Czy papież ukrywał przypadki pedofilii w Kościele? Tak twierdzi włoski dziennikarz Gianluigi Nuzzi, przytaczając w książce "Jego Świątobliwość. Tajne dokumenty Benedykta XVI" papieską korespondencję i poufne watykańskie depesze. Czy afera, jaka wybuchła po jej publikacji, przyczyniła się do ustąpienia Benedykta ze Stolicy Piotrowej? Na ten temat można jedynie spekulować. Można się również spierać, czy papież Franciszek naprawdę chce rozwiązać problem pedofilii w Kościele. Problem, którego symbolem stał się były nuncjusz apostolski na Dominikanie, arcybiskup Józef Wesołowski.

Odpowiedzialności zbiorowej nie ma, ale jest odpowiedzialność instytucji za działania osób - w tym przypadku duchownych - działających w jej imieniu. Odpowiedź na pytanie, kto ma zapłacić za terapię osób skrzywdzonych przez księży, przenoszonych z parafii do parafii, jest dla mnie jednoznaczna. Te koszty powinna ponosić instytucja, która ich tam posłała - nie ma wątpliwości ksiądz Wojciech Lemański, głośno mówiąc w książce Anny Wacławik-Orpik "Z krwi, kości i wiary" o grzechach polskiego Kościoła i problemach, których nie należy przemilczać. 

Odwołany w atmosferze skandalu były proboszcz z Jasienicy - najpierw kneblowany przez arcybiskupa Henryka Hosera zakazem występowania w mediach, a potem w świetle kamer usuwany z parafii i wysyłany na przymusową emeryturę - pokazuje, że jeszcze nie powiedział ostatniego słowa. Anna Wacławik-Orpik śmiało dopytuje go o szczególnie drażniące polskich hierarchów tematu, a ksiądz Lemański odważnie daje swojemu przełożonemu pretekst do rozszerzenia zakazu również na rozmowy z autorami książek.

Pytam: czy lepiej mieć księży podejrzanych lub oskarżonych o pedofilię i przenoszonych z parafii do parafii? Księży alkoholików, którzy się nie leczą, zawalają pracę duszpasterską, jeżdżą po pijaku? Księży, za których płaci się alimenty na ich dzieci? Czy może lepiej mieć parafie nieobsadzone, do których kapłan będzie dojeżdżał, żeby odprawiać tam mszę świętą - pyta ksiądz Wojciech Lemański.

Jestem zwolennikiem tego drugiego rozwiązania, nie ma co łajdactwa przykrywać serwetką - odpowiada od razu. - Taki uwikłany człowiek jest rakiem Kościoła. Wszyscy wiedzą o jego skłonnościach, o jego zachowaniach, o jego rodzinie, o jego majątku i nikt nie reaguje. Od takiego Kościoła ludzie odwracają się plecami - podkreśla.

Kościół z kolei - jak twierdzi ksiądz Lemański - zbyt łatwo odwraca się od osób, o które powinien zabiegać. Nie zabiega o odrzuconych, nie podejmuje dialogu z niewierzącymi, nie dba o skrzywdzonych, także o tych skrzywdzonych przez duchownych. Były proboszcz z Jasienicy, nieco złośliwie zwany przez znajomych księży "naczelnym Żydem diecezji" opowiada, jak uczył się szacunku do innych, jak przeżywał trudną posługę na Białorusi, mówi o chwilach zwątpienia, o pomocy i wsparciu, jakie otrzymywał od parafian, wreszcie o tym, jak odnalazł "swoich Żydów" i zaczął udzielać się w dialogu wyznawców chrześcijaństwa i judaizmu. Gorzkie słowa kieruje pod adresem biskupów, których brakuje na uroczystościach rocznicy zbrodni w Jedwabnem. Wspomina również, jakim wstrząsem dla niego był widok wyłożonego macewami parkingu przed siedzibą proboszcza w miejscowości Sobienie-Jeziory:

To było coś niepojętego, ja się bałem wejść na ten dziedziniec przy plebanii. Miałem kłopot z tym, żeby stanąć, żeby iść po tych nagrobkach, na których stały samochody. A jeszcze bardziej zabolało mnie, gdy zobaczyłem główki macew, które w ogródku proboszcza oddzielały grządki z marchewką i kwiatkami od ścieżek. A oni po tym chodzili, widzieli to każdego dnia. Ja sobie tego nie wyobrażałem, że tak można drwić z pamięci, z wrażliwości. (...) Jakby ktoś zrobił sobie parkan z krzyży cmentarnych, to przecież świat by się zawalił tego samego dnia. Sąsiedzi by go rozdrapali, a Episkopat napisałby list pasterski. A potem były bardzo spokojne rozmowy  tymi księżmi. Pamiętam tylko jedno pytanie proboszcza: "Ale po czym ja będę wjeżdżał do garażu?". To, to... Nie wiem, co powiedzieć.

Choć jest ostro skonfliktowany z arcybiskupem diecezji warszawsko-praskiej, choć przegrał to starcie i za karę został zesłany na emeryturę, choć Watykan odrzuca jego odwołania, ksiądz Lemański nie zamierza odpuścić. - Prawda pozostanie prawdą, bez względu na to, kto będzie o niej mówił. Czy papież, (...) czy Adam Michnik, czy ksiądz Lemański, czy Jerzy Urban. (...) Obiecałem sobie, że nie pozwolę nikomu złamać swojego sumienia - przyznaje w rozmowie z Anną Wacławą Orpik. Na grobie spalonych żywcem Żydów w jedwabieńskiej stodole założy jarmułkę, poprowadzi pielgrzymkę do Treblinki, na masowy grób 800 tysięcy osób, przeprosi za grzechy popełniane przez księży - choć jak zastrzega - nie w imieniu Kościoła, a jedynie swoim własnym. Wciąż pozostanie szarpiącym nerwy cierniem tkwiącym w grubej skórze hierarchów.

Anna Wacławik-Orpik, "Ks. Wojciech Lemański. Z krwi, kości i wiary", Agora 2013