Dobrze jest być Conorem McPhersonem. Jest młody (rocznik 1971), przystojny i utalentowany. W Polsce kochamy go jak Irlandię. Conor McPherson ma swój temat i własną - polegającą na nieustannym operowaniu aktorskim monologiem - metodę.

Każda jego sztuka to w gruncie rzeczy ta sama "spowiedź dziecięcia wieku”" Różny jest wprawdzie wiek i odmienna czasowa cenzura. Bohaterowie sztuk McPhersona to faceci, przede wszystkim faceci, ze skazą. Albo skażeni. Urodzili się byle gdzie, w jakiejś podłej irlandzkiej dziurze, w irlandzkim Otwocku albo Kłaju.

Nieważne, czy mają 20, czy 60 lat - zawsze z tą samą zachłannością rozmieniają życie na drobne. Tankują w barze i mówią, że "to zła kobieta była" (a wszystkie są z reguły złe), i jak tylko mogą, za wszelką cenę chcą ukryć twarz wrażliwca, który siedzi w nich, i który kiedyś bardzo tęsknił za tym, żeby jego życie było trochę mniej parszywe, a pianka z piwa Guinness była pianką sukcesów z Księgi Rekordów Guinnessa.

Lubimy bohaterów McPhersona, bo są nam bliscy. Nie mają problemów z tożsamością, gardzą polityką, nie czytają Prousta. Za to kochają się w Michelle Pfeiffer (nazwisko aktorki to także tytuł jednej z pierwszych sztuk McPhersona). Natychmiast lubimy także całą trójkę z "Wielkiego dnia" - Raya, Joe i Franka, chociaż każdy z nich niejeden grzech ma na sumieniu. W przedstawieniu Majczaka trzy wielkie monologi trojga bohaterów nieustannie się filtrują. Trzy historie się zazębiają i walczą o pierwszeństwo - która jest ważniejsza, która ciekawsza, w końcu jednak wszystkie trzy wygrywają.

Mała nadmorska mieścina. Odnosi się wrażenie, że tam zawsze jest po sezonie. Nic się nie dzieje. Nikt nie przyjeżdża, nikt nie wyjeżdża. Bezwładny status quo. Nauczyciel akademicki Ray (ironiczny Jakub Bohosiewicz) jest prowincjonalnym lowelasem. Rwie studentki, czasami na imprezie albo na konferencji „puści pawia”, no i pisze książkę, której nikt nie przeczyta. Naukową… Ray ma liczne romanse, ale jedną stałą narzeczoną, siostrę Joego i Franka.

Joe (ujmujący Marcin Kobierski) to jeszcze dzieciak. Coś słyszał już o dziewczynach, ale jakoś nie ma do nich śmiałości. Kiedy jednak do jego klasy trafi repetent i leser Damien, Joe nabierze śmiałości. Do życia, bo z dziewczynami ciągle będzie raczej kiepsko. Brat Joego, Frank (Przemysław Redkowski), po śmierci ich mamy wspólnie z ojcem przejął obowiązki głowy rodziny. Od rana do nocy haruje w smażalni ryb. Patroszy dorsze, przynosi "czerwony sos" (czyli katechup). Mógłby tak do końca świata, do końca życia, ale pewnego dnia przyjdzie mu do głowy jeden bardzo głupi pomysł, który zrealizuje. Ale głupi podobno zawsze mają szczęście.

"Wielki dzień" miał być dla całej trójki wielką klapą. Głupim szczeniackim wybrykiem, za który trzeba będzie zapłacić wysoką cenę. W znakomitej sztuce McPhersona cena ta nie jest jednak specjalnie wyśrubowana. Niewiele się bowiem po tym wydarzeniu zmieniło. Jeden wystrzał pistoletu to za mało.

Ray i tak napisał swoją książkę i znowu głupio się uśmiecha, Joe przestał przyjaźnić się z Damianem i częściej rozmawia z ojcem, i tylko Frank wyjechał na zawsze. Inaczej teraz wygląda. Ma inne powołanie. A smażalnia? Tam pewnie jak zawsze: śledzie, dorsze, "czerwony sos". Wszystkie wielkie dni wyglądają jak małe. Trudno je rozróżnić.
Sztuki Conora McPhersona kojarzą się w Polsce przede wszystkim z Krzysztofem Majchrzakiem, który był ojcem największych sukcesów McPhersona na naszych scenach ("Tama", "Dublińska Kolęda" i "Światła miasta" w warszawskim Studio). W Bagateli kogoś takiego jak Majchrzak zabrakło. Zabrakło brutalności, przenikliwości, pazura.

Aktorzy snują swoje opowieści, muzyka plumka w tle, scenografia to przede wszystkim wielka biała szmata, która po kilku spektaklach może już szczęśliwie nie będzie taka trupio blada. Są jeszcze intrygujące koncepty inscenizatorskie w rodzaju założenia przez Raya ni stąd, ni zowąd seksownej fioletowej peruczki. Mimo wszystko „Wielki dzień” Majczaka to przyzwoite, kameralne, letnie przedstawienie na powitanie wiosny. Zawsze mogło być gorzej. Zimniej.


"Wielki dzień", Conor McPherson
Reż. Andrzej Majczak
Teatr Bagatela w Krakowie
Premiera: 10 marca