To nie jest książka dla fanów Jerzego Roberta Nowaka. "Pingpongista", najnowsza powieść Józefa Hena nie jest również lekturą dla zwolenników Jana Tomasza Grossa. Daleka jest od oskarżycielsko-histerycznego tonu jego "Strachu", choć i ona budzi groźnego demona: przypomina o polskim antysemityzmie, ale - jak cała dotychczasowa twórczość 84-letniego prozaika - nie wpasowuje się w żaden z popularnych nurtów. Pisarz nie ukrywa, że akcja powieści dzieje się w miejscowości, która mocno inspirowana jest Jedwabnem. Rozgrywa się dwutorowo: współcześnie, gdy Mike Murphy vel Michał Dembina przyjeżdża na uroczystości z okazji odsłonięcia upamiętniającego pogrom pomnika oraz w przeszłości, która nieustannie ożywa w jego głowie. Powieść bywa też frywolna, jedna z bohaterek to prostytutka. Jak to u Hena: bez patosu i zbędnych słów.

Jak to się dzieje, że ten pisarz potrafi przyciągać czytelników starszych, ale fascynuje także i młode pokolenie? Odpowiedź jest prosta. Hen unika prostych rozwiązań, a przede wszystkim wydawania kategorycznych sądów. Jak zawsze podczas swojej długiej i bogatej drogi twórczej. Konsekwentnie buduje solidną prozę. "Pingpongista" pozostaje tylko, i aż, rzetelnym literackim rzemiosłem. Powraca tu zresztą autor do czasów wojny, która stała się przyczynkiem do powstania jego najlepszych prozatorskich tekstów.

Nikt tak jak Hen o wojnie nie pisał, i nie pisze. Niewielu też pisarzy potrafiło ze swojej biografii uczynić materiał literacki.

O karierze pisarskiej autora "Pingpongisty" zdecydowały dwa wydarzenia. Pierwsze to debiut w 1933, gdy jako "Józio z Nowolipia" zaczął publikować w "Małym Przeglądzie" Janusza Korczaka. Miał lat... dziesięć. Już wtedy budził się w nim literacki bunt. Postanowił zostać powieściopisarzem, a nie tylko autorem drukowanych w piśmie dla dzieci listów-opowiadań. Drugie wydarzenie to rok 1952. Hen był oficerem Ludowego Wojska Polskiego, ale nie zamierzał wstępować do Partii. Do czasu: - Przyciśnięty do muru musiałem pójść do towarzyszki Heleny Zatorskiej po rekomendację. Ucieszyła się i spytała: "Widzę towarzyszu, że dojrzeliście do partii", a ja na to wyparowałem: "Nie, to partia wreszcie dojrzała do mnie". Zatorska wyrzuciła mnie za drzwi i tak się moje zapisywanie do PZPR skończyło.

Rok po tym zajściu nie był już w armii. Nie miał wyjścia, musiał kontynuować karierę pisarza. Odłożył karabin, chwycił za pióro.

Pisał książki wojenne, historyczne, wspomnieniowe, współczesne i biograficzne. Na rynku wydawniczym większość z nich radziła sobie znakomicie, choć dziś trudno poważnie traktować powieści w stylu "Yokohamy" - romantycznej historii Japonki zagubionej w Warszawie lat 70. czy kryminał "Twarz pokerzysty". Co i rusz udowadniał jednak Hen literacką klasę książkami ze swojego głównego, wojennego, w dużej mierze autobiograficznego nurtu.

Gdy pod koniec lat 70. zaczęło się zdawać, że Hen nie ma już nic do powiedzenia, narodził się jako pisarz na nowo. Odkrył dla siebie - jako literackie tworzywo - życiorysy innych. Tak powstały kolejno fascynujące życiorysy Michela de Montaigne, Tadeusza Boya-Żeleńskiego i króla Stanisława Augusta. Szczególnie książki poświęcone dwóm ostatnim, przysporzyły pisarzowi kolejnych czytelników, ale i wrogów. "To są wspaniali ludzie, na których ciążyły fałszywe zarzuty. Dlatego właśnie stworzyłem ich biografie, aby ich wybronić" - przyznaje dziś Józef Hen.

Czy "Pingpongista" jest kolejnym skutecznym sposobem na to, aby o pisarzu znów stało się głośno? Bez dwóch zdań, choć w żadnym wypadku nie można tego traktować jako motywacji dla powstania powieści. Po prostu, Hen chciał zabrać głos w sprawie, w której do tej pory milczał. Ten głos, jednak bez wątpienia kołatał się w nim przez całe lata. Głos Żyda, który czuł się Polakiem, a który mimo to, postrzegany był w swoim kraju jako obcy.

Hen tak mówi o swojej najnowszej powieści: "Pingpongistę" skończyłem dwa miesiące przed wydaniem "Strachu" Grossa. Piszę o tym samym, ale innym językiem. I osąd zostawiam czytelnikowi. Tak jak zresztą zawsze - należy dodać.

Bo Józef Hen to znakomity obserwator i świetny pisarz, który nie moralizuje, nie unosi się i nie krzyczy. Zawsze chce zrozumieć. I zawsze robi to z klasą.