Anna Sobańda: Prawica czy lewica – kto ma mniejsze poczucie humoru?

Mikołaj Jaok Janusz: Zdecydowanie lewica, która często się zacietrzewia i jest bardziej kłótliwa. Wszelkie prawicowe organizacje mają swojego oficjalnego rzecznika prasowego albo osobę, która taką funkcję pełni i to ona w imieniu tych ugrupowań się wypowiada. Na lewicy zaś każdy jest sobie sterem, żeglarzem, okrętem i rzecznikiem prasowym. Wszyscy wchodzą w polemikę, często nie mając do tego większych predyspozycji. Biorą wszystko na poważnie, łatwo dają się trollować, kłócą się na maksa i sami się ośmieszają. Chyba mają mniejszy dystans do siebie.

A prawica?

Prawica jest mniej kłótliwa, ale ma oczywiście takie tematy, na które nie pożartujesz, czyli Kościół, religia itd. Ale na lewicy jest podobnie. Dla nich śmianie się z Kościoła i kleru jest ok, przechodzi bez problemu, ale śmianie się z mniejszości jest absolutnie zakazane. To, co krytykuje lewica, mieści się jej zdaniem w nawiasie dyskusji, ale już krytykowanie rzeczy dla niej ważnych, to obraza podstawowych wartości.

Lubicie śmiać się z radykałów. Znajdujecie ich po obydwu stronach?

Oczywiście i oni niczym się od siebie nie różnią. Mówienie, że radykalna jest prawica, to bardzo wygodny stereotyp. Ostatnio lewica cieszyła się z likwidacji profili Marszu Niepodległości, a przecież Ruch Narodowy nie nawołuje do nienawiści. Pamiętam nawet scenę, jak Witold Tumanowicz z Ruchu Narodowego podczas Marszu Niepodległości, odganiał od wozu TVN kibiców, którzy chcieli go dewastować. A że miał złamaną nogę, odganiał ich kulą, co wyglądało dość ofiarnie. Oni są dalecy od mowy nienawiści, zakazują faszystowskich symboli, choć dla TVN „Bóg, honor i ojczyzna” to hasło faszystowskie.

Jak to?

Była taka sytuacja, że reporterka TVN relacjonowała jakiś marsz narodowców i zapytana, jakie widziała hasła faszystowskie, odparła, że „Bóg, honor, ojczyzna”.

Jako Pyta.pl pojawiacie się na marszach, protestach i manifestacjach, prowokując ludzi. Czy za tym, co robicie, stoi jakaś filozofia, czy to jest po prostu wkurzanie dla wkurzania?

Chcemy ściągać maski. W każdym środowisku znajdzie się garstka ludzi, którzy ślepo, bez żadnej refleksji powtarzają różne hasła, często nie mając pojęcia, co one oznaczają. W książce podałem przykład faceta, który na marszu ateistów miał transparent z napisem „religia źródłem wszelkiego zła”. Zapytałem go więc, czy złem jest, kiedy giną ludzie - odpowiedział, że tak. Zapytałem, czy trzęsienie ziemi jest złe, bo przecież powoduje, że giną ludzie. Na to już jednoznacznie odpowiedzieć nie mógł. Okazało się, że hasło, które niesie, jest mocnym nadużyciem, w dodatku transparent nie był jego itd.
To „głupie” pytanie ma na celu wyrwanie ludzi z bezmyślnego powtarzania haseł, których nie rozumieją. Nie jesteśmy nastawieni tylko na ośmieszanie - kiedy ktoś potrafił ładnie i z twarzą wyjść z takiej sytuacji, również to pokazywaliśmy.

A z jakiego powodu upodobaliście sobie marsze, protesty i manifestacje?

Ponieważ na otwarciu supermarketu niczego byśmy nie zdziałali. Nie chodzi o to, żeby było dużo osób w jednym miejscu - muszą to być osoby o określonych poglądach, wśród których zawsze 5-10 proc. to radykałowie, czyli nasz target. Gdybyśmy poszli na koncert muzyczny, nie znaleźlibyśmy radykałów, tylko wyluzowanych ludzi, którzy zapewne też sobie chętnie pożartują. Natomiast polityka bardzo rozbudza emocje, a o emocje nam przecież chodzi. Na takich zgromadzeniach publicznych, które często są protestem przeciwko czemuś, emocji jest najwięcej, są najczystsze i podyktowane najgłupszymi pobudkami.

Myślisz, że do bycia radykałem trzeba mieć predyspozycje, czy każdy z nas w odpowiednich warunkach może się nim stać?

Ma to jakieś powiązanie z wiekiem. Ludzie młodzi są bardzo radykalni i później wraca to na starość. Grupa i jej charakter też mają duże znaczenie. Kiedyś kolega zabrał mnie na zgromadzenie młodzieżówki PO. Widać było, że tam już od najniższego szczebla ma miejsce kopanie dołków pod kolegami, konflikty, łapanie za słówka, rywalizacja.

Czy dla ciebie są jakieś granice prowokacji?

Na pewno staram się być łagodniejszy dla osób niepublicznych, szczególnie w przypadku wkrętów telefonicznych. Funkcja kontrolna mediów polega na tym, żeby sprawdzić, czy ktoś jest podatny na manipulacje i korupcję. Moim zdaniem, powinno się takie rzeczy sprawdzać i testować osoby z życia publicznego. Dobrze jest pokazać, jacy są naprawdę politycy czy celebryci, którzy stanowią wzór do naśladowania dla młodzieży. Natomiast tak zwanych szarych ludzi oszczędzamy i unikamy pakowania ich w kłopoty.

Kto był twoją ulubioną ofiarą wśród polityków?

Stefan Niesiołowski. Wkręcał się zawsze. Od niego powstała metoda „na Stefana”, czyli dzwonię i na pewniaka mówię „Cześć Stefan”, wkręcając mu, że się znamy. Kilka razy łapał się na nasze numery.

Nie poznawał cię po głosie?

Nigdy, i żeby było śmieszniej, nie odkładał słuchawki i można było nagrywać jego rozmowy. Kiedyś Stefan Niesiołowski był u fryzjera, po rozmowie ze mną nie odłożył słuchawki, więc nagrałem jakieś 30 min jego plotkowania. Nie użyłem tego jednak, bo wydało mi się to niemoralne.
Przez pewien czas świetnie wkręcał się też Jerzy Zelnik, który zawsze odbierał telefon i nigdy mnie nie poznawał. Z nim zresztą mieliśmy grubą akcję.

Jak już jesteśmy przy Jerzym Zelniku i grubej akcji, czy nie macie wrażenia, że wpuściliście starszego pana w maliny i to rzekome wydawanie kolegów było nie do końca przez niego uświadomione?

Nie, jestem w 100 proc. pewien, że Jerzy Zelnik wiedział, co robi. Barcisia podpierdzielił równo, a później opowiadał, jakie to z nas hieny i jak Kubie napluje w twarz. Tymczasem ostatnia rozmowa, jaką z nim nagrałem, a która nie ujrzała jeszcze światła dziennego, pokazała, że on doskonale wie, jakie świństwa robił w przeszłości. Sam o sobie mówił, że jest chujem i nieuczciwym człowiekiem. W dodatku ten facet, na którego donosił, w konsekwencji jego czynów musiał uciekać do Izraela, a podczas tej ucieczki zmarła mu matka. Zelnik miał to cały czas na sumieniu i gdy zadzwoniłem, było tak, jakby dzwonił do niego duch. Tymczasem rok wcześniej, po tym naszym głośnym numerze, w którym wystawił Barcisia, po mnie przejechano się porządnie. Spotykałem się z telefonami i mailami, w których pisano, co to mi nie zrobią, jak mnie złapią za to, że pomówiłem krystalicznie czystego aktora. A patrząc przez pryzmat ostatniej nagranej rozmowy, Jerzy Zelnik przez dwa lata regularnie sprzedawał swoich przyjaciół do SB, żeby ochronić swoją karierę aktorską. Oni tymczasem ponosili z tego powodu bardzo poważne konsekwencje zawodowe i prywatne. Uważam, że Jerzy Zelnik to człowiek bardzo niskiego sortu.

Jak wyglądał ten ostatni telefon?

Zadzwoniłem i podałem się za Kowalika, czyli faceta, na którego on donosił. Tylko tyle zdążyłem powiedzieć, bo po tym Jerzy Zelnik się rozgadał i zupełnie rozkleił. Mówił, że zachował się jak chuj, że był nieuczciwy. Ta rozmowa jest niezwykle emocjonalna, bo Zelnik dosłownie płakał do słuchawki, żałując za swoje błędy. Z tego wynika, że doskonale pamięta, co zrobił i ma świadomość, jakie to miało konsekwencje. Tymczasem w wywiadach opowiadał, że nieświadomie został wkręcony i tak w ogóle to nic z tego nie pamięta.
Uważam, że Zelnikowi się należy. Jeśli on mógł mówić, jakimi to jesteśmy hienami, którym należy pluć w twarz, to nie widzę powodu, dla którego ludzie nie mieliby poznać prawdy na temat Jerzego Zelnika.

Gdyby Zelnik uderzył się w pierś i przeprosił za grzechy sprzed lat, odpuścilibyście mu?

Tak, tymczasem on idzie w zaparte. Po numerze z Barcisiem bulwersował się, że zarzucanie mu czegoś takiego jest obrzydlistwem. Kiedy wyszła na jaw współpraca z SB, jego środowisko próbowało to wyciszyć, a jak się okazało, że się nie da, zaczął wszystko odkręcać. W swojej książce na przykład twierdzi, że to nieprawda, zapewnia, że był uczciwy. Mnie w jego autobiografii uderzyło też to, że zaledwie pół roku po śmierci żony przyznał się, że ją zdradzał. Pisał „proszę, wybacz mi” itd. A dlaczego nie mógł zrobić tego wcześniej, kiedy ona żyła, albo poczekać chociaż, aż się żałoba skończy? W tej książce w ogóle pełno jest patosu i bezrefleksyjnej bogobojności w stylu „mogę nagrzeszyć, a później pójdę do spowiedzi i mi wybaczą”.

Były osoby, które nie dały się wam wkręcić?

Marcin Hakiel na przykład. Jak się do Kasi Cichopek dzwoniło, to szybko się orientował, że jest wkręcany. Monika Olejnik też od razu wyczuwała ściemę.

Wśród celebrytów był ktoś, kto dawał Wam się łatwo wkręcać?

W książce opisuję sytuację moich rozmów z Juliuszem Braunem, ówczesnym prezesem TVP, który myślał, że kontaktuje się z kimś z kancelarii prezydenta Andrzeja Dudy. Smsowałem z nim przez 2 czy 3 miesiące, a w końcu załatwiłem mu dożynki prezydenckie w Spale. Często wkręcał się też Norbi. Marian Lichtman z Trubadurów napisał zaś dla nas piosenkę o edukacji seksualnej, sądząc, że zamawia ją u niego rząd.

Czy są takie numery, z których jesteś dumny i masz poczucie, że zrobiłeś coś więcej niż tylko dobry kawał?

Bywały takie dowcipy, które pozwalały nam zweryfikować, kto jakim jest człowiekiem. Na przykład przed wyborami prezydenckimi w Słupsku, gdzie kandydował między innymi Robert Biedroń. Postanowiliśmy, że podając się za jego sztab wyborczy, zamówimy w jednej z agencji poligraficznych w Słupsku plakaty z jakimś głupim hasłem. Zadzwoniłem, a kobieta po drugiej stronie mówi: „a tak, chodzi o te odblaski?”. Pierwsza zasada Pyty mówi zgadzaj się na wszystko, więc mówię „tak, chodzi o odblaski”. Od słowa do słowa okazało się, że sztab Biedronia zamówił odblaski zwierzątka przyczepiane do tornistrów. Powiedziałem wtedy, że pan Biedroń nie wstydzi się swojego homoseksualizmu i chciałaby pokazać to na znaczkach, na przykład przez dodanie symbolu fallicznego. Wyszły więc z tego odblaski w kształcie króliczka z penisem. Kiedy Biedroń się zorientował, mógł zrobić awanturę, bo pieniądze na to poszły z jego komitetu wyborczego. On tymczasem obrócił to w żart, napisał, że to fajny dowcip. Pokazał, że ma poczucie humoru i dystans.

A jak doszło do tego, że o mały włos nie uprowadziłeś posłanki Pawłowicz?

Było bardzo blisko. Kiedy Krystyna Pawłowicz powiedziała, że chętnie odbędzie szkolenie wojskowe, nie mogliśmy nie wykorzystać okazji. Zadzwoniliśmy do niej z taką propozycją, a ona nie dość że sama była chętna, to przygotowała listę polityków i państwowych urzędników, którzy wraz z nią byli gotowi poddać się szkoleniu z obronności. Pomyślałem wówczas, że faktycznie mógłbym ją wywieźć na musztrę gdzieś pod Warszawę. Powstrzymałem się jednak w obawie przed karą, jaka może grozić za uprowadzenie posła RP.

Dużym echem odbiła się też wasza akcja z Trynkiewiczem.

Tak, pokazaliśmy, jak tabloidy dla sensacji i pieniędzy są w stanie współpracować z seryjnym mordercą i gwałcicielem. Naczelny „Super Expressu”, sądząc, że rozmawia ze zwalnianym z więzienia Trynkiewiczem, zaproponował mu wydanie jego pamiętników. Po tej akcji, w ramach zemsty, „Superak” wyznaczył nagrodę 20 tys. złotych za zdjęcie kompromitujące Kubę Wojewódzkiego.
Jestem bardzo cięty na tabloidy. Michał Figurski, który jest moim kumplem, ostro skrytykował „Superaka” za to, że opublikowali na okładce zdjęcie dziewczynki, którą jakiś świr uderzył siekierą w głowę. Kiedy miesiąc później sam trafił do szpitala, paparazzi zrobili mu zdjęcie, a „Superak” je opublikował z przesłaniem: „dobrze ci tak”.
Jeśli mówimy o ważnych numerach, to załatwiłem też start w wyborach parlamentarnych Jerzemu Bralczykowi. Zadzwoniłem i zapytałem, czy byłby chętny, a on się zgodził. Napisał o tym jakiś portal, co przeczytali członkowie PSL i zaoferowali mu start z ich listy.

Mieliście moc sprawczą.

Tak, mogliśmy niemalże obalać rządy (śmiech).

Faktycznie zadziały się numery tak mocne, że Kuba Wojewódzki kazał wam ryglować się w studio, żeby nikt z szefostwa nie zdołał ich przerwać?

Tak, zdarzało się. Mikołaj Lizut zawsze podlizywał się środowisku aktorskiemu, więc na przykład kiedy mieliśmy numer z Jandą, padło hasło: „szybko, puszczać to, zanim Lizut się zorientuje” (śmiech).

Czy swoimi żartami zamknąłeś sobie jakieś drzwi?

Obraził się na mnie śmiertelnie TVN. Byliśmy jakiś czas temu z chłopakami z Pyty w „Dzień dobry TVN”, gdzie przed nami występował syrenek Ariel. To jest dwudziestoparoletni facet, który myśli, że jest syrenką. Siedział na kanapie w sztucznym ogonie i kiedy skończył opowiadać, techniczni przenieśli go i posadzili koło mnie. Nie mogłem więc sobie z niego nie pożartować. Kiedy weszliśmy na antenę, Dorota Wellman powiedziała, że musimy przeprosić syrenka Ariela, że się z niego nabijaliśmy. Powiedziałem więc: „przepraszam cię Ariel, zaproszę cię na basen, a później na filety”. No i jakoś strasznie to stację zabolało.

Za syrena masz bana na cały TVN?

Nie tylko za syrena. Na pewno przyczyniły się do tego przejścia z TTV. Pracowałem tam na samym początku, kiedy formatowali tę stację. Powiedzieli mi wówczas, że ma to być niegrzeczna telewizja, a nie TVN dla Polski B. Wymiękłem, kiedy wysłali mnie do Częstochowy na zrobienie materiału o szpitalu, który rzekomo miał być do dupy, bo rodzice wezwali karetkę, ona nie przyjechała i ich dziecko zmarło. Sytuacja jednak nie była czarno-biała. Rodzice, którzy byli pod wpływem alkoholu, nie powiedzieli, jak poważny jest stan ich dziecka, dlatego szpital nie wysłał standardowej karetki. W dodatku kiedy zbierałem opinie wśród ludzi, na 40 osób 35 powiedziało, że w tym szpitalu wszystko jest ok, dwie powiedziały, że rzeczywiście jest do dupy, a trzy że pół na pół. W swoim materiale finalnym zobaczyłem tylko te dwie wypowiedzi negatywne i po pół wypowiedzi osób, które były niezdecydowane. To był tak perfidnie pod tezę zrobiony materiał, że postanowiłem trzasnąć drzwiami.

Zaczynałeś od twórczości niezależnej, a później przeszedłeś do radia i telewizji. Czy to było bolesne zderzenie z rzeczywistością?

Trochę tak, choć różnie to wyglądało w różnych redakcjach. W Rock Radio na przykład mogłem robić, co chciałem. Jak mieliśmy nagrane coś grubego, to puszczaliśmy to jak najszybciej. Z kolei w Antyradio słyszałem, że mam robić, jak uważam i że ma być grubo, ale jak dochodziło co do czego, to się okazywało, że to jest radio rozrywkowe i w tych ramach mamy się trzymać. Nie wolno było na przykład zadzierać z władzą, bo korporacja stara się o przedłużenie koncesji. To tworzenie pozorów niezależności, przy jednoczesnym dochodzeniu do ścian, uderzyło mnie najbardziej. Nie czułem się jak wolny dziennikarz. Nie podobał mi się też podział na role, że jak robisz rozrywkę, to nie zajmujesz się poważnymi tematami. Ale dlaczego? Przecież rozrywka też może służyć poważnej sprawie.

Na rynku właśnie ukazała się twoja książka "Pyta.pl polowanie na frajerów". Co cię skłoniło do jej napisania?

Skłonił mnie chyba brak asertywności – zaproponowali i nie potrafiłem odmówić. A tak na poważnie, to wiele osób pytało mnie o warsztat – jak rozmawiać z ludźmi, żeby wydobyć z nich to, co widać w naszych nagraniach. Ludzie byli ciekawi, czemu to wszystko robimy i robiliśmy, czy kieruje nami przypadek, czy to część jakiegoś planu. Pytali o kulisy rozmaitych głośnych akcji, o to, co z tego jest prawdą, jakie stoją za tym historie. A kiedy odpowiadałem, często słyszałem, że warto byłoby kiedyś to spisać. Spisałem więc i już nie muszę opowiadać tych historii, tym bardziej, że upływ czasu mógłby wypaczyć relacje z ich przebiegu. Teraz mogę odsyłać wszystkich zainteresowanych do książki.