Wystawy oglądać można nie tylko w Giardini, gdzie znajdują się najstarsze pawilony narodowe, nie tylko w renesansowym Arsenale, gdzie rozsiadła się część głównej ekspozycji międzynarodowej oraz afrykańska i brazylijska, ale i w galeriach, kościołach, pałacach, na ulicach i placach. W imprezie bierze udział 76 krajów, jednocześnie odbywa się też ponad 50 imprez towarzyszących. Aby obejrzeć wszystko i nie zwariować potrzeba co najmniej tygodnia. A i tak łatwo wówczas przegapić wystawy mniej nagłośnione czy bardziej oddalone. Dlatego warto zapoznać się z naszym subiektywnym przewodnikiem.

Wystawa główna
Punktem obowiązkowym jest - mimo że zbiera skrajne oceny - główna międzynarodowa wystawa przygotowana przez dyrektora tegorocznego Biennale, nowojorskiego kuratora Davida Croffa. Podzielona jest między pawilon włoski w Giardini oraz budynek Corderie na terenie Arsenału. W wejściu do Corderie wita nas zdekonstruowany przez Lucę Buvoliego przestrzenny napis "A Very Beautiful Day After Tomorrow" - w wolnym tłumaczeniu: "Pojutrze będzie piękny dzień". Wnioskując jednak z chaosu, w jakim znajduje się ów napis, nie należy spodziewać się od przyszłości niczego dobrego. Dziś też zresztą nie jest słodko - na tle ruin Belgradu chłopiec podbija ludzką czaszkę niczym piłkę (Paolo Canevari, "Bouncing Skull"), pełno złych wiadomości z Bejrutu (perwersyjnie piękne zdjęcia ruin autorstwa Gabriele Basilico), Gazy i Bagdadu - Jenny Holzer, znana raczej z refleksji nad słowem (w Polsce można oglądać jej "Truizmy" wyryte na kamiennych ławach przed warszawskim CSW), przeniosła na płótnie ślady dochodzenia w sprawie śmierci Irakijczyka zamordowanego przez amerykańskiego żołnierza - odciski prawej i lewej dłoni.

Jak na całym Biennale, tak i na wystawie głównej sztuka zaangażowana politycznie miesza się z intymną, makabra i kicz z najprościej pojmowanym pięknem, malarstwo sztalugowe z nowymi mediami. Jeśli jest coś, co to wszystko łączy, jest tym podtytuł "Art In The Present Tense" - "Sztuka w czasie teraźniejszym", niezależnie od tego, czy powstała parę miesięcy, czy parę dekad temu. Można tu znaleźć nawet prace z lat 60., jak Jezus przygwożdżony nie do krzyża, a do bombowca, autorstwa Leona Ferrari z Argentyny (rocznik 1920) opatrzony przewrotnym tytułem "Cywilizacja zachodnia i chrześcijańska". Rzeźbie towarzyszą kolaże, na których artysta zestawił sławiące miłość bliźniego nagłówki z prasy katolickiej służące za ironiczny komentarz do wizerunków inkwizytorów i konkwistadorów. O dramatach współczesności można mówić też ciszej, o czym świadczą przepiękne, lekko rozmyte portrety duchownych z Palestyny reprezentujących różne religie autorstwa Y.Z. Kami.

Ameryka

Felix Gonzales-Torres znany jest z prac minimalistycznych, wyciszonych, ale wyposażonych w ogromny ładunek emocji. Osobistych i monumentalnych jednocześnie. Zasłynął, oklejając nowojorskie bilbordy zdjęciem pomiętej pościeli. Tam, gdzie zwykle znajdują się reklamy, pojawiło się piękne zdjęcie bez żadnych napisów - dopiero wtedy artysta ujawnił, że przedstawia ono puste łoże śmierci jego długoletniego partnera, który zmarł na AIDS. Torres podejmuje też dyskusję z integralnością dzieła sztuki. W holu pawilonu amerykańskiego oglądamy sznur światełek, które kurator może zaaranżować w dowolny sposób, jeśli potrafi to uzasadnić. W sąsiedniej sali: plik białych plakatów z czarną ramką - jak w nekrologu. Widzowie mogą je zabrać, ale kurator musi je stale uzupełniać, by ich masa zawsze była ta sama - 317,5 kg. Podobnie jest z anyżkowymi cukierkami, które leżą na podłodze w sąsiedniej sali. Praca ma wymowny tytuł, nadający jej drugie, polityczne dno - "Public Opinion". Torres pokazał też wysmakowane czarno-białe zdjęcia z Waszyngtonu, pokazujące wyryte w kamieniu nazwy różnych profesji. Zmonumentalizowana codzienność. Pawilon amerykański, wypełniony posępnymi w nastroju, czarno-białymi pracami to perfekcyjna wizytówka kraju uwikłanego w bezsensowną wojnę.

Skandynawia

W witrynie zdjęcia dwóch piękności. Jedna mówi: "Byłoby miło zrobić coś ważnego". Druga odpowiada: "Może coś politycznego?". Smaczku tym zdaniom dodaje pucujący bez przerwy witrynę Murzyn. W środku abstrakcyjne zabawy przestrzenią - rzeźba z ram okiennych, rozłożony na podłodze blaszany kontener na śmieci, ściana z tarcz do rzutek tworzących psychodeliczną tapetę. Mocne uderzenie przy drugim wejściu do pawilonu, gdzie zwiedzający zachęcani są do odwiedzania ogarniętego wojną Bagdadu lub skorzystania z jednej z trzech przenośnych toalet w kolorach francuskiej flagi, oznaczonych hasłami wolność, równość, braterstwo.

Australia

Wystawa australijska w pawilonie narodowym na Giardini jest na tle innych rozczarowująca. Warto za to zbłądzić do dzielnicy Dorsoduro, by obejrzeć pracę Calluma Mortona "Valhalla", ukrytą na tyłach Palazzo Zenobio. Walhallą w mitologii staronordyckiej nazywano krainę wiecznego szczęścia, do której po śmierci trafiali wojownicy. Morton nadał ją konstrukcji udającej zrujnowany dom. Urwane ściany podziurawione nabojami i wymazane graffiti, straszą w zapuszczonym ogrodzie. Niespodzianka kryje się wewnątrz sztucznej ruiny - po wejściu znajdujemy się w wyłożonym marmurem, klimatyzowanym pomieszczeniu przypominającym hol biurowca. Jest nawet troje drzwi do wind. Drzwi są mniejsze niż powinny, nie ma za nimi żadnej windy, ale zdezorientowani widzowie i tak naciskają guziki i czekają, co stanie się dalej. Tego nie zdradzimy, żeby nie zepsuć zabawy. Warto się przekonać. We wnętrzach Palazzo także dwie godne uwagi wystawy narodowe: na parterze Szkocja, na piętrze - Ameryka Łacińska.

Rosja

Pawilon rosyjski przynosi katalog współczesnych lęków i obsesji. Na piętrze prysznic (dosłownie) informacyjny Andrei Bartenev oraz pozbawiona erotyzmu erotyka. Na parterze iluzjonistyczna neonowa rzeźba Andreya Barteneva z serduszkiem i napisem "Lost Connection" oraz najmocniejsze uderzenie - film "Last Riot" ("Ostatni bunt") autorstwa grupy AES+F. Na tle sztucznego, cukierkowego krajobrazu, piękne dziewczęta i piękni chłopcy toczą ostatnią ludzką wojnę do wtóru Wagnera zmiksowanego z posępną współczesną muzyką. Przeestetyzowana niczym reklama z żurnala wizja wojny bez krwi, ale prawdziwej, i bez celu, bo na końcu zwycięzcy popełniają samobójstwo, nikogo nie pozostawia obojętnym i wynagradza wtórność większości prac w pawilonie.

Estonia

W okolicy Palazzo Grassi, mieszczącego prywatną kolekcję sztuki miliardera Francois Pinaulta, znajdziemy wystawy słoweńską, albańską. Najbardziej jednak zapada w pamięć autorska wystawa Estończyka Marko Maetamma "I Love My Family" w Palazzo Malipiero - przewrotna opowieść o "wartościach rodzinnych". Znajdziemy tam makabryczną piaskownicę z zabawkową szubienicą i foremkami w kształcie trupich czach, kreskówkę o tatusiu polującym na pozostałych członków rodziny w mieszkaniu - żona i dzieci uciekają, zostają złapani, ale - jak w grze komputerowej - odżywają i uciekają znowu. Najbardziej wstrząsa jednak wyznanie artysty, który musiał pozbyć się rodziny, by nie musieć zapewniać jej bytu i móc znów poświęcać się sztuce.

Bill Viola

Patetyczne prace wideo Violi, którego wystawę pokazywano ostatnio w warszawskiej Zachęcie, znalazły w Wenecji idealne miejsce do ekspozycji - renesansowy kościół San Gallo. Trzy pionowe ekrany ustawiono symetrycznie na trzech ołtarzach. Oglądamy na nich w zwolnionym tempie troje ludzi zalewanych przez potężny strumień wody. To "Ocean Without A Shore" - "Ocean bez brzegów".