Dla pana jako pisarza śmierć jest czymś pociągającym?

Śmierć może być fascynująca. Ale z biegiem lat coraz bardziej jestem zafascynowany życiem. To, że umieranie wydaje się tak interesujące, spowodowane jest tylko jego nierozerwalnym związkiem z naszym istnieniem.

"Taniec Victorii" skupia się na życiu i śmierci głównego bohatera. Przede wszystkim jednak na śmierci, bo przez caą powieść podąża za nim wynajęty morderca.

Talent pisarza można poznać po tym, w jaki sposób pisze o umieraniu. Jeśli robi to tak, że śmierć bohatera wywołuje strach i cierpienie zbliżone do tego, które wiążemy z własnym umieraniem, świadczy to o jego biegłości. Jeśli czytelnikowi nie zależy na postaci - wtedy zarówno upadek, niepowodzenia, jak i śmierć bohatera są mu zupełnie obce i obojętne. Robert Frost mawiał: "Jeśli pisarz nie wylewa łez, nie wyleje ich czytelnik. Jeśli pisarz nie jest zaskoczony, nie będzie zaskoczony i czytelnik". "Taniec Victorii" to jednak nie powieść o śmierci, ale historia, w której celebruje się miłość, życie i jego ironię.

Dlatego właśnie przemoc w pańskiej książce różni się od tej przedstawianej przez innych południowoamerykańskich autorów?

Przemoc i moralna zgnilizna panoszą się w literaturze latynoamerykańskiej. Prawda jest taka, że cierpienia i ludzkie tragedie są takim samym elementem codzienności jak muzyka, śpiew i taniec, jak pisanie i praca, marzenia i gra w piłkę nożną, uprawianie miłości i walka o sprawiedliwość oraz wolność. Życie jest złożone, to nie tylko wypełnione przemocą przedstawienie. Niektórzy latynoamerykańscy pisarze zbliżają się stylem do dziennikarstwa. Pisząc, dostarczają ludziom kolejnej dawki prawdziwej, naturalistycznej przemocy, jaką ci ostatni znają z codzienności. Wpadają w pułapkę, która nie pozwala im pokazać piękniejszych stron życia. Nie ukrywam, że i ja pracując nad "Tańcem Victorii", miałem z tym problem.

Jorge Franco, Paulo Lins czy Fernando Vallejo pokazują swój kontynent jako najmroczniejsze miejsce na ziemi. Pan się temu sprzeciwia. Dlaczego?

Osoby, o których pan wspomina, to akurat znakomici pisarze. Franca i Linsa znam osobiście, i muszę przyznać, że posługują się bardzo przekonującym stylem. Ale nie cała nasza kultura jest mroczna. Proszę zwrócić uwagę na przykład na brazylijskie filmy, choćby "Dworzec nadziei" Waltera Sallesa, posłuchać muzyki Toquinha, Gilberta Gila czy Miltona Nascimento, spojrzeć na obrazy Fernanda Botero albo obejrzeć film "Cudowne Candeal" Fernanda Trueby. On pokazuje, jak muzyka potrafi uchronić ludzi przed przestępczym życiem w brazylijskiej Bahii. Nie ma mowy o jedynym słusznym sposobie pisania i mówienia o Ameryce Południowej. Każdy z pisarzy i artystów ma swój styl. Żadnego nie będę negował.

Próbuje mnie pan przekonać, że południowoamerykańscy twórcy wcale nie są pesymistami. Jednak nawet czytając paską ksiąkę, przeczuwa się, że ona nie może się dobrze skończyć.

Urodziłem się w Chile, dalekim kraju w Ameryce Łacińskiej. Dorastałem w raju, choć żyło mi się tam bardzo ubogo. Cieszyłem się demokracją, zniewalającym oceanem, potężną cordillerą, wspaniałymi poetami i muzyką Violety Parry. Wierzyłem w ludzi i przyszłość. I nagle nastąpił krwawy wojskowy przewrót, a wraz z nim w codzienne życie wkroczyła przemoc, cierpienie i śmierć. Tak jak wielu Polaków w niewesołych czasach opuściłem swój kraj i zamieszkałem Berlinie Zachodnim. Teraz znów żyjemy w demokracji, ale ja wciąż pamiętam, że ta demokracja została okupiona śmiercią wielu ludzi. Jestem im dozgonnie wdzięczny. W mojej powieści jest podobnie. Victoria to wrażliwa nastolatka. Jej ojciec został zabity przez tajną policję Pinocheta. Dziewczyna wie, że poświęcenie ojca musi przekuć w energię, która pozwoli jej dalej żyć, tańczyć, kochać, marzyć. I wtedy spotyka dwóch mężczyzn, którzy darzą ją uczuciem. Książka pokazuje radość, jaka płynie z bycia razem, z dzielenia życia z ludźmi, których się kocha. Niestety przeszłość to mocarna i nieprzejednana bestia. Nie można zapomnieć, że Pinochet zmarł na wolności, wprawdzie osądzono go, ale za kratki nigdy nie trafił. Powieść stanowi więc metaforę życia, w którym nie liczą się tylko dobre intencje.

Czy literatura powinna wytykać różnice w społeczeństwie, które pojawiają się pod wpływem historii? W pańskiej książce powodem podziałów są zarówno miłość, zbrodnia, jak i polityka.

Dzisiejsze Chile to kraj demokratyczny. Odzyskaliśmy spokój, zdrową ekonomię, eksportujemy wina i miedź. Ale droga do tego spokoju i stabilizacji była trudna. Zaakceptowano i przyswojono wiele praw rządzących krajem za czasów Pinocheta. Wielu ludzi, którzy wówczas łamali elementarne prawa człowieka, wciąż ma władzę. Potrzebujemy reform i uzdrowienia życia politycznego, edukacji i bardziej demokratycznej konstytucji, bo nadal obowiązuje ta ustanowiona przez Pinocheta w 1980 roku. Politycy mówią: zapomnijcie o przeszłości, czas spojrzeć w przyszłość. Z jednej strony dobrze, że tak mówią. Ale przecież chilijskie kino, muzyka, poezja, dziennikarstwo, a nawet edukacja są głęboko zakorzenione w przeszłości. Nie zapominamy o tym, co było. Pokazujemy prawdę naszym rodakom.

Czy w takim razie "Taniec Victorii" to opowieść o tym, jak Chile wraca do normalności po czasach rządów Pinocheta?

Nie. "Taniec Victorii" to fikcyjna opowieść o wyjątkowych osobach, które żyją w wyjątkowy sposób w kraju, który bardzo przypomina Chile. Ale nie jest to Chile pojmowane tak, jak wygląda teraz, nie jest pokazane od realistycznej i socjologicznie prawdziwej strony. To Chile widziane oczami prozaika, który kocha kraj, rodaków i podąża wraz z nimi przez ich życie. Aż do samego końca.

Ale przecież w pańskiej powieści bardzo widoczna jest moralna ocena historii Chile. Zdaje mi się, że to było dla pana istotne.

Ma pan całkowitą rację, ale proszę nikomu o tym nie mówić (śmiech).

Historia głównych bohaterów zdaje się być niczym w porównaniu do historii kraju. Mimo to potrafi pan pokazać, jak wpływają na nią małe ludzkie trybiki. Tak bardzo wierzy pan w zbawczą rolę jednostki?

Staram się pokazać życie z punktu widzenia osoby, która nie posiada żadnej władzy albo dysponuje nią w bardzo ograniczonym zakresie. Są przecież ludzie, którzy nic poza swym ciałem i godnością nie mają światu do zaoferowania. Mój bohater, karabinier Zuniga, zdaje sobie sprawę, że tacy jak on dręczyli zwykłych ludzi, dlatego czuje moralny przymus naprawienia szkód wyrządzonych przez instytucję, której część stanowił. To się wiąże z pańskim poprzednim pytaniem o moralną ocenę. Moralność istnieje, o ile postępujemy moralnie, kiedy nie są to tylko puste słowa. Ludzie na całym świecie ryzykują, walcząc o sprawiedliwość, wolność, ochronę natury przed jej bezsensowną zagładą. Rozumiem moralność tak, jak przedstawił ją Bertrand Russell w "Szkicach sceptycznych": "Mamy w rzeczywistości dwa rodzaje moralności jeden obok drugiego; jeden który głosimy, ale nie praktykujemy i drugi który praktykujemy, ale nie chcemy o nim mówić".