18 września minęła 102. rocznica urodzin Garbo, najbardziej nieśmiertelnej gwiazdy śmiertelnego kina. Zapomnieliśmy większość filmów z jej udziałem, ale samej Garbo zapomnieć się nie uda. Ile w końcu kino, na przestrzeni lat, podarowało nam podobnych obiektów kultu? Dietrich, Brando, Monroe... Ale nawet w tak niezwykłym dream-teamie Garbo od początku była inna. Wyróżniała się czymś, co wymyka się słowu - charyzmą, która unika dookreśleń.
Wystarczyła sama jej ekranowa obecność, żeby wszystko inne przestawało mieć znaczenie. Mit Garbo stał się esencją szlachetnego kina, jednym z niewielu tak trwałych logotypów X Muzy.

Wydana właśnie książka Barry’ego Parisa (krytyk związany m.in. z "New Yorkerem") "Garbo. Abdykacja królowej" próbuje zedrzeć tajemnicę z pięknej twarzy gwiazdy. Ale im więcej autor przytacza faktów, nieznanych szczegółów i anegdot (także stawiających Garbo w fatalnym świetle), tym głębiej utwierdzamy się w przekonaniu o jej wyjątkowości.

Pomiędzy najważniejszymi rolami a ostatnim westchnieniem toczyło się także mniej czy bardziej banalne życie niezwykłej dziewczyny, kobiety, w końcu staruszki. Paris nie odpuszcza Garbo żadnej skazy na charakterze, nie daje jej intelektualnej taryfy ulgowej. Pokazuje aktorkę saute: jaka była naprawdę, jaką - być może - nie chciałaby być. Odchodziła przecież w szczytowym momencie kariery. Zbyt krytyczna w stosunku do ostatnich ról, przedwcześnie zgorzkniała. Nigdy nie zrozumiała, na czym polega jej fenomen, nie dociekała przyczyn sukcesów ani porażek. Dawała się po prostu nieść prądowi życia. Czasami na rękach, częściej na kolanach.
"Garbo. Abdykacja królowej" jest historią korpulentnej, dosyć ładnej, biednej dziewczyny, której - począwszy od przypadkowej fotografii na folderze reklamowym - udało się natychmiast zareklamować całe życie. I życie nigdy nie złożyło reklamacji. Była to, przynajmniej do pewnego momentu, egzystencja w pędzie, do utraty tchu - ale jednocześnie hollywoodzka dezynwoltura, najpiękniejsze przyjęcia i kreacje były przez Garbo nieustannie postponowane. Unikała widzów, nie rozdawała autografów, bała się histerii i uwielbienia. Siebie też się bała. Paris pisze: "Nikt nie mógł sprostać tej kobiecie, której tajemnica kryła się w erotycznej podświadomości widzów".

Fascynowała, bo była inna
O czym naprawdę myślała Greta Gustafsson w trakcie wielogodzinnych, samotnych spacerów po ulicach Nowego Jorku, które u schyłku życia robiła regularnie, nawet kilka razy w tygodniu? W ciemnych okularach, stara i smutna, przemierzała, krok za krokiem, doskonale znane szlaki bardzo dawnych sukcesów i niedawnych porażek. Nareszcie była incognito. Nikt nie mógł przecież jej rozpoznawać w zniszczonej jesionce, wytartych portkach i banalnym kucyku, spinającym od dawna siwe włosy. Nawet paparazzi by się nie nabrali.

Czy myślała o największych aktorskich triumfach: "Grand Hotelu" (1932), "Macie Hari" (1931), "Annie Christie" (1931)? Może wspominała swojego pierwszego mentora i odkrywcę Mauritza Stillera albo romanse z Louise Brooks, Mercedes de Acostą, z fotografem Cecilem Beatonem? Mam nadzieję, że Garbo tylko patrzyła przed siebie. Mijała świat, który nie był już jej światem. Wieżowce, parki i mosty oraz ludzi, dla których od dawna była mitem. Mity nie umierają.


Barry Paris, "Garbo. Abdykacja królowej",
Wydawnictwo Książkowe "Twój Styl" 2007