Na rozmowę umówiłyśmy się z samego rana. O 9.00. Ten termin był jednym z niewielu wolnych w kalendarzu aktorki. - Wciąż jestem w biegu - tłumaczy z uśmiechem. Mimo wczesnej pory pani Krystyna jest bardzo rześka i z charakterystyczną dla siebie werwą snuje opowieść o dzieciństwie, wojnie i roli Nikifora. Jak mówi, dla niej najważniejszej w życiu. Kiedy ją wspomina, jest wyraźnie wzruszona.

Aktorskie dziecko
Urodziła się 85 lat temu w znanej i szanowanej rodzinie Feldmanów we Lwowie. Ojciec, Ferdynand, był wybitnym aktorem, luminarzem sztuki końca XIX i początku XX wieku. Krystyna nie pamięta go. Zmarł, gdy była malutka. Uczyła się o nim w szkole. Mama, Katarzyna, była aktorką i śpiewaczką operową. - Wszyscy myślą, że aktorskie dziecko to nic innego nie robi, tylko biega po teatrze - opowiada aktorka. - Ale broń Boże! Mama robiła wszystko, żeby mnie i mojego starszego brata nie ciągać po garderobach. Spektakle przeważnie są wieczorem i o której dziecko miałoby potem kłaść się spać.

Krystyna nie połknęła więc bakcyla w teatrze. Za to, kiedy miała kilkanaście lat, odezwały się geny. - Nie powiem, żebym od dziecka marzyła o aktorstwie. Pewnego dnia ten pomysł po prostu zaświtał mi w głowie. Powiedziałam o tym mamie. Przedstawiła mi najpierw ciemne strony teatru, potem te trochę jaśniejsze i stwierdziła, że jeśli nauczyciele powiedzą, że coś ze mnie będzie, to nie ma nic przeciwko.

Janusz Strachocki, profesor, który uczył Krystynę aktorstwa w szkole we Lwowie, też był z matką Krystyny Feldman szczery. - Powiedział jej: "Jeśli okaże się, że dziewczynka nie jest zdolna, to nie będziemy nazwiska paskudzić". No i chyba nazwiska nie spaskudziłam. Mam nadzieję, że rodzice byliby ze mnie zadowoleni - mówi pani Krystyna.

Wojenne piekło
Miała 17 lat, kiedy zadebiutowała na deskach teatru we Lwowie. - Jaka ja byłam szczęśliwa, że ktoś w ogóle pozwala mi grać te wszystkie postaci - opowiada aktorka. Niestety, dwa lata później wybuchła wojna.

- My, młode pokolenie, utracenie niepodległości przeżyliśmy jako straszny, osobisty cios. Było bardzo ciężko. Raz, że żyło się w ciągłym zagrożeniu, a dwa, że była nędza i głód. Nikomu nie życzę wypalania się w takim tyglu, ale siłę wewnętrzną dało nam to niesamowitą. Były ostre zimy, nie było czym palić w piecu, więc szło się w nocy na wyprawę, żeby troszkę drzewa narąbać. I trzeba było ryzykować, bo było to zabronione. Nie dojadło się, nie dosypiało, ciągle groziła wywózka albo jeszcze jakaś kazamata niemiecka. W ten sposób oduczył się człowiek narzekania.

Młoda wdowa
Krystyna miała dwadzieścia parę lat, kiedy wyszła za mąż, za aktora Stanisława Brylińskiego. Została przy swoim nazwisku. - Był dużo starszy ode mnie, miał ponad pięćdziesiąt lat, ale ja zawsze preferowałam starszych panów - opowiada. - Kiedyś znajomy psycholog wyjaśnił mi, że to dlatego, że właściwie nie miałam ojca. Dla mnie mąż musiał więc być jednocześnie trochę tatusiem.

Byli dobrym małżeństwem. Łączyło ich między innymi zamiłowanie do teatru. To szczęście nie trwało jednak latami. W 1953 roku Stanisław Bryliński zmarł. Został pochowany w Łodzi. Krystyna Feldman została młodą wdową i nigdy później nie wyszła już za mąż.

Tytan pracy
Do dziś jest tytanem pracy. Pracowała m.in. w teatrach w Katowicach, Opolu, Jeleniej Górze, Szczecinie, Łodzi, Nowej Hucie. Teraz mieszka w Poznaniu i jest związana tam z Teatrem Nowym.

Choć ludzie wyobrażają sobie, że aktorzy zarabiają fortunę, Krystyna Feldman wcale tak nie uważa. - Pieniądze nie były duże i człowieka nie było stać na wszystko. Jednak jeśli ktoś grał w teatrze, to miał gażę i mógł sobie dać radę. Poza tym pieniądze nie były tak bardzo potrzebne, no bo co było kiedyś do kupienia? Żeby dostać masło, trzeba było mieć duże znajomości.

Królowa drugich planów
W 1953 roku Krystyna Feldman zadebiutowała przed kamerą w filmie "Celuloza". Zagrała tam dewotkę. Później wielokrotnie wcielała się w podobne postaci. Na swoim koncie ma ponad sto ról w filmach i serialach. Jednak dopiero "Nikifor" pozwolił na pokazanie pełnej palety jej możliwości aktorskich. - Nikifor był dziwnym człowiekiem, który nie był ani matołem, ani idiotą, ale nawet dobrze nie mówił - mówi Krystyna Feldman.

- Nie pisał, więc nie pozostawił po sobie żadnej autobiografii czy refleksji ze swojego życia. Zostały tylko obrazy i wspomnienia ludzi, którzy go znali. Teraz mogę powiedzieć, że to była niesłychanie trudna rola.


Artykuł ukazał się w "Fakcie" 16 czerwca 2005 roku