczególnie ważny jest ten w St. Louis, który - jak mówili mi dziennikarze z amerykańskiego "Variety" - jest jedną z pięciu najważniejszych imprez filmowych w USA.

A niewiele brakowało, by twój film w ogóle nie powstał. Jeszcze na etapie scenariusza twoi wykładowcy stwierdzili, że projekt jest chybiony.
Sam pomysł na "Melodramat" zdecydowanie się nie podobał. Spotkał się z wielką niechęcią. Generalnie mówiono, że bohater jest nieciekawy, a jego relacje z najbliższymi wręcz chore. Broniłem się, mówiąc, że przecież w kinie trzeba wyostrzać pewne sytuacje, by opowieść była czytelna, ale chyba mało skutecznie. Tak naprawdę, gdyby nie wsparcie Roberta Glińskiego, to pewnie bym się z tego pomysłu wycofał. Był jedyną osobą, która powiedziała: "Jest okay, pracuj nad projektem dalej". Od innych słyszałem wyłącznie słowa krytyki i w końcu zacząłem myśleć, że pewnie mają rację...

Profesorowie mogli ci zabronić realizacji tego konkretnego projektu?
Raczej nie, w łódzkiej szkole filmowej obowiązuje zasada, że jeżeli student jest przekonany do jakiegoś pomysłu, to pozwalają mu go zrealizować, nawet jeśli uważają, że jest zły. Ale gdyby nie Gliński, poddałbym się sam.

Twój film przeszedł jak burza przez zagraniczne festiwale. Zastanawiam się, dlaczego gusta naszych artystów tak różnią się od reszty świata?

Cóż, chyba nie ja powinienem to komentować, na razie nie mam dorobku artystycznego, który dawałby mi to prawo. Ale rzeczywiście wszędzie za granicą słyszałem, że "Melodramat" to film uniwersalny. Grupa londyńczyków stwierdziła niedawno, że opowiada o ich dzieciństwie na przedmieściach Londynu. Kiedy byłem w Szwajcarii, mówiono, że to historia z przedmieść Zurychu. To znaczy, że wszędzie odbierano film jak swój, co mnie ogromnie cieszy.

Po nominacji do studenckiego Oscara miałeś propozycje robienia filmów za Oceanem...
Rzeczywiście, po pokazach filmu pojawiło się paru producentów, niektórzy z konkretami. W Los Angeles zaproponowano mi nakręcenie horroru. Budżet filmu miałby wynieść 10 mln dolarów, scenariusz już przyklepany... Zdziwiłem się dlaczego ja, skoro nakręciłem dramat? Usłyszałem, że umiem wzbudzać w widzu emocje, a o to w horrorze chodzi. Gdy jednak zacząłem wypytywać o szczegóły, powiedziano mi, że to kino klasy C i że nie ma mowy, bym cokolwiek mógł w projekcie zmienić, więc podziękowałem.

No, ale ten budżet… 10 mln dolarów! Tyle kosztuje 10 polskich produkcji. Nie kusiło cię, by spróbować?
Nic a nic. Chcę w swoich filmach przyglądać się człowiekowi, mówić o tym, co dla mnie samego jest ważne. Poza tym chcę zrobić swój pierwszy pełnometrażowy film w Polsce. Pracujemy od jakiegoś czasu nad scenariuszem z Grzegorzem Łoszewskim. Liczę, że sukcesy "Melodramatu" pomogą mi go zrealizować.

23 stycznia będzie dla ciebie szczególnym dniem. Czekasz na werdykt, który dotyczy cię bezpośrednio, a komu sam kibicujesz?
"Babel" Alejandra Inarritu jest mi najbliższy, choć wolę jego pierwszy film "Amores Perros". Spośród filmów zagranicznych zdecydowanie "Volver" Almodóvara. Myślę, że zwycięży, bo w Los Angeles widziałem, do jakiego stopnia Amerykanie oszaleli na jego punkcie. No i jaką ten film ma tam reklamę! Ale tak naprawdę, nie myślę za wiele o nominacjach. W najbliższych dniach spodziewamy się z żoną narodzin naszego pierwszego dziecka i to jest teraz dla mnie najważniejsze.