Tak właśnie dzieje się w nowym spektaklu: "Factory 2" z podtytułem "Zbiorowa fantazja inspirowana twórczością Andy’ego Warhola". Reżyser długo zwodzi i nudzi tu swych widzów, ćwiczy ich cierpliwość. Przez ponad pięć godzin proponuje luźno powiązane ze sobą improwizowane scenki, które często nie mogą nawet nabrać tempa. I dopiero pod koniec mocniej ingeruje w strukturę zdarzenia - by ponownie udowodnić własną reżyserską biegłość, nawet wielkość.

Krystian Lupa i Andy Warhol: na pozór trudno o bardziej egzotyczne zestawienie. Do tej pory kojarzyliśmy reżysera głównie z wielkimi scenicznymi freskami budowanymi z najpotężniejszych tekstów XIX- i XX-wiecznej kultury europejskiej - przede wszystkim z kręgu języka niemieckiego. Był Robert Musil, był - wielokrotnie - Thomas Bernhard, był Hermann Broch, były długie, często rozpisane na parę teatralnych wieczorów, spektakle-medytacje usiłujące łapać europejskiego ducha w chwilach przesilenia. Tym razem jest inaczej. Lupa (na pewno nieco demonstracyjnie) wychodzi poza krąg dotychczasowych inspiracji - niby znowu bierze się za historię o potencjale mitologicznym, mocno zakotwiczoną w naszej zbiorowej wyobraźni, lecz już z innej sfery, odsyłającą do innych skojarzeń. Oto w centrum widzimy papieża pop-artu: twórcę, który uświęcił konsumencki banał, owego amerykańskiego spryciarza, który przekonał, że sztukę można robić z najbardziej powierzchownych wyobrażeń kultury masowej.

I bierze Lupa Warhola z dobrodziejstwem inwentarza: mamy na scenie odtworzone wnętrze warholowskiej pracowni, słynnej Fabryki, z jej jednolicie srebrnymi ścianami, mamy samego Warhola (Piotr Skiba) w platynowej peruce spacerującego wśród różnych odmieńców. Mamy zresztą również nudę prowadzonych przez Warhola eksperymentów - dobrze przecież pamiętanych choćby z filmów w rodzaju "Sleep" lub "Blow Job". Tyle że nie w wyborze tematu zawiera się w gruncie rzeczy prowokacyjność "Factory 2". Ważniejsze wydaje się coś innego - to, że Lupa pierwszy raz od bardzo dawna nie konstruuje przedstawienia wokół figury silnego i wyrazistego bohatera, a bardziej interesuje go grupa, zbiorowość.

W "Kalkwerku", "Lunatykach", "Wymazywaniu" to bohater tłumaczył rzeczywistość. Raz był nim nadwrażliwy introwertyk, kiedy indziej zwykły buchalter, ale reguła nie ulegała zmianie - w najwybitniejszych dokonaniach Lupy to w głównej postaci przeglądał się świat, to mocno osadzona w sobie postać porządkowała sensy. W "Factory 2" - odmiennie. Warhol znika ze sceny na długie minuty, nawet gdy się na niej pojawia, sprawia (dokładnie jak swój pierwowzór) wrażenie niezdecydowanego i wycofanego. W efekcie uwagę widzów przejmuje warholowe otoczenie - zestaw artystów-dziwaków prowadzących ze sobą nieustanną grę, stykających się w serii (odtworzonych z większą lub mniejszą wiarygodnością) konfrontacji.

Ma to dwie konsekwencje dla budowy i znaczenia przedstawienia. Po pierwsze, rozpada się ono na fragmenty: poszczególne, w sporej mierze improwizowane etiudy nie napędzają dynamiki całości. Oglądamy je jako kalejdoskop ludzkich typów, a nie elementy składnej, spiętej dramaturgicznie akcji. Paul Morrissey, Gerard Malanga, Ultra Violet, Nico, Ondine - w świetnym, niemal pozbawionym fałszów wykonaniu Zbigniewa Kalety, Krzysztofa Zawadzkiego, Urszuli Kiebzak, Katarzyny Warnke, Adama Nawojczyka - działają, wchodzą w interakcje, powołują wielowymiarowe emocjonalne napięcia, a Warhol w tym wszystkim zachowuje dla siebie rolę zaledwie niezaangażowanego obserwatora.

I to prowadzi do konsekwencji drugiej: głównym tematem "Factory 2" staje się artysta, który porzuca swe tradycyjne przywileje. Już nie stwarza świata, nie odciska na nim własnego piętna, ale po prostu go obserwuje, czasem może silniej zaakcentuje któryś z jego aspektów, zwróci uwagę na to lub coś innego, na tego albo owego, lecz w istocie porzuca zaangażowanie dawnych artystycznych gigantów. Skądinąd jest w tym wymiarze w "Factory 2" intrygująca analogia między figurą Warhola a postawą samego Lupy, który także niejako zanika, opuszcza własne przedstawienie. Obserwuje je z oddali i dopiero w ostatniej części zaczyna na powrót w nie ingerować - po swojemu pohukując w mikrofon i pojawiając się na skraju sceny.

W zeszłorocznym "Na szczytach panuje cisza" Bernharda przygotowanym w warszawskim Teatrze Dramatycznym Lupa już o tym jakoś mówił. Wówczas w groteskowym tonie ironizował z mitologii umieszczającej artystę w apollińskim otoczeniu, do którego zwykli śmiertelnicy nie mają dostępu. Z mitologii, która czyni z artysty prawdziwego tytana, nawet stwórcę. Tym razem w swojej antyartystycznej prowokacji reżyser poszedł dalej: pytanie o sens artystycznego działania zawarł w samej strukturze spektaklu. To pytanie zwłaszcza o głęboki wymiar wysiłku aktora: czy w improwizacji, pozbawiony wsparcia reżysera, który narzuca rozwiązania poszczególnych zadań, aktor okazuje się prawdziwszy, ma szansę wyjść poza sztampę?

Lupa unika odpowiedzi zbyt łatwych. Przecież w końcu zaznacza w "Factory 2" swą reżyserską obecność, zresztą to właśnie wtedy przedstawienie osiąga najwyższą temperaturę. A więc może wyobrażenie o aktorze wolnym, bo samostanowiącym się, też jest mitem, jeszcze jednym postromantycznym artystycznym złudzeniem czekającym na obalenie? Lupa być może by się zgodził, pewnie chętnie, i w tym miejscu powalczyłby z artystyczną mitologią, chociaż równocześnie rosnący autotematyzm jego kolejnych przedsięwzięć sugeruje, iż w największym żyjącym polskim reżyserze teatralnym pokłady artystycznego egotyzmu wciąż pozostają niewyczerpane.

Stary Teatr w Krakowie. "Factory 2. Zbiorowa fantazja inspirowana twórczością Andy’ego Warhola", scenariusz, reżyseria i scenografia Krystian Lupa.