W zeszłym roku zagraliście trasę po Wielkiej Brytanii, teraz przyjeżdżacie do Polski w ramach ogromnego międzynarodowego tournée Greatest Hits. Przeżywacie drugą młodość, czy raczej żegnacie się z fanami?

Jean-Jacques Burnel: Wiesz, gramy nieprzerwanie od trzydziestu lat i na razie nie mamy zamiaru niczego kończyć. Nasze dwa ostatnie albumy „Norfolk Coast” i „Suite XVI” zebrały najlepsze recenzje w historii. Wróciło do nas wielu starych fanów, którzy byli zawiedzeni odejściem Hugh Cornwella i poszerzeniem składu do pięciu osób, ale przede wszystkim do naszej muzyki przekonało wielu młodych ludzi. Na Isle of Wight Festival mieliśmy znacznie lepsze przyjęcie niż Sex Pistols, a na T in the Park podziwiały nas zza sceny wszystkie nowe modne zespoły. Przetrwaliśmy próbę czasu i znów jesteśmy uważani za bardzo współczesny zespół. To, że sprzedaliśmy już miliony płyt i gramy trasę z największymi przebojami, wcale nie oznacza, że mnie nie obchodzi, co teraz dzieje się w muzyce i że nie mam ochoty konkurować z młodymi zespołami.

Myślisz, że do waszych obecnych sukcesów przyczyniła się moda na brzmienie nowofalowe i zespoły z końca lat 70.?

Oczywiście, znam na przykład chłopaków z Kaiser Chiefs, którzy przyznali mi się, że są wielkimi fanami The Stranglers. Wpływ naszej muzyki mogę dostrzec też u wielu innych zespołów, które podobnie jak my łączą gitary z syntezatorem. Jednak nasz zespół jako jeden z pierwszych w połowie lat 70. zdecydował się na takie rozwiązanie muzyczne. Wielu dziennikarzy i słuchaczy kiedyś krytykowało nas za to, ale wypracowaliśmy własne brzmienie, mieliśmy świetne piosenki, a dziś kolejne zespoły spokojnie mogą korzystać z tego dorobku w celach komercyjnych. Widzisz, dzisiaj brakuje artystów, którzy tak jak my mają odwagę podjąć ryzyko, brytyjskie zespoły wybierają zamiast tego bezpieczną drogę. A nasze zachowanie było wyniszczające, było komercyjnym samobójstwem, ale muzycznie zapewniało rozwój.

Mam jednak wrażenie, że np. w porównaniu z Sex Pistols, którzy startowali niedługo po was, nie obrośliście aż taką legendą?

Po prostu nigdy nie przepadały za nami media, które wolały promować Sex Pistols i The Clash. Nie pojawiliśmy się na okładkach magazynów, nie mieliśmy modnych ciuchów, nie udawaliśmy twardzieli i buntowników. A Sex Pistols to był zwykły boysband, jego członkowie wcześniej grali covery Monkees i nie mieli nic wspólnego z ruchem punk. Natomiast Joe Strummer z The Clash kiedyś wyznał mi po pijaku, że chciałby grać w The Stranglers. W drugiej połowie lat 70. mieliśmy w Londynie swoich wiernych fanów, którzy byli gotowi zabić każdego, kto podniesie na nas rękę albo skrytykuje. Szanowano nas w środowisku, a do tego sprzedawaliśmy więcej płyt niż Sex Pistols. Dowodem tego jest chociażby fakt, że to właśnie nas poprosiła o support Patti Smith oraz The Ramones podczas swojego pierwszego występu na Wyspach. Pamiętam, jak potem w jakimś klubie doszło do bójki – razem z kilkoma fanami The Stranglers tłukliśmy się z członkami The Clash i Sex Pistols. Teraz kiedy widzę jak ludzie umierają z nudów na koncertach Sex Pistols, czy jak Johnny Rotten reklamuje w telewizji mleko, to wiem, że wciąż są do niczego.

p

Skoro byliście tak ważnym zespołem, to dlaczego zostaliście pominięci w książce Jona Savage „England’s Dreaming”, która jest swego rodzaju punkową biblią?

Proszę cię, tylko nie mów mi o tym kretynie. Chcesz znać prawdę?! W 1977 roku skopałem mu tyłek w pubie Red Cow w Hammersmith. Elvis Costello i Nick Lowe, którzy byli przy tym, mogą ci potwierdzić, że mówię prawdę. Poszło o to, że napisał tekst na zamówienie wytwórni Rough Trade, która zabroniła propagowania naszej muzyki, twierdząc, że nasze teksty są faszystowskie, seksistowskie i nawołują do nienawiści. To był jakiś chory szczyt politycznej poprawności – zupełnie nie rozumieli, co mamy do przekazania i o co walczymy. Do dziś uważam, że mu się należało. I wcale nie zależało mi na tym, żeby znaleźć się w jego pieprzonej książce.

Gdy patrzysz z perspektywy lat, nie wydaje cie się, że bardziej niż z ruchem punk, jesteście kojarzeni po prostu z radiowymi przebojami „Golden Brown”, „No More Heroes” czy „Strange Little Girl”?

Posłuchaj, w latach 80. nasz wydawca – firma Sony, postanowił przetestować piosenkę „Golden Brown” na grupie wybranych słuchaczy. Spodobała się większości, jednak na pytanie o to, czy lubią też The Stranglers, odpowiadali, że nie. Nazwali nas bandą wykolejeńców, mówili, że jesteśmy odrażający, agresywni i działamy im na nerwy. To był efekt „czarnego PR”, jaki przez lata robiła nam brytyjska prasa. Natomiast dla mnie nazwa The Stranglers nie łączyła się z żadnym gatunkiem i modą, ale po prostu oznaczała wolność. Razem z moim zespołem zawsze robiłem to, na co miałem ochotę i odkrywałem nowe rzeczy. Graliśmy ostrzej na początku, potem mieliśmy masę przebojów, które trafiły na listy, kilka łagodniejszych, popularnych albumów jak „The Raven” oraz trudniejszych jak „The Gospel According to The Meninblack”, który nie odniósł sukcesu komercyjnego. Ale jeśli interesuje mnie jakiś styl, chcę napisać o czymś piosenkę, to zrobię to, bo tak mi się podoba. Postępuję uczciwie wobec siebie.

W ostatnich latach odczuwasz jakąś zmianę waszej pozycji na rynku i nastawienie w środowisku muzycznym? W końcu powróciliście np. do koncernu EMI.

Tak, ale w przypadku powrotu do EMI nie chodzi o to, że mamy do czynienia z korporacją, ale z nowymi ludźmi. Nie ma tam już tych, którzy w latach 80. rzucali nam kłody pod nogi. Propozycję konktraktu dostaliśmy od człowieka, który wcześniej pracował w niezależnej wytwórni. Miał do nas pełne zaufanie oraz pozostawił swobodę działania. Patrząc po sprzedaży ostatnich albumów, na wznowieniu naszej współpracy skorzystały obydwie strony i miejmy nadzieję, że będzie się ona jeszcze układała przez najbliższy czas – bo mamy zamiar nagrać przynajmniej jeden krążek. Wciąż co prawda pozostajemy gdzieś na uboczu, bez wsparcia wielkiej machiny promocyjnej, ale jak widać przez te 30 lat wcale jej nie potrzebowaliśmy.

Skoro już jesteśmy przy takim podsumowaniu waszej kariery, to powiedz mi na koniec – który z występów w Polsce wspominasz najlepiej?

Możesz mi wierzyć lub nie, ale zawsze dobrze nam się grało w Polsce. Pamiętam ubiegłoroczny występ na Przystanku Woodstock, bo jeszcze nigdy nie graliśmy tutaj dla tak dużej publiczności. Natomiast nigdy nie zapomnę jednej z naszych pierwszych wizyt w latach 80., kiedy nie doszedł do skutku nasz występ w Łodzi, ale kilka tygodni później trafiłem do Warszawy na zaproszenie takiego gościa, który nazywał się Grzegorz Brozowicz. Poznał mnie z muzykami Republiki, z którymi wykonaliśmy dla studentów Politechniki kilka utworów z repertuaru The Stranglers. Było niesamowicie. Zaprzyjaźniłem się też z Grzegorzem Ciechowskim i bardzo żałuję, że już nie żyje. To spotkanie na długo pozostało mi w pamięci, jak również cały weekend, który spędziłem wtedy w Warszawie – mieszkałem w eleganckim hotelu, zwiedzałem Pałac Kultury i wożono mnie po mieście trabantem.