Można powiedzieć, że historia literatury to dzieje utworów wydanych pośmiertnie. Weźmy choćby Franza Kafkę, którego najważniejsze książki ukazały się, gdy pisarz już nie żył. Gdyby Max Brod zastosował się do woli przedwcześnie zmarłego przyjaciela i spalił jego rękopisy, nigdy nie poznalibyśmy „Procesu”, „Zamku” i „Ameryki”, a dwudziestowieczna powieść na pewno byłaby inna. Ostatnio o Kafce znów jest głośno, bo w zamkniętym od blisko pół wieku mieszkaniu w Tel Awiwie kilka tygodni temu odnaleziono zapiski przechowywane tam przez sekretarkę Broda. Papiery prawdopodobnie należały do autora „Przemiany”, co dało początek spekulacjom, że zawierają one skandalizujące notatki burzące dotychczasowy obraz życia intymnego pisarza. A niewykluczone, że jest wśród nich kolejne arcydzieło wizjonera z Pragi. Póki co, do domu Ester Hoffe weszli badacze, którzy próbują ratować znajdujące się w fatalnym stanie rękopisy i przede wszystkim ustalić, czy są autentyczne.

Nic więc dziwnego, że papiery po zmarłych pisarzach rozpalają do czerwoności wyobraźnię badaczy i zwykłych czytelników.

Mamy i na naszym podwórku autora, którego nieopublikowana spuścizna od lat elektryzuje odbiorców na całym świecie. To Bruno Schulz i jego zaginiona powieść „Mesjasz”, która miała być literacką i filozoficzną summą autora „Sklepów cynamonowych”. O fabule „Mesjasza” wiadomo niewiele. W czasie wojny czytał znajomym jej urywki. Zdaniem Jerzego Ficowskiego, badacza twórczości Schulza, w powieści była mowa o tym, jak ludzie podawali sobie z ust do ust radosną wieść nadejściu Mesjasza, który miał być już zaledwie 30 kilometrów od Drohobycza. Schulz pracował nad powieścią od 1934 roku do śmierci. W czasie wojny pisarz dzielił rękopisy na części, przemycał za mury getta i dawał na przechowanie zaufanym ludziom. Ich losy były powikłane, Ficowski odnalazł dwóch depozytariuszy, ale ci już nie mieli „Mesjasza”. W zagadkowych okolicznościach zmarli dwaj cudzoziemcy (jednym z nich był ambasador Szwecji), którzy poinformowali polskiego badacza, że autograf książki (prawdopodobnie nieukończonej) jest przechowywany w archiwum KGB.

Zanim doczekamy się odnalezienia „Mesjasza”, możemy o nim przeczytać. Znany izraelski prozaik Dawid Grossman poświęcił mu część swojej powieści „Zobacz pod: miłość”, która wkrótce ukaże się po polsku.

Dłużej, bo do 2010 roku trzeba poczekać na premierowe wydanie dzienników Mirona Białoszewskiego. Upublicznienie zapisków wybitnego pisarza na pewno będzie wielkim wydarzeniem. Autor „Rozkurzu” utrwalił w swoich notatkach setki postaci, które bardzo często traktował jak gotowe figury literackie i umieszczał w swoich utworach. Na kartach dzienników pojawiają się obok siebie zarówno luminarze kultury polskiej (m.in. Henryk Stażewski, Artur Sandauer, Maria Janion i Jan Józef Lipski), jak i sąsiedzi z bloku. Być może za dwa lata czeka nas nie tylko literacka sensacja, ale i obyczajowy skandal. Na publikację czeka też „Chamowo”, tom próz Białoszewskiego pisany w latach 70. po przeprowadzce pisarza do mrówkowca na warszawskiej Saskiej Kępie. Data wydania książki nie jest jeszcze ustalona.

Gorzej ma się sprawa z dziennikiem Jerzego Andrzejewskiego, innego literata o homoseksualnej orientacji. Zebranie i opublikowanie rozproszonych zapisków autora „Popiołu i diamentu” z pewnością przyczyniłoby się do reinterpretacji postawy i twórczości tego coraz bardziej zapomnianego pisarza.

Wielka niewiadomą są też papiery Stanisława Lema. Zmarły przed dwoma laty pisarz pozostawił po sobie gigantyczne archiwum – około 50 tysięcy listów, mnóstwo maszynopisów i dokumentów. Niewykluczone, że wśród nich jest niewydana powieść kryminalna, o której istnieniu autor wspominał współpracownikom.

Przed badaczami stoi też inne wyzwanie. Na uporządkowanie i zremasterowanie czeka fonograficzna spuścizna po prozaiku Leopoldzie Buczkowskim. Zmarły 19 lat temu autor „Czarnego potoku” rejestrował swoje gawędy i monologi od 1958 roku. Do dziś zachowało się co najmniej kilkadziesiąt godzin nagrań – niestety rozproszone kasety i taśmy magnetofonowe nie zostały jak dotąd przesłuchane.

Gruntownej kwerendy doczekała się natomiast spuścizna po Edwardzie Stachurze. Opublikowano dotychczas prawie wszystko, co wyszło spod pióra legendarnego pisarza, który w latach 80. popularnością dorównywał gwiazdom rocka; łącznie z jego listami do Danuty Pawłowskiej. Ale dopiero w ubiegłym roku, po opublikowaniu tej korespondencji, udało się rozszyfrować zagadkowy „przełom mistyczny”, który autor „Siekierezady” przeżył pod koniec życia. Przypadek Stachury, o którym wydawało się, że wiadomo już wszystko, przekonuje, że warto grzebać w papierach po pisarzach. Skoro dzięki listom badacze ustalili, że Stachura osobiście spotkał słynnego hinduskiego mistyka i filozofa Jiddu Krishnamurtiego, to może w końcu uda im się odnaleźć także mitycznego „Mesjasza”?