Alfred Brendel właśnie rozpoczął swoją ostatnią europejską trasę. Do końca roku zagra we wszystkich ważniejszych salach koncertowych, m.in. Londynu, Paryża, Brukseli, Rzymu, Lizbony, Kolonii, Amsterdamu. Finał odbędzie się w Wiedniu. Wcześniej jednak ten jedyny pianista, który jest honorowym członkiem Filharmoników Wiedeńskich, zawita do Warszawy. W Filharmonii Narodowej wykona utwory swych ulubionych kompozytorów: Beethovena, Mozarta, Haydna i Schuberta.

Brendel, austriacki pianista urodzony w Czechosłowacji, dziś rezydent Wielkiej Brytanii, wyrastał w niemuzycznej rodzinie. Sam szybko zaczął komponować i mimo kursów u znanych pianistów tak naprawdę przez całe życie na własną rękę zdobywał wirtuozowskie szlify. Jego gra jest tak oryginalna jak on sam - nie tylko pianista, ale i malarz, poeta, autor wielu książek z pogranicza teorii muzyki. Właściwie muzyk-filozof, a nie wyłącznie muzyk. Przy czym filozofia Brendela jest szalenie prosta. "Pozostaję wierny kompozytorowi" - twierdzi od blisko 60 lat, bo tyle trwa jego kariera. I mniej więcej tyle lat krytycy na całym świecie starają się dociec, jak mu się to udaje.

Pożegnalnemu tournee Brendela towarzyszy ośmiopłytowy box "The Artist’s Choice Collection", wydany przez wytwórnię Philips, z którą artysta związany jest od dawna. Z czarno-białych okładek płyt patrzą na nas zza grubych okularów mądre, przenikliwe oczy Alfreda Brendela fotografowanego w prochowcu z beretką na głowie na ulicach Londynu. Te ujęcia przypominają nieliczne, choć równie wymowne podobizny Stanisława Lema. Jest bowiem we wzroku tych dwóch wielkich postaci coś niesamowicie zbieżnego. To wzrok tych, którzy wiedzą, o co chodzi. Lem - w kosmosie. Brendel - we wszechświecie muzyki.

Rok temu w Warszawie 77-letni Brendel dał recital. Beethoven, Mozart, Schubert, Haydn - dla wielu melomanów repertuar niewzbudzający większych emocji. Brendel - drobny jegomość w przydużym garniturze, utykając (od paru lat walczy z artretyzmem), podchodzi do fortepianu i bez zbędnych przygotowań, teatralnych gestów, budowania ciszą napięcia zaczyna grać. A jego gra jest tak naturalna i bezpośrednia jak jego wzrok z fotografii. Katarynkowy Mozart nagle zyskuje filozoficzny podtekst, a schubertowskie dłużyzny - poetycki wymiar. Nieporadny przed chwilą starzec zamienia się w pełnego siły artystę, który podaje słuchaczowi niezafałszowany, prosty i klarowny obraz kompozycji. I tą prostotą absolutnie podbija widownię. Ostatni akord, uśmiech i znów ciężka droga od fortepianu do garderoby, podczas gdy publiczność szaleje z zachwytu. Takiego Brendela pewnie zapamiętamy z ostatnich koncertów, których podczas swej niewiarygodnej i pełnej doskonałych nagrań kariery dał tysiące.

Ale dobrze by było, gdybyśmy go zapamiętali z jeszcze jednego powodu. W 1984 r. artysta dał na Uniwersytecie w Cambridge wykład pod znamiennym tytułem "Czy muzyka poważna musi być całkowicie poważna?", w którym z wdziękiem dowiódł, że wszyscy, którzy na kolanach podchodzą do interpretacji, tak naprawdę jej szkodzą. On sam spośród wszystkich ulubionych zajęć na pierwszym miejscu wymienia śmiech. Bo kto umie się śmiać, umie też czasem zapłakać. Umie być szczerym w swoich emocjach. I to się właśnie Brendelowi przez całe życie udaje.

p

Brendel wybiera to, co najlepsze

Dyskografia Alfreda Brendela zapełnić może wielki regał, a jego nagrodzone nagrania z pewnością parę półek. Tylko wytwórnia Philips, z którą związany jest od blisko 30 lat, ma w katalogu 80 płyt i albumów tego artysty, wśród nich przede wszystkim nagrania dzieł: Beethovena, Mozarta, Haydna, Schuberta, Schumanna i Schoenberga. Co jakiś czas Philips przypomina najlepsze koncerty Brendela. Pożegnalny box, który towarzyszy ostatniej trasie artysty, to jednak coś szczególnego, bowiem wyboru utworów, które się w nim znalazły, dokonał sam artysta. Czym się kierował?

"Nagrywam płyty nieustannie od 1952 r., w dodatku wiele moich koncertów było rejestrowanych i transmitowanych, i to wielokrotnie" - mówi Alfred Brendel. "Chcę jednak, by słuchacz wiedział, które z nich sam uważam za najlepsze bądź które według mnie zajmują w mojej dyskografii najpierwsze miejsce”.

W kolekcji artysty znalazły się tak nieśmiertelne beethovenowskie nagrania jak sonata "Waldsteinowska" czy IV koncert fortepianowy z Filharmonikami Wiedeńskimi pod batutą Simona Rattle’a, a także II koncert fortepianowy Franza Liszta z orkiestrą London Philharmonic pod kierownictwem Bernarda Haitinka i koncert D-dur KV 382 Mozarta z Academy of St Martin in the Fields i sir Neville’em Marrinerem. Nie zabrakło też fantastycznych interpretacji sonat Schuberta i Haydna nagrywanych na przestrzeni ostatnich 40 lat. I to nie tylko tych najbardziej popularnych.

p

Krzesimir Dębski, kompozytor: Alfred Brendel to marka wśród pianistów. Wielokrotnie polecałem jego płyty z najrozmaitszym repertuarem, bo to muzyk niezwykle otwarty, który może zachwycić słuchacza niezwykle szerokimi perspektywami. Należy pamiętać, że oprócz klasycznego repertuaru - utworów Mozarta, Beethovena, Haydna czy Schuberta - w jego bogatym repertuarze znalazło się spore miejsce dla muzyki współczesnej, choćby utworów Arnolda Schoenberga. Ja podziwiam go nie tylko za to, że z jego nagrań można stworzyć prawdziwą bibliotekę, ale też i za to, że przez te 60 lat na muzycznej scenie prezentował wciąż świeżą formę. To naprawdę niezwykły muzyk i niezwykła postać.

Marcin Król, historyk idei: Sztuka Alfreda Brendela jest absolutnie niezwykła. Ten pianista - w kontraście do wielu dzisiejszych wirtuozów kompletnie oszalałych na punkcie techniki - choć wybitny technicznie jest przede wszystkim arcywyrazistym interpretatorem. A o co tak naprawdę chodzi w słuchaniu muzyki? Są dwie podstawowe sprawy. Przede wszystkim jakość wykonania. Musi być bezbłędna, nienaganna. Ale tak naprawdę nie słuchamy muzyki po to, żeby mieć do czynienia z czymś nieskazitelnym. Taki efekt możemy uzyskać dziś za sprawą komputerów, możemy go wygenerować za pomocą specjalnych programów. Słuchamy muzyki dlatego, by usłyszeć interpretację. I pod tym względem Alfred Brendel jest niezrównany. Bardzo niewielu pianistów w konserwatywny sposób pozwalało sobie na tak wiele. Zaletą jego gry jest bezpretensjonalność, ale to bezpretensjonalność podparta ogromną wiedzą i niezwykłym talentem. Zdarzają się przypadki radykalnych dziwactw, ale posunięcie się w interpretacji do takiej czystości, do próby zrozumienia - przepraszam za wyrażenie - o co kompozytorowi chodziło, jest bardzo rzadkie. I ten rzadki atut ma właśnie Brendel.

Łukasz Borowicz, dyrygent: Najbardziej imponujące jest to, że Brendel całe życie jest sobą. Nigdy na nikogo nie pozował, nie chciał być atrakcyjny, nie pchał się na okładki, nigdy nie grał muzyki, która mu nie pasowała. Zawsze pozostawał w repertuarze mozartowsko-schubertowsko-beethovenowskim i osiągnął w nim niebywałą maestrię. W tej chwili nagrywa konsekwentnie cykl utworów Mozarta i w Philipsie pojawiają się nieprawdopodobnie wysmakowane płyty. Wśród nich najpiękniejsze w historii fonografii nagranie wolnej części z koncertu d-moll KV 466 Mozarta - w tym utworze Brendel nie ma i nie będzie miał sobie równych. To nagranie to praktycznie koniec świata, a jak gra niekończące się sonaty Schuberta, powszechnie uznane za trudne i nudne - dosłownie czas się zatrzymuje. Pierwszy raz na żywo usłyszałem go rok temu w Warszawie i to był koncert, który mną wstrząsnął. Szokujące było, że podczas tego koncertu nie wyszedł poza dynamikę mezzoforte - to było nieprawdopodobne eksplorowanie najniższych dynamik, cichego grania. Brendel ani razu nie podniósł głosu! Powiedział po cichu to, co miał do powiedzenia i miał w nosie, czy ktoś to usłyszy czy nie. To absolutne zaprzeczenie krzyku i tej "fajnoty", którą próbuje oczarować publiczność tak wielu pianistów. A jeszcze jak się dowiedziałem, że w wolnej chwili jest kolekcjonerem kiczu, to już w ogóle został moim bohaterem.