Jest takie powiedzenie: uważaj o co prosisz, bo może się spełnić. W pisanych od lat 50. aż do dzisiaj wierszach, które złożyły się na wydaną właśnie antologię "Miłość szczęśliwa i inne wiersze", Szymborska wyprosiła dla nas rzecz następującą: żeby miłość romantyczna stała się akceptowana społecznie. Udało jej się nawet więcej - miłość stała się społeczną koniecznością.

Oczywiście, nie sprawiła tego jedna Szymborska. Przed nią były na przykład Jasnorzewska i Poświatowska - żeby wymienić dwie największe spośród dwudziestowiecznych polskich specjalistek od miłości. Trudno mi sobie wyobrazić życie uczuciowe Polki, która nigdy nie czytała "Ciotek" Jasnorzewskiej oraz wierszy "Dworzec" i "Miłość szczęśliwa" Szymborskiej. A zresztą nawet jeśli któraś nie czytała, to i tak treść tych wierszy docierała do niej na tysiąc innych sposobów. Miłość jako największe pragnienie człowieka, miłość jako bunt wobec konwencji społecznych - to wszystko kiedyś można było wyczytać jedynie u wielkich poetów, ale już od dziesięcioleci jest treścią filmów, popularnych romansów, a ostatnio nawet reklam jogurtów i samochodów. Nie mówiąc o tabloidach, dzięki którym miłość zstąpiła pod strzechy, czy raczej na bruk. To one wybaczały księżniczce Dianie małżeńskie zdrady - skoro były to zdrady w imię miłości.

A wszystko zaczynało się bardzo niewinnie. Były wakacje, miałyśmy 12 lat i siedziałyśmy na huśtawce, czytając "Miłość szczęśliwą" Szymborskiej. Nauczyłyśmy się z tego wiersza, że miłość romantyczna musi być buntem, bo "co świat ma z dwojga ludzi, którzy nie widzą świata?". Ta wiedza literacka pokrywała się z innymi naszymi obserwacjami. Wśród rówieśników miłość była czymś wstydliwym i niczego tak się nie baliśmy, jak posądzenia, żeśmy się w kimś "zabujali". Zakochanie czyniło nas zależnymi, zależność była słabością - a słabość to największy powód do wstydu w tym szczenięcym wieku. Również rodzice i dziadkowie stanowczo sprzeciwiali się naszym amorom: nic dziwnego, wiedzieli, że słabość miłosna w tak młodym wieku mogłaby się okazać prawdziwą katastrofą.

Wiersze Szymborskiej utwierdzały nas w tym przekonaniu, że miłość jest buntem przeciw światu. Że jest cudem, który w gruncie rzeczy nie powinien się zdarzyć, i któremu zewsząd coś zagraża. Stąd u niej te złowieszcze refreny towarzyszące zakochanym: "serce jaskółki, zmiłuj się nad nimi". Od pierwszej nocy miłosnej zbiera się nad nimi czarna chmura. Na razie jeszcze jest zamknięta w snach, które dobrze się kończą: "A kiedy zasypiamy, w śnie widzimy rozstanie. Ale to dobry sen, ale to dobry sen, bo budzimy się z niego". Ale czy ludzie, którym nic nie grozi, śnią o śmierci? Ten zbytek szczęścia musi się skończyć. Dlatego niemal wszystkie historie miłosne u Szymborskiej pełne są rozważań o rozstaniu: "Był klucz i nagle nie ma klucza. (…) Z miłością, jaką mam dla ciebie, gdyby to samo się zdarzyło…".

I kiedy rzeczywiście się zdarzy, co będzie mogła zrobić zakochana dziewczyna, jak nie umrzeć? "Ona wstała, jak się wstaje. Ona chodzi, jak się chodzi. Nawet śpiewa czesząc włosy, które rosną" - ale przecież tak naprawdę jest już żywym trupem. W tym także doskonale się odnaleźliśmy: miłość jest największym szczęściem, ale miłość skazuje też na największe cierpienie - dobrze to wiemy. I komu z nas potem nie zdarzyło się "Niespodziane spotkanie": kiedy nagle, na jakimś rogu ulicy wpadamy na człowieka, którego kiedyś kochaliśmy - i następuje katastrofa. Kiedyś łączyło nas wszystko, teraz nasze spotkanie to "rozmowa dwóch krzeseł przy zimnym stoliku".

Wszystkie te cierpienia miłosne Szymborska opisuje dokładnie tak, jak je czujemy. A może to my zaczęliśmy tak czuć, czytając jej wiersze? Jej i jej starszych sióstr: Jasnorzewskiej, Poświatowskiej. Szymborska jest romantyczką, która pragnie miłości, ale uważa, że świat jest miłości przeciwny: świat, to znaczy społeczeństwo, natura ludzka i los. I buntuje się przeciw temu. Wszystkie jej utwory są w gruncie rzeczy wyrzutem czynionym światu, że nie może być piękniejszy, miłości, że nie może być wieczna, i nawet życiu, że nie może się nie kończyć śmiercią.

Nauczyliśmy się więc od niej, że miłość jest buntem. Ale kiedy dorośliśmy, okazało się, że sprawa wygląda nieco inaczej. Miłość szczęśliwa, to przestało być zabronione - przeciwnie, okazało się, że miłość szczęśliwa to jest właśnie normalne, a nawet konieczne. Właśnie tego się spodziewamy po życiu i tego wszyscy się spodziewają po nas. Nienormalne jest, kiedy miłość szczęśliwa się nie udaje. Nie tylko poeci, ale nawet gazety opowiadają bez przerwy historie wielkich namiętności, szaleństwem miłosnym szantażują nas wszystkie piosenki. Co świat ma z dwojga ludzi, którzy nie widzą świata - pytała Szymborska. Ale jeśli świat nic z tego nie ma, to skąd pisma promujące szalone i romantyczne śluby na spadochronie albo na karaibskiej wyspie? Skąd te przyprawiające o mdłości opowieści 30-letnich kobiet, jak to jedną chłopak zaprowadził do Łazienek, żeby oświadczyć się na ławce w obecności łabędzi, jak drugą wywiózł aż do Paryża i zaciągnął w tym celu na wieżę Eiffla? Skąd rytuał upijania się z byle kim co piątek w nocnym klubie, żeby przeżyć namiastkę miłosnego szaleństwa? Skoro miłość ma być buntem i łamaniem reguł, to czemu romanse są najbardziej popularnym gatunkiem filmowym i literackim? I czemu 18-letnie dziewczyny, które kiedyś by się wstydziły romansu przed ślubem, teraz wstydzą się dziewictwa? Czy nie jest tak, że wymodliliśmy sobie ten dzisiejszy świat - świat, w którym szaleństwo miłosne z owocu zakazanego stało się owocem nakazanym?

Więc to ciągłe dziecinne i romantyczne branie strony miłości - przeciw społeczeństwu, naturze ludzkiej i losowi - w końcu osiągnęło rezultaty? Więc poeci tacy jak Szymborska, ucząc nas, że tylko miłość uwzniośla człowieka i daje mu szczęście, w końcu przerobili nas w aniołów? Udało im się przeprowadzić rewolucję romantyczną. Ale, jak to bywa z rewolucjami wyzwolicielskimi, i ta skończyła się terrorem. A my, dzieci rewolucji, dostaliśmy w nagrodę za specjalne zasługi jeszcze jedno cierpienie: jeśli nie wychodzi nam miłość, to nie dość, że jesteśmy samotni - czujemy się dodatkowo wyrzutkami na marginesie społeczeństwa. Bo to, co kiedyś było buntem przeciw mieszczańskiej nudzie, stało się dzisiaj kwintesencją mieszczaństwa.

Bohaterka wierszy Szymborskiej jeszcze tego nie doświadczyła. Miłość jest dla niej tylko ucieczką od mieszczaństwa, a nie mieszczańskim imperatywem. Ale wielu innych pisarzy już dzisiaj opowiada, jak bardzo ten dzisiejszy terror miłości może być uciążliwy. Zwłaszcza kiedy pomyślimy, że Szymborska ma w gruncie rzeczy rację: o miłość tak naprawdę jest przecież trudno. Ale nie ma siły, trzeba ją wytrzasnąć, choćby z internetu, plaży, nocnego klubu i choćby na jeden weekend.

Wisława Szymborska, "Miłość szczęśliwa i inne wiersze", Wydawnictwo a5, Kraków 2007.