To już jego trzecia szansa na złotą statuetkę - wcześniej Amerykańska Akademia Filmowa doceniła jego występy w "Co gryzie Gilberta Grape'a?" Lasse Halstroma i "Aviatorze" Martina Scorsese. Czy trzecia nominacja przyniesie wreszcie aktorowi upragnionego Oscara, dowiemy się już 25 lutego. Leonardo DiCaprio opowiada "Dziennikowi" o Robercie de Niro, afrykańskich barach i długoletniej awersji do przeglądania się w lustrze.

Maja Gawońska: Za "Krwawy Diament" otrzymałeś właśnie nominację do Oscara, ale to twój drugi film w tym roku. Wcześniej zagrałeś jeszcze rolę w "Infiltracji" Martina Scorsese. Gdybyś mógł sam się nominować, który film doceniłbyś bardziej?
Leonardo DiCaprio: Na szczęście to nie mój obowiązek i role są inne, ale "Infiltrację" traktuję jak przełom w mojej karierze. Poza tym rola Billy'ego wymagała ode mnie ogromnego wysiłku emocjonalnego. Aktorstwo to tylko zawód, więc nie powinienem przejmować uczuć, które odgrywam. Tak jak psycholog nie powinien przynosić do domu problemów pacjentów. Jednak trudno odciąć się od psychiki postaci, szczególnie kiedy to tajniak, który musi zachowywać się jak mafiozo, zabijać z zimną krwią i liczyć na to, że nikt się nie zorientuje, dla kogo tak naprawdę pracuje. Chciałem, żeby Billy był wiarygodny, więc wszystkie ataki paniki przeżywałem naprawdę. Trochę nadszarpnęło to moje emocje. Prawdziwi policjanci muszą mieć nerwy ze stali.

Jednak nominującym do gustu bardziej przypadła postać Danny'ego Archera.

Bardzo się z tego cieszę, bo "Krwawy Diament" wymagał ode mnie trudnych przygotowań. Film dzieje się w Afryce, o której nie miałem zielonego pojęcia, poza miłymi wspomnieniami z tygodniowych wakacji. To zdecydowanie za mało, żeby wiarygodnie zagrać byłego najemnika z Zimbabwe, a ja trzymam się zasady, żeby nigdy nie przychodzić na plan nieprzygotowanym. Wielu aktorom zdarza się to nagminnie, ale mi byłoby wstyd. Czułbym się jak nastolatek, który pojawił się w szkole bez ubrania. Dlatego uparłem się, żeby polecieć do Afryki, zanim zjawi się cała ekipa. Po pierwsze, musiałem nauczyć się nowego akcentu. Po drugie, chciałem zrozumieć egzotyczną kulturę. Grałem przemytnika diamentów, więc musiałem jakoś wejść do środowiska prawdziwych handlarzy klejnotami, najemników i byłych wojskowych. Oczywiście okazało się to o wiele trudniejsze, niż myślałem. Spotykałem się z różnymi ludźmi, ale wszyscy nabierali wody w usta. W końcu jeden wytłumaczył mi, że w przeciwieństwie do Amerykanów, mieszkańcy południowej Afryki nie lubią na lewo i prawo wylewać emocji. Nawet mówienie o polityce to dla nich mordęga. Zastosowałem więc starą sprawdzoną metodę rozwiązywania języka. Kilkanaście wizyt w barach i kilka razy więcej drinków. W końcu nawet do kolegów na planie mówiłem z afrykańskim akcentem.

Podczas zdjęć też nie było najłatwiej. Podobno nie obyło się bez kilku wizyt w szpitalach?
Przez tydzień kręciliśmy scenę ucieczki z ogarniętego wojną Freetown, stolicy Sierra Leone. Wyglądało to bardziej jak choreograficzny układ niż wojskowa ścieżka zdrowia, ale wysiłek jest porównywalny. W końcu, po kolejnym sprincie między palącymi się samochodami i grupkami statystów, upadłem i zraniłem sobie kolano, a zaraz potem jakiś wybuch lekko poturbował Dijimona Honsou (gra rybaka Vandy'ego, przyjaciela Danny'ego). Od tej chwili grymas bólu wychodził nam nadzwyczaj naturalnie.


Przyznałeś w jednym z wywiadów, że kiedy w "Infiltracji" grałeś w scenie, w której Billy błaga Jacka Nicolsona o życie, czułeś się tak, jakbyś błagał o to, żeby Martin Scorsese nie wyrzucił cię z obsady. Czy Edward Zwick, reżyser "Krwawego Diamentu", też wzbudził w tobie takie lęki?
Na początku każdego filmu trudno mi uwierzyć we własne siły. Jednak Edward świetnie sprawdza się w tradycyjnych historiach. Przełamaliśmy lody, kiedy podczas pierwszego spotkania oglądaliśmy "Casablancę". Bardzo lubię ten film, a Danny miał przypominać trochę Humphreya Bogarta. Natomiast "Infiltracja" to kolejny film Martina Scorsese, w którym miałem szansę zagrać i mogę przyznać bez bicia, że to spełnienie marzenia z młodości. Dzieli nas spora różnica wieku, ale okazało się, że mamy wiele wspólnego. Pożyczamy sobie płyty i książki, godzinami gadamy o filmach. Martin to chodząca encyklopedia kina. Widział chyba wszystko, co nakręcono przez ostatnie 50 lat. Kiedy dyskutujemy nad jakąś sceną, jest w stanie podać kilkadziesiąt przykładów podobnych ujęć i ocenić, co zrobiono w nich dobrze, a co źle.

Scorsese przez wiele lat pracował z Robertem de Niro. Teraz wydaje się, że zająłeś jego miejsce. Niektórzy nazywają cię nawet "drugim de Niro". To dla ciebie wyzwanie?
Wolałbym być pierwszym DiCaprio, ale tak na poważnie to dla mnie wielki zaszczyt. Po raz pierwszy zetknąłem się z Martinem Scorsese, a raczej z jego metodami, właśnie dzięki Robertowi, kiedy grał mojego ojczyma w "Chłopięcym świecie". Nie zachowywał się jak przemądrzały nauczyciel, ale wystarczyło samo przyglądnie się jego pracy. To była najlepsza lekcja aktorstwa, jaką przeżyłem, a Robert do dziś jest dla mnie autorytetem. To on poradził mi, żeby wybierać filmy, które są dla mnie wyzwaniem. "Nie idź w życiu na łatwiznę" - powtarzał. Byłem wtedy młokosem, ale wziąłem to sobie do serca.

Czy na pewno? "Titanic" nie wydaje się wyzwaniem na miarę filmów Scorsese.
Kiedy przyjąłem rolę w "Titanicu", nie sądziłem, że na kilka lat stanę się obowiązkowym bohaterem kolorowych pisemek. Scena, w której idę na dno ze statkiem, była prorocza. Ten film mocno mnie podtopił. Osobiście, bo przez chwilę sława za bardzo mi imponowała i zawodowo, bo wszyscy proponowali mi nieskomplikowane role grzecznych chłopców. Przez długi czas nie mogłem patrzeć w lustro. Widziałem tam swoją twarz i wydawało mi się, że to kolejny głupi plakat.

"Krwawym diamentem" chyba definitywnie ogłosiłeś koniec image'u cudownego chłopca. Czy producenci z Hollywood też zaakceptowali ten krok?
Skończyłem trzydziestkę, więc nie mogą mnie do końca życia obsadzać w rolach nastolatków. A nawet jeśli mieliby takie plany, ostatnimi filmami udowadniam, że nie muszę być związany z jednym emploi. Jednak "Titanic" był jak klątwa i przez długi czas odrzucałem większość propozycji.

Sparodiowałeś wtedy samego siebie w "Celebrity" i zagrałeś w "Niebiańskiej plaży", która nie stałą się sukcesem kasowym, mimo że jesteś jednym z tych aktorów, którzy mają zagwarantować filmowi wysoką oglądalność. Jak wytrzymujesz tę presję?
Nie myślę o tym w takich kategoriach. Po prostu pracuję, jak najlepiej potrafię. Tak jak biznesmen przed trudnymi negocjacjami czy prawnik przed rozprawą. A "Niebiańska plaża" to nie tylko słupki oglądalności. Podczas zdjęć w Tajlandii, zrozumiałem, że ratowanie natury to mój obowiązek i zaangażowałem się w kilka kampanii związanych z ekologią.

A czy odwiedziłeś tę wsypę po tsunami?
Dowiedziałem się z telewizji, że jest totalnie zdewastowana, ale nigdy tam nie pojechałem. Za to teraz produkuję dokument o globalnym ociepleniu. Właśnie nagrywam wywiady z kilkunastoma naukowcami i mam nadzieję, że skończę ten film w tym roku.

"Krwawy diament" mówi o innym problemie społecznym, handlu kamieniami szlachetnymi w krajach ogarniętych wojną. Przez wiele lat lądowały w drogich zachodnich sklepach, a za zarobione pieniądze partyzanci kupowali broń. Od kilku lat takie praktyki są zabronione, ale kiedy ostatnio kupiłeś biżuterię z diamentami?
Takie drogie prezenty daję tylko mamie, ale zanim przeczytałem scenariusz filmu, nie zastanawiałem się nad tym, z czego zrobione są naszyjniki. Obiła mi się co prawda o uszy piosenka "Diamonds are Forever" Kanye Westa, który atakuje afroamerykańskich raperów za promowanie przemocy. Kiedy w Stanach obwieszają się złotem i błyskotkami, w Afryce giną przez to dzieci. Teraz sprawdzam dokładnie, skąd pochodzą kamienie. Mam nadzieję, że inne gwiazdy, który lubią pokazywać się w diamentach na ceremonii wręczenia Oscarów, też to uczynią.

W tym roku znowu będziesz czekał na Oscara. Chyba znasz to uczucie, bo byłeś już nominowany, ale jeszcze nigdy nie wręczono ci statuetki. Myślisz, że tym razem wreszcie się uda?
Nie gram dla statuetek ani dla krytyków, którzy nominują do nagród. Najważniejsza jest dla mnie widownia. Martin Scorsese to kultowy reżyser, a przecież nigdy nie dostał Oscara.

Leonardo DiCaprio - aktor. Syn pary hippisów, mama nazwała go na cześć ulubionego renesansowego twórcy. Pierwsze kroki w aktorstwie stawiał jako 14-latek, ale popularność przyniósł mu "Titanic" (1997) Jamesa Camerona . Zagrał m.in. w: "Chłopięcym świecie" Michaela Caton-Jonesa, "Gangach Nowego Jorku" Martina Scorsese i "Złap mnie, jeśli potrafisz" Stevena Spielberga.