JUSTYNA SOBOLEWSKA: Muzeum w tymczasowej siedzibie już zaczęło działać, właśnie ukazał się drugi numer waszego pisma, organizujecie pokazy i dyskusje. Czym będzie to muzeum, jaka będzie jego specyfika?

JOANNA MYTKOWSKA*: W Polsce nie ma muzeum sztuki nowoczesnej oprócz łódzkiego, poświęconego tradycji awangardowej. Zadaniem każdego muzeum jest gromadzenie kolekcji i prowadzenie badań, a te dwie rzeczy są w Polsce zaniedbane, więc musimy się tym zająć. Ponieważ kolekcji jeszcze nie mamy, będziemy pokazywać to, co dziś jest istotne w sztuce, i z tej perspektywy odnosić się do historii. A moment mamy bardzo sprzyjający, bo polscy artyści odgrywają w tej chwili ważną rolę na świecie. Dzięki temu muzeum ma szansę od razu zyskać międzynarodowe znaczenie, zwłaszcza że będzie to pierwsze takiego typu muzeum w Europie Wschodniej.

Ten region najbardziej was interesuje?

Tak się składa, że najbardziej interesująca sztuka rodzi się w miejscach, gdzie mamy do czynienia z transformacją. Czyli w krajach Europy Wschodniej, na Bałkanach, w Turcji. Chcemy się też zajmować Bliskim Wschodem, gdzie nie ma ani tradycji awangardowej, ani modernizmu w sensie europejskim. Już w marcu planujemy wystawę o filmie eksperymentalnym na Bałkanach, gdzie ten nurt zaistniał bardzo wcześnie, bo już w latach 50.

Co jeszcze będzie się działo w najbliższym roku?

Chcemy sprowadzić z muzeum Van Abbe w Holandii wystawę pod tytułem "Formy oporu, od Courbeta do dzisiaj", która pokazuje rozmaite formy zaangażowania w sztuce. Sensacją będzie to, że przyjedzie obraz Courbeta i Malewicza.

Będziecie się też zajmować momentem polskiej transformacji w 1989 r.?

W najbliższym roku rozpoczynamy seminarium prowadzone przez Claire Bishop z Royal College of Art w Londynie. Hasłem seminarium będzie właśnie 68/89, czyli dwie daty graniczne: 1968 - rewolucja kulturalna i zmiany w sztuce europejskiej, ale nie u nas. I 1989, data, która bardziej dotyczyła Europy Wschodniej. Chcemy zbadać, jak wydarzenia tamtego czasu wpłynęły na sztukę u nas i na Zachodzie.

I zaczynacie już tworzyć własną kolekcję...

...pierwsza praca, jaką zamierzamy kupić, to wideo czeskiej artystki Kateriny Sedy "Niczego tam nie ma". Opowiada ono o tym, jak Seda zmobilizowała całą wioskę na Morawach, by pewnego dnia wszyscy jej mieszkańcy robili dokładnie to samo. Scenariusz napisała im oczywiście sama artystka. To niezwykła praca, pokazująca, jak artysta może wymusić coś na społeczeństwie. A w kolekcji muzeum mamy już pracę "Papież" Piotra Uklańskiego i rękawice robocze w gablocie - dar Pauliny Ołowskiej. To zaczątek kolekcji.

A co do naszych planów na 2008 r., to jeszcze nie wszystko. Z TVP Kultura będziemy realizować wspólny program związany z organizowanymi przez nas wydarzeniami i podejmowanymi przez nas tematami. Z Instytutem Goethego zorganizujemy wykłady dyrektorów i kuratorów największych muzeów niemieckich, którzy opowiedzą o zmieniającej się roli muzeów. Ruszamy też z projektem edukacyjnym, który pomoże nam wychować sobie aktywną publiczność. Zaczynamy już od licealistów. Planujemy też popularyzatorski projekt związany z warszawskimi neonami. Kolekcja najciekawszych warszawskich neonów znajdzie się na T-shirtach. Mamy też nasz własny napis z żarówek zaprojektowany przez Paulinę Ołowską, który zawiśnie niebawem na naszej tymczasowej siedzibie na Pańskiej.

*Joanna Mytkowska, dyrektorka Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie

JUSTYNA SOBOLEWSKA: Czy ostateczny projekt Muzeum Sztuki Nowoczesnej będzie znacznie różnił się początkowej koncepcji?

CHRISTIAN KEREZ: Na razie trudno powiedzieć, jak wiele zmienimy. Czekam niecierpliwie na zakończenie negocjacji i na podpisanie kontraktu. Mam nadzieję, że nastąpi to jeszcze w tym roku lub na początku następnego. Dopiero potem będę mógł się skupić na właściwym projekcie. Natomiast przeformułowanie początkowego projektu to sytuacja normalna, brałem udział w konkursach, które wygrywałem, a później wiele zmieniałem: jeden z budynków początkowo miał być długi i szeroki, a po zmianach okazał się wąskim drapaczem chmur. Teraz, po rozmowach z Joanną Mytkowską, kiedy wiem więcej o programie Muzeum, o jego uwarunkowaniach, lepiej widzę, że trzeba wrócić do początku, do pierwszego pomysłu. Nie ma sensu zmieniać go po kawałku. Już lepiej wypracować nowy koncept. Każdy krok do przodu wymaga dwóch kroków do tyłu. Im lepiej rozumiem specyfikę tego muzeum, tym bardziej muszę rewidować swój projekt.

Czyli praca staje się coraz trudniejsza?

Przeciwnie, prostsza. Nienawidzę podejmowania decyzji, a im bardziej szczegółowe są wytyczne i wymagania, tym łatwiej mi decydować, co wybrać. Im więcej przeszkód, tym łatwiej jest znaleźć rozwiązanie. Najgorzej byłoby, gdyby budynek wyglądał dokładnie tak samo, jak projekt zgłoszony na konkurs. To tak, jakbym pojechał na kilka lat na wakacje i wrócił, kiedy budynek będzie gotowy. Nie jest też dobrze, kiedy każde nowe wymaganie nakazuje ci adaptować projekt do nowych warunków. Ja nie chcę tylko go przystosowywać, tylko ulepszyć, udoskonalić. Bardzo łatwo jest wymyślić koncepcję, można to zrobić bardzo szybko, ale zaprojektować budynek, który będzie funkcjonował i zachowa siłę początkowej idei - to jest naprawdę trudne. Mamy malutki fragment pracy za sobą i morze pracy przed sobą.

Określa się pana jako minimalistę.

Często redukuję rozmaite elementy architektoniczne, ale nie dlatego, że lubię estetykę minimalizmu, tylko dlatego, że chcę zintensyfikować przekaz. Jeśli mamy wiele różnych elementów, poszczególny fragment nie ma wielkiej siły. Jeśli się zmniejszy ich liczbę - stanie się mocniejszy. To mnie interesuje. Często minimalizm wiąże się ze skromnością i prostotą. To nie jest moja intencja. W moim projekcie domu z jedną ścianą, właśnie ta jedna ściana była niesłychanie skomplikowana, ponieważ definiowała całą przestrzeń. I o to właśnie mi chodzi, fascynuje mnie złożoność, a nie skromność i cisza.

Czy istnieje różnica w projektowaniu budynków publicznych - muzeów i szkół - i budynków prywatnych?

Nie ma żadnej. Istnieje różnica w skali, różnią się klienci, którzy zamawiają projekt, ale to są sprawy drugorzędne. Ostatecznie chodzi o to, by budynek miał sens jako architektura. Człowiek mógłby przecież kupić dom z prefabrykatów, a nie zamawiać projekt. Więc jeśli pracuję nad domem mieszkalnym, muszę wypośrodkować miedzy celami utylitarnymi i architekturą. Może dlatego zbudowałem tak mało budynków, bo to jest trudny i wyczerpujący proces. Nie chce powielać swoich pomysłów i powtarzać się. Tutaj w Warszawie szukam nowego wyzwania, nowego otoczenia, nowych warunków do pracy. To wszystko pomoże mi iść dalej, przekraczać samego siebie

Mieszka pan w domu, który sam pan zaprojektował?

Tak, ale nie projektowałem go dla siebie. Kiedy był gotowy, moja żona zadecydowała, że tam zamieszkamy. I teraz testuję własny projekt. Nawet po trzech latach jeszcze mi się nie znudziło mieszkanie w nim, nadal jestem zadowolony. To jest dom, który wymusza bliski kontakt z naturą, z otoczeniem, bo zamiast ściany posiada szklaną taflę wychodzącą na ogród. Otoczony przez stare drzewa czuję się nawet lepiej chroniony.

Jak odebrał pan konflikt wokół swojego projektu? Zdziwiły pana reakcje?

Jestem przyzwyczajony do krytycznych uwag. W Szwajcarii jeśli wygrywa się konkurs, dyskusja nad budynkiem odbywa się publicznie, a nie tylko wśród profesjonalistów. Przywykłem do publicznego krytycyzmu. Zwykle zresztą, kiedy budynek był już gotowy, podobał się ludziom. Być może oczekiwali czegoś innego, niż ja zaproponowałem, i potrzebowali czasu, by zaakceptować go, a nawet polubić. Ten proces stwarza też silną relację między publicznością i architektem. W efekcie ludzie mocniej identyfikują się z budynkiem, o którym dyskutowali. Czują, że mieli wpływ na jego wygląd. Zawsze lepiej, żeby ktoś mógł ujawnić swój sprzeciw, niż gdyby go ukrywał. Szanuję takie otwarte starcia. I mam nadzieję, że to wszystko wyjdzie projektowi Muzeum na dobre.

Christan Kerez - szwajcarski architekt, w lutym 2007 wygrał konkurs na projekt budynku Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie. Jego najsłynniejsze realizacje: kaplica alpejska w Oberrealta; Muzeum Sztuki w Vaduz; dom z jedną ścianą w Zurychu.