Zawsze się bałyśmy, że zostaniemy starymi pannami. Był to synonim nie tylko klęski, ale i dziwactwa. Pamiętam te mrożące krew w żyłach opowieści o starych pannach: że lata samotności nauczyły je skrajnego egoizmu. Że dla drugiej osoby nie są w stanie zrobić nawet kanapki. Że wpadają w depresję, gdy zdechnie im pies. I kiedy dochodzimy do trzydziestki i ciągle jesteśmy sami (a dotyczy to w równym stopniu mężczyzn), zaczynamy się zastanawiać, czy nie zaczynają się już u nas pojawiać pierwsze symptomy zdziwaczenia. Nawet w dzisiejszych wyzwolonych czasach w głębi duszy jesteśmy przekonani, że normalność możemy sobie zapewnić jedynie przez związek z drugim człowiekiem, stworzenie domu, wychowanie dzieci, etc.

Ale kto powiedział, że to jest właśnie normalność? W powieści "Lato przed zmierzchem" wznowionej po raz pierwszy od lat 70. Doris Lessing stawia dziwne pytanie: może nienormalna nie jest wcale samotność, lecz przeciwnie - życie dla innych? Może te wszystkie cechy, które składają się na rolę żony i matki: oddanie, poświęcenie, zdolność do kompromisu, zapominanie o sobie i życie sprawami innych, wcale nie świadczą o równowadze psychicznej i normalności - lecz przeciwnie, są dewiacją, kto wie czy nie gorszą niż spokojny egoizm starej panny?

Kate Brown, piękna i bystra angielska dziewczyna z dobrej rodziny, miała 19 lat i chciała rozpocząć studia językowe. Ale ponieważ poznała mężczyznę, rzuciła ambitne plany i, jak pan Bóg przykazał, poświęciła się urodzeniu oraz wychowaniu czwórki dzieci. Stała się sprawną panią świetnie funkcjonującego domu, doskonałą organizatorką, kobietą ciepłą, opiekuńczą, atrakcyjną i powszechnie podziwianą. I nigdy nie żałowała swojej decyzji. W dodatku, gdy pewnego lata z powodu wyjazdu męża i dzieci dostała pierwszy od 25 lat "urlop" z domu i postanowiła trochę popracować, okazało się, że rola gospodyni wcale nie zamknęła jej perspektyw. Przeciwnie - wyrobiła w niej umiejętności poszukiwane na rynku pracy. Nikt nie jest tak sprawnym organizatorem, na przykład konferencji międzynarodowej, jak gospodyni z 25-letnim stażem. Nikt nie ma w sobie tyle ciepła i cierpliwości koniecznych przy czuwaniu nad konferującymi jak matka, która wychowała czworo dzieci. Zresztą Lessing w ogóle dowartościowuje kobiecość - nie tylko dojrzałą, lecz także młodzieńczą. Dziewczęcy urok ułatwia spotkania biznesowe - dlatego na bankietach zatrudnia się hostessy. Kobiece ciepło i spokój dają poczucie bezpieczeństwa - dlatego stewardesami są kobiety. Krótko mówiąc: pozornie chłodny męski świat biznesu nie może się obyć bez kobiet.

Książka zapowiada się więc jako pełen optymizmu hymn pochwalny na cześć kobiecości. Ale kiedy Kate zaczyna oddalać się od domu (także fizycznie, wyjeżdżając z Londynu na konferencję do Stambułu, a potem do Hiszpanii z poznanym przypadkowo mężczyzną) i zagłębia się w siebie, z oczu powoli opada zasłona ułudy. Kate zdaje sobie nagle sprawę, że piękna umiejętność poświęcenia się dla innych, która przez lata wyznaczała jej wartość jako człowieka, tak naprawdę dawno została przez jej rodzinę odrzucona i wzgardzona. Ukochany mąż regularnie zdradza Kate podczas coraz dłuższych wyjazdów służbowych. Natomiast dzieci, kiedy dorosły i przestały potrzebować opieki, zaczęły się odnosić do matki z niechęcią i lekceważeniem. Ale, co najgorsze, ta opiekuńczość stała się jej drugą skórą, skórą, w której wcale się sobie nie podoba. I kiedy postanawia nawiązać romans z pewnym młodym Amerykaninem, nie potrafi wyzbyć się wobec niego odruchów macierzyńskich - co, jak łatwo się domyślić, psuje atmosferę romansu.

Krótko mówiąc, Kate zdaje sobie sprawę, że rola matki i żony zrobiła z niej "maniaczkę", wariatkę, która wszystkim się przejmuje, myśli wyłącznie o innych i nie ma własnego życia. Że przez 25 lat ani przez chwilę nie była sobą. Że nawet już nie pamięta, co mogłoby znaczyć "bycie sobą" w jej wypadku. Gorączkowo próbuje przypomnieć sobie ostatnie lato zanim spotkała męża. Wtedy była kimś innym… ale kim? I stwierdza z przerażeniem, że już wtedy nie była sobą, była kobiecością: ponętną dziewczyną, której biała kostka nie dawała spać mężczyznom.

Ostatecznie wychodzi na to, że Kate nigdy nie była po prostu człowiekiem. Teraz zdarza jej się to po raz pierwszy. Po skończonym romansie, zanim wróci do domu i męża, wpada w chorobę - jedną z tych modernistycznych chorób a la Tomasz Mann, których istotą jest głęboki kryzys osobowości. Przestaje dbać o siebie, chudnie, źle się ubiera i w ogóle robi sobie przerwę od zawodu energicznej gospodyni. Zamiast codziennie się krzątać i załatwiać sprawy prowadzi dialog z samą sobą. Wreszcie jest sobą, kobietą wyzwoloną. Efekt: wszyscy uważają ją za wariatkę - a i ona sama nie może na siebie patrzeć.

I na tym właśnie polega aktualność tej książki, która na pierwszy rzut oka może się wydawać przeterminowana. Ktoś mi powiedział, że Lessing pisze o problemach z lat 70. - bo przecież dzisiejsze kobiety już okrzepły w swoim wyzwoleniu, nauczyły się dzielić obowiązkami z mężem, a prowadzenie domu łączyć z pracą zawodową. Ale, kiedy się zastanowić, "Lato przed zmierzchem" wcale nie dotyka tylko tej jednej roli kobiet. I w ogóle nie dotyka jedynie kobiet. W swojej najgłębszej warstwie jest to książka o niemożliwości bycia sobą. I wcale nie o tym, że nie mamy czasu dla siebie, że ciągle coś nas rozprasza, ponieważ musimy być matką i żoną albo chodzić do pracy i zarabiać - z czego wyśmiewają się również dzisiejsi polscy literaci. Nie - to jest książka o tym, że tak naprawdę nie chcemy być sobą. Że panicznie się boimy samotności. Bo ostatecznie Kate postanowi wrócić do domu - a i pewna piękna młoda dziewczyna, z którą się zaprzyjaźni pod koniec swoich "wakacji", również zdecyduje się wyjść za mąż. To książka o tym, że najbardziej się sobie podobamy, kiedy wypełniamy role społeczne. Pełni energii, zapracowani, poświęcający się dla innych albo dla jakiejś pracy czy sprawy, jesteśmy atrakcyjni. Ale kiedy zatrzymamy się na chwilę - i nas, i innych wokoło ogarnia przerażenie.

Ale w "Lecie przed zmierzchem" znajdziemy też inne wątki, na przykład temat nowej młodzieży lewicowej walczącej z niesprawiedliwościami świata. Wątek, który mam jednak ochotę pominąć - nie wiadomo bowiem, czy służy on jedynie jako element fresku społeczeństwa brytyjskiego w latach 70., czy też ma jakiś związek z głęboką problematyką książki. Czy Lessing, w końcu pisarka walcząca, chciała dodać tu trochę aktualnej polityki, żeby obrazek Anglii w okresie przemian był kompletny, i dlatego (notabene z dobrodusznością Agaty Christie) pochyliła się nad obyczajami młodzieży? Czy też powód zamieszczenia tu historii pewnego nawiedzonego socjalisty był bardziej złożony? Może chodziło o to, żeby pokazać inny aspekt problemu oddania i poświęcenia: że młodzi poświęcają się ideologii tak, jak Kate poświęcała się rodzinie? Tak, to zestawienie ratowałoby spójność książki. Sęk w tym, że trzeba je wyciągnąć za uszy, bo w powieści napisanej przez Lessing tak naprawdę go nie widać.

Po lekturze siedmiu już czy ośmiu jej książek mam zresztą taką refleksję: jest to dobra pisarka, brak jej jednak tej iskry geniuszu, która pozwala z obszernej powieści stworzyć naprawdę spójne dzieło. A przecież w szkole nas uczono, że w sztuce ma chodzić właśnie o geniusz. Dlatego przyznam, że po lekturze tych wszystkich wybitnych noblistów, i Lessing, i Pamuka, mam jednak ochotę wrócić do Dostojewskiego.

p

Doris Lessing, "Lato przed zmierzchem", przeł. Barbara Rewkiewicz-Sadowska. Warszawa, WAB 2008