Jerzy Jarocki: Już mój debiut "Bal manekinów" Brunona Jasieńskiego (premiera: 1957 r.) na prowincji w Katowicach (zarazem dyplomowy spektakl absolwenta Wydziału Reżyserii) został zaproszony i pokazywany w Teatrze Polskim. Dzięki wiadomościom o tym występie umieszczonym w gazetach odezwała się do mnie narzeczona z lat gimnazjalnych. Niestety, a może na szczęście, jest zamężna i z dwojgiem sporych dzieci. Skończyło się na kawie i wspomnieniach.

Później już w ramach oficjalnych i regularnych Spotkań przedstawienia moje miały swoje anegdoty, przygody i przypadki. Wspomnę to z roku 1979 – "Sen o Bezgrzesznej" ze Starego Teatru w Krakowie. Nie mógł się zmieścić w Dramatycznym, gdzie zazwyczaj umieszczano gościnne przedstawienia, więc wybraliśmy wspólnie ze scenografem (Jerzym Jukiem Kowalskim) w dalszych segmentach Pałacu Kultury 5 połączonych ze sobą sal, gdzie ten spektakl-pielgrzymka mógł się rozgrywać. Jedną ze stacji tej pielgrzymki, której tematem był pokaz i wykład "O knucie" używanym przez ochranę carską do wykonywania kar cielesnych na więźniach politycznych – niby dość przypadkowo – umiejscowiliśmy w sali, nad drzwiami której przytwierdzona była tabliczka "Feliks Dzierżyński". Piszący o naszych występach krytycy dyskretnie pomijali tę okoliczność, nawet jeśli zauważyli nie wspominali tej zbieżności.

W drugiej połowie lat 70. przedstawienia, które przywoziłem z Krakowa i Wrocławia, były mocno ochraniane przez milicję, która strzegła wszystkich wejść do Teatru Dramatycznego przed studencką i licealną młodzieżą, która nie miała biletów, a chciała się za każdą cenę dostać się do środka. Odpowiednio gorące były dyskusje po przedstawieniach. Gdzie te czasy...?

Młodzi ludzie obojga płci obsiadali wszystkie przejścia, schodki, a także proscenium. Na "Matce" Witkacego (1972 r.) Marek Walczewski grający Leona chwycił jakiegoś przeszkadzającego mu chłopaka za kołnierz, pociągnął za sobą w głąb sceny, schował pod podłogę i kazał siedzieć cicho do końca przedstawienia. Dopiero na oklaski Walczewski wyciągnął go stamtąd do ukłonów.

Nie zawsze przyjmowałem zaproszenie na Spotkania. Niektóre przedstawienia wystawiane w niekonwencjonalnych miejscach bądź okolicznościach – moim zdaniem – nieprzekładalne były na wyjeździe. Np. "Kasia z Heilbronnu" (1994 r.), grana we Wrocławiu na dawnym Dworcu Świebodzkim przystosowanym do moich potrzeb przez Teatr Polski wraz z prawdziwą lokomotywą parową, która za każdym razem wjeżdżała na peron tuż za oknami dworca, była nie do powtórzenia i mimo nalegań komisji kwalifikacyjnej i przymiarek na dużej scenie Teatru Wielkiego Opery Narodowej ostatecznie zrezygnowałem z zaproszenia.

Innym razem (w ramach Międzynarodowych ST) próbowałem pokonać trudności, kiedy zaproszono do Warszawy "Zmierzch" Babla, który zrealizowałem Dramsko Pozoriste w Belgradzie (1979 r.). Grał tam, to znaczy biegał na lonży wokół sceny biały koń – ulubieniec Beni Krzyka. Tym razem udało się – wystąpił w Dramatycznym – wjechał na pierwsze piętro windą dla dekoracji, a w Krakowie, gdzie przy okazji też "Zmierzch" pokazywano, sam (z pomocnikami) wprowadziłem go po schodach dla publiczności obok obrazu Modrzejewskiej przez zabytkowe foyer, przez widownię i pochylnię na scenę Starego, gdzie po wieczornej próbie nocował za kotarami na przyniesionej słomie i z siankiem do zagryzania, by następnego dnia zagrać jak się patrzy.

Warto się jednak było wtedy potrudzić, pomęczyć, poharować. Ówczesna młodzież to dzisiejsze 40-, 50-latkowie – oni dzisiaj dzięki ówczesnemu ożywionemu życiu teatralnemu nie mieli takiej całkiem paskudnej młodości.

Na Warszawskie Spotkania przyjeżdżało – z małymi wyjątkami – to, co najlepsze: Swinarski, Wajda, Grzegorzewski, Lupa, Prus, Mądzik, Staniewski i inni.

30 X WST | Magdalena Raszewska | Instytut Teatralny | 39,90 PLN