Czy górale wciąż wierzą w magię?

Podczas badań do naszej książki, najczęściej spotykałyśmy się z historiami z przeszłości. Ludzie odszukiwali w pamięci to co matka im opowiadała, albo dziadek wspominał, więc zdecydowanie dotyczyło to przeszłości. Zdarzało się jednak, że słyszałyśmy o historiach, które zdarzyły się niedawno.

Jedna pani opowiedziała nam jak pewnego razu nie mogąc spać, obudziła się nad ranem, co ważne, w Wielką Sobotę. I wówczas zobaczyła, jak sąsiadka wylewa sąsiadowi na drzwi od stajni coś białego. Chwilę później okazało się, że krowy tego sąsiada zaczęły chorować i mężczyzna musiał się ich pozbyć. Nasza informatorka była więc przekonana, że sąsiadka rzuciła w ten sposób czar na zwierzęta, a ona była tego naocznym świadkiem.

Inna pani opowiedziała nam z kolei, że pracowała na kasie w kombinacie obuwniczym w Nowy Targu. Któregoś dnia przyszła klientka, która tak się na nią dziwnie popatrzyła, że ona nagle zaczęła mieć wysoką temperaturę, zaczęła ją bardzo boleć głowa i zrobiło jej się niedobrze. Wówczas koleżanka zabrała ją na zaplecze, kazał napluć na wewnętrzną stronę spódnicy i tym przetarła jej twarz. Dwie minuty później kobieta była już zupełnie zdrowa.

Czy obecnie zdarza się, że ludzie wciąż sięgają do takich magicznych praktyk?

Jeśli chodzi o magię i wiarę w jej działanie, to jest to już przeszłość. Internet, telewizja, edukacja robią swoje i trudno już dziś oczekiwać, że ludzie będą wierzyć, iż dźwiękiem dzwonu da się odpędzić burzę znad danej miejscowości. Mimo to dwa dni temu, miałam telefon od jakiejś pani z Małego Cichego, która dowiedziała się o naszej książce i zapytała mnie, czy nie znam kogoś, kto zajmuje się białą magią, ponieważ potrzebuje pomocy. Nie zdradziła co konkretne się stało, ja nie mogłam jej pomóc, bo faktycznie nie znam takich osób, ale sam ten telefon świadczy, że są jeszcze ludzie, którzy wierzą w magię i skuteczność jej działań.

Czy na Podhalu można wciąż spotkać szeptuchy, bądź znachorów?

Szeptuchy to termin z Polesia, u nas w górach spotkać można było guślarki bądź babki. Natomiast znachorzy owszem są. Gdy teściowa bolała ręka udała się do po pomoc do masażystki z jednego miasteczka, która jednocześnie potrafi także odczynia uroki. Tak więc jest to marginalne zjawisko, ale wciąż funkcjonujące.

Jak to możliwe, wiara w magię tak długo przetrwała wśród górali, którzy jednocześnie zawsze byli bardzo religijni?

Kościół od zawsze potępiał tego typu praktyki. Na pewnym etapie chrystianizacji, a mówimy tu o dawnych wiekach, musiał jednak w pewnym sensie przymykać oko na wierzenia ludzi, jednocześnie próbując zastępować je praktykami chrześcijańskimi. Przykładem może być zastępowanie świętych gai krzyżem, czyli wycinanie świętych drzew i budowanie w tym miejscu kościoła. Kolejny przykład to ustanawianie daty ważnego święta chrześcijańskiego, w dniu, w którym wcześniej odbywały się ważne praktyki pogańskie.

Jednak wierzenia w magię musiały być dość silne, skoro obok chrześcijaństwa przetrwały w jakimś sensie aż do XIX, czy nawet XX wieku.

To co przetrwało to tylko echa pradawnych wierzeń. Pewną cechą charakterystyczną magii górali Karpat jest to, że była ona silnie powiązana z religią. Wiele przedmiotów, stosowanych do magicznych zabiegów, musiało mieć kontakt z sacrum. Dlatego jeśli dziewczęta chciały szybko wyjść za mąż to po tradycyjnej, corocznej wizycie księdza (kolędzie), patrzyły kiedy tylko duchowny wstanie z krzesła, ta, która pierwsza usiadła na jeszcze ciepłym stołku, miała w pierwszej kolejności wyjść za mąż. Tak więc to krzesło nabierało magicznej mocy przez to, że siedział na nim ksiądz, czyli osoba, która ma bezpośredni kontakt z sacrum. Inna rzecz, bacowie starali się w dniu Matki Bożej Gromnicznej zdrapywać z podłogi wosk, który kapał ludziom ze świec. Służył on następnie do okadzania chorych owiec czy bydła na hali. Czyli znów nie mógł to być byle jaki wosk, tylko ten zabrany z kościoła. Jeszcze inny przykład to stuła. Bacowie starali się w nią zaopatrzyć i gdy owca złamała nogę, owijano nią złamaną kończynę wierząc, że dzięki temu zrośnie się szybciej. Magiczne znaczenie miała także hostia. Wierzono w to, że aby strzelba zawsze trafiała do celu, należy albo przestrzelić hostię, czyli dokonać świętokradztwa, co narażało śmiałka który się tego podjął na szereg niebezpieczeństw w tym wieczne potępienie, albo dodać kawałek hostii do naboju, którym się strzelało. Hostię trzeba było wykraść z kościoła, albo wynieść na języku, była to więc poważna sprawa, to nie były zabawy.

Czy w wierzeniach górali pojawiały się jakieś magiczne istoty?

Oczywiście, był na przykład płanetnik, czyli demon odpowiedzialny za niepogodę, burzę, grad i pioruny. Był on odpędzany ze wsi za pomocą poświęconego dzwonu. Był też upiór, istota półdemoniczna, dusza pokutująca zamknięta w martwym ciele, która błąkała się strasząc ludzi. Aby się ustrzec przed upiorem, należało rozsypywać wokół siebie ziarenka maku. Wierzono bowiem, że mak jako roślina z pogranicza światów, wywołująca tak zwaną małą śmierć, działa na demony. Upiór musi się więc zatrzymać, żeby pozbierać ziarenka maku, a my mamy wówczas czas na ucieczkę. Innym ciekawymi demonami są boginki, które porywają niemowlaki i podkładają w zamian swoje dzieci, zwane w gwarze góralskiej podciepami. Żeby ustrzec niemowlak przed porwaniem, należało wkładać do kołyski kwiaty dziurawca – tzw. dzwonki.

A co z czarownicami? Czy one pojawiały się w góralskich wierzeniach?

Miejscem związanym z czarownicami jest Babia Góra. Jej kopuła szczytowa nazywana jest Diablakiem, i właśnie pod nim, według wierzeń górali, znajdowała się tak zwana Hałeczkowa Polana, na której w nocy z 12 na 13 grudnia, czyli w wigilię świętej Łucji, miały zlatywać się czarownice na sabat. One dyskutowały, opowiadały o swoich dotychczasowych niecnych działaniach i zdawały relacje swojemu szefowi, czyli diabłu. Zbierały także zioła magiczne, zawierały nowe umowy, ucztowały, tańcowały do rana, niektórzy nawet mówią, że odprawiały orgie. Dziś tej polany już niema, zarosła kosodrzewiną, wiadomo jednak mniej więcej gdzie była położona. Innym miejscem, w którym spotykały się czarownice, było Babie Łono. Znajdowało się ono gdzieś w Tatrach, ale jego lokalizacja jest nie możliwa do odszukania na mapie.

Dlaczego akurat w nocy z 12 na 13 grudnia?

Wierzono, że wigilia Świętej Łucji to taki moment, w którym złe moce miały większą siłę oddziaływania, wzrastała magiczna moc czarownic, które właśnie tej nocy rzucały więcej czarów i uroków i odbywały swój zlot.

Wierzono więc także w magiczną moc ziół.

Oczywiście, wiele roślin ma właściwości lecznicze, co jest potwierdzone naukowo i obecnie medycyna również z nich korzysta. W dawnych wiekach ziołolecznictwo było podstawą lecznictwa, inna medycyna na wsi nie istniała. Lekarzy było niewielu, a nawet jeśli byli to bardzo drodzy. Poza tym lekarza wzywano dopiero wtedy, gdy sposoby domowe i znachorskie nie działały. Najczęściej okazywało się więc, że lekarz przychodząc do pacjenta nie był w stanie mu pomóc, ponieważ był za późno wzywany. Pacjent umierał, a ludzie skojarzyli sobie, że jak przychodzi lekarz, to będzie śmierć, lepiej go więc nie wołać, to może uda nam się chorego wyratować. Błędne koło. Znachorstwo było bardzo popularne, każda gospodyni na własne potrzeby suszyła zioła, ale byli też wiejscy specjaliści. Jednym z najbardziej znanych znachorów był baca Bulanda z Gorców. Żył na przełomie XIX i XX wieku i słynął jako najlepszych uzdrowiciel w tym regionie. Jego sława sięgała także poza granice, bowiem przyjeżdżali do niego ludzie z Wiednia, czy Berlina. Do dziś funkcjonuje szereg opowieści o jego talentach. Specjalizował się w szeregu chorób. Leczył wszelkie dolegliwości z wyjątkiem schorzeń wenerycznych i zakaźnych, po zdiagnozowaniu których, od razu wyrzucał pacjenta ze swojego szałasu, a następnie dokładnie mył ręce. Innym rodzajem chorób, z którym nie potrafił sobie poradzić były opętania umysłowe, czyli po prostu choroby psychiczne.

Czy spotkały się Panie z jakimiś specjalnymi wierzeniami, bądź wróżbami górali związanymi z Andrzejkami?

Na Spiszu wieczór w wigilie św. Andrzeja spędzano na wróżbach matrymonialnych przyrządzając trzy specjalne kluski z karteczkami w środku. Dwie kartki zawierały męskie imiona jedna była pusta. Podczas gotowania natychmiast wyławiano te kluskę która pierwsza wypłynęła na wierzch. Odnalezione wewnątrz imię wróżyło przyszłego męża. Karteczka pusta oznaczała staropanieństwo. Często wróżono losując przedmioty ukryte pod talerzami: wylosowany pierścień oznaczał rychłe zamążpójście, laleczka – nieślubne dziecko, mirt – dalsze panieństwo a różaniec życie zakonne. Wróżono także lejąc wosk lub ołów na wodę przez ucho dużego klucza

W „Czarach góralskich” zebrały Panie wiele magicznych praktyk, w jakie wierzyli górale. Jak udało się dotrzeć do takich informacji?

Poza źródłami w postaci archiwalnych pism i prac naukowych publikowanych przez naszych poprzedników, robiłyśmy także własne badania terenowe. Jeździłyśmy po różnych miejscowościach na Podtatrzu i w Beskidach Zachodnich, starając się spotykać z ludźmi, czasem tak po prostu w sklepie, na przystanku, czasem były to umówione spotkania z jakimiś starszymi osobami. Jednak dla mnie idealnym źródłem informacji były i są Koła Gospodyń Wiejskich. Lepiąc pierogi z paniami z Koła Gospodyń, albo przypatrując się, jak robią dywany na krosnach, wystarczy rzucić jakieś hasło, lub pytanie. I wtedy jedna pani zaczyna coś opowiadać, druga się dołącza, a kolejna zaprzecza, że to jednak inaczej było i one wspólnie, między sobą dyskutują na ten temat, w ogóle zapominając, że jest z nimi jakiś badacz. Przez to mam pewność, że nie opowiadają bajek na potrzebę badacza, tylko mówią faktycznie to, co wiedzą, pamiętają, co same zasłyszały. Weryfikacja następuje na miejscu.

Na okładce książki „Czary góralskie” znajduje się czarna dłoń. Czy ona ma jakąś magiczną moc?

Chcieliśmy, aby magia w tej książce zaczynała się już od okładki. Więc jeśli ktoś przyłoży do tej dłoni swoją rękę, lub potrze ją przez chwilę, jego oczom ukaże się ukryty wcześniej obraz.

U. Janicka-Krzywda, K. Ceklarz, "Góralskie czary". Magia Podtatrza i Beskidów Zachodnich, Zakopane 2014, wydawnictwo Tatrzańskiego Parku Narodowego