Wiedeńska to twoja trzecia zagraniczna praca po niemickich premierach '4.48 Psychosis" Kane i 'W dżungli miast" Brechta. Te przedstawienia są tylko odpryskami od głównego nurtu twórczości czy ważnym treningiem przed krajowymi premierami?
Grzegorz Jarzyna: Pracując nad 'W dżungli miast" w Berlinie, chciałem się przewietrzyć, aby nie wpaść w artystyczną zadyszkę. Właśnie tam, analizując kondycję Schaubuhne, wymyśliłem Teren Warszawa. Zaniepokoiło mnie, jak bardzo 'wyklasyczniał" zespół Thomasa Ostermeiera, u którego reżyserowałem. Energia międzyludzka została zastąpiona hasłami: dyscyplina i sukces. Brak zaufania do reżysera, gwiazdorstwo i napuszenie wkradło się do zespołu jeszcze niedawno niczym wulkan rozsadzającego Baracke przy Deutsches Theater. Po premierze wróciłem do Warszawy i choć zespół Rozmaitości był w świetnej kondycji, zdecydowałem się wstrzyknąć do niego świeżą krew. Aby uprzedzić procesy, jakie zauważyłem w Berlinie.

Doświadczyłeś w Berlinie czegoś w rodzaju zderzenia kulturowego?
W Schaubuhne wytykano mi, że polski teatr jest bardzo emocjonalny. Może nadawaliśmy na innych falach, może styl naszej pracy tak bardzo się różnił, że trudno było spotkać się gdzieś pośrodku. Wydaje mi się, że aktorzy z Schaubuhne potrafią pracować już tylko z Ostermeierem. Zacząłem dobrze, nawet euforycznie, a potem - im bliżej premiery - tym większego nabieraliśmy do siebie dystansu.

W Wiedniu było inaczej?
Bardzo broniłem się przed reżyserowaniem w Burgtheater. Dyrektor negocjował ze mną prawie trzy lata. W końcu stanęło na tym, że da mi mniejszą scenę Casino, ale wolną rękę w wyborze aktorów i tekstu. Zdecydowałem się na [mede:ę] i zacząłem jeździć do Wiednia. Obejrzałem przez dwa lata około 20. przedstawień, rozmawiałem z aktorami, którzy mnie interesowali. Burg ma olbrzymi zespół - prawie 150 aktorów! Z Niemiec, Austrii i Szwajcarii. Jedni byli zbyt zabiegani, żeby zaangażować się w pracę na moich warunkach, z innymi znalazłem szybko wspólny język. Postanowiliśmy z Bachlerem, że [mede:ę] będziemy realizować jako projekt, a nie zwykły spektakl. I że powstanie nowy, współczesny tekst. Chodziło o to, by przeamać polsko-austriackie napięcia i uprzedzenia. Polska aktorka miała grać Medeę w Wiedniu, a niemiecka w Warszawie. Będąc obca w zespole reprezentowałaby problem obcego w obcym kraju. A my sprawdzilibyśmy, jakie są reakcje po obu stronach, czym różni się polski odbiór od austriackiego.

Coś z tego klimatu zostało w ostatecznej wersji twojej. Bohaterkę graną przez Sylvię Roher wprowadza gruzińska muzyka, od razu wiemy, że jest piękną kobietą z egzotycznego kraju, którą przywiózł do Austrii bogaty mąż. Z pomocą wścibskiej pary starych wiedeńczyków, państwa Tenor, przyglądasz się jej. Ci Tenorowie to współczesny wiedeński chór, niechętny auslanderom, zły, że psują im ich raj. Tk postrzegasz wiedeńczyków?

Wszelkie uprzedzenia kulturowe i narodowościowe są w pewnym stopniu wpisane w ich mentalność, ale nie zauważyłem u nich agresji ani bezpośredniej nietolerancji. To raczej nieufność do auslanderów, znacznie większa niż w Niemczech, może pozostałość z czasów wojny, może z epoki C.K. Bardziej odczuwalna w starszym pokoleniu, które po prostu musi kogoś nazywać tym 'obcym". Niedawna jeszcze generalna niechęć do Polaków została teraz wyparta przez niechęć do Rumunów i Bułgarów. Podobno obecnie tylko to oni kradną!

Dlaczego nie wystawiłeś Eurypidesa, a nowy tekst napisany z Michałem Walczakiem?
Bo antyczna tragedia odsyła nas do bogów greckich, których ja teraz nigdzie nie widzę poza muzeum z marmurowymi posągami. Forma, jaką nadał mitowi Eurypides, krępowałaby nas w ukazaniu, jak bardzo problem Medei jest żywy. Przecież potencjalnie w każdym nas drzemie morderca. W książce 'Morderca za ścianą" znalazłem informację, że około 90 procent mężczyzn miało momenty, że przynajmniej w myślach chciało kogoś zabić. Wśród kobiet potencjalne zabójczynie stanowią 80 procent. Fascynuje mnie moment, kiedy instynkt samozachowawczy kapituluje przed agresją, płynącą również z nas samych. Śmierć czy raczej zbrodnia jest swoistym 'deadlinem", który zmienia perspektywę, każe zastanowić si, na ile człowiek jest wolny w swoich wyborach. To było moje główne pytanie do Medei.

Jest czy nie jest wolny?
Jeśli jego los jest zdeterminowany w takim stopniu jak Makbeta czy Medei to nie ma mowy o wolności. Człowiek obdarzony wolnością wyboru może zignorować przeznaczenie, los, fatum. Ale stopień tej wolności zależy od nas. Rozpatruję ją w kontekście biblijnym, Pan Bóg dał nam talenty i powiedział: idźcie i rozwijajcie je. Od nas zależy, ile wolności w sobie rozwiniemy. I czy to będzie wolność ku dobru czy złu. W zależności od miejsca i otoczenia różnie reagujemy na nakazy losu.

Chcesz powiedzieć, że twoja Medea mogła zabić tylko w Wiedniu?
To oczywiście skrót myślowy. Nie chodzi mi konkretnie o to miasto. Z Sylvią doszliśmy do wniosku, że nie wierzymy, żeby nasza Medea zrobiła to, co zrobiła, u siebie, w Gruzji. Żeby zabić własne dzieci, musiała zostać sama w obcym, nienawidzącym jej mieście.

Wydaje się, jakbyś cały czas był w środku jej głowy.
Przedstawiając jej historię na scenie, decyduję się opowiedzieć o niej jakby ze środka jej samej. Żeby jej nie osadzać, tylko przedstawić zdarzenia, jej emocje, lęki i rany, które doprowadziły do zbrodni. Zafascynował mnie jej 'ciąg świadomościowy", jak zmienia się jej postrzeganie świata, męża, dzieci.

Przy uwspółcześnianiu mitów i bohaterów z innych epok zawsze pojawia się pytanie, na ile ich reakcje - drastyczne, ostateczne - są jeszcze dla nas zrozumiałe? Można jeszcze zabić z powodu zdrady?
Zdrada jest tak powszechna w naszym życiu, że trudno oprzeć na niej koncept widowiska. Dlatego dla Medei istotniejsze staje się to, że on jej przysiągł. To jest nasz dom, tu będziemy żyć. Nie zdrada boli ją najbardziej, a złamanie przysięgi. Wiatr zaczyna wiać, bo Medea mówi, że to bogowie ją pomszczą. Wystarczy, że tylko ona w to wierzy. Jej klątwa budzi starych bogów. Oni śpią, więc czasem trzeba ich obudzić. Notabene od imienia Medei pochodzi słowo 'medycyna".

Co w nas ta historia ma uleczyć?
Nic. Ale ma sprawić, żebyśmy przyjrzeli się Medei z różnych stron i zapamiętali moment, w którym zaczyna się zbrodnia. Niech to dla nas będzie sygnał ostrzegawczy.

Niebawem kolejna Twoją premiera w Burgu. Co to będzie?
'Lew w zimie" - sztuka Jamesa Goldmana z lat 60., rzecz w szekspirowskim stylu. Pojedynek króla Henryka II z jego żoną, któremu podporządkowane jest wszystko w ich życiu. Walcząc o władzę, walczą o swoją miłość. Intrygi, zdrady i zbrodnie są tylko po to, żeby podniecić partnera, sprawdzić, czy mu jeszcze zależy. Siedem postaci, siedem głównych ról. Zamiast wątku francusko-angielskiego będzie współczesny, polsko-niemiecki. Zaprosiłem dwójkę polskich aktorów - Tomasza Tyndyka i Katarzynę Warnke.

Przed premierą mówiłeś, że przeraziła cię myśl, że Medea mogłaby być twoją żoną. To sugerowałoby w spektaklu spojrzenie na nią oczami Jazona, a tymczasem ty jesteś cały czas w środku jej głowy.
Myśląc o Medei jako postaci tragicznej, myślałem tak, jak mógłby myśleć o niej Jazon, ale już przedstawiając jej historię na scenie, zdecydowałem się opowiedzieć o niej jakby ze środka niej. Żeby jej nie osadzać, tylko przedstawić pewne wypadki zdarzenia, jej emocje, lęki i rany, które doprowadziły do zbrodnii. Zafascynował mnie jej 'ciąg świadomościowy", jak zmienia się jej postrzeganie świata, męża, dzieci.

Co w takim razie zdarza się w spektaklu naprawdę a co jest urojeniem? Może nie ma zbrodni, jest tylko sen o niej?
Musieliśmy rozchwiać granice między wizjami a realnością. Nie epatujemy sceną śmierci dzieci Medei, a agonię kochanki Jazona pokazujemy w manierze surrealistycznej. Zauważ, że mit przychodzi do naszych bohaterów z zewnątrz. Medea wcale nie ma na imię Medea, tak nazywają ją państwo Tenor, oceniający jej rysy twarzy, jej zachowanie. Ona z kolei zwraca się do męża: Jazonie, a on na to: Nie jestem żadnym Jazonem. To w pewnym sensie odkrywanie mitu. Piętnowanie losem.

W scenie, kiedy maż wręcza jej pozew rozwodowy, wybucha magia, Medea zmienia się w szamankę. Zrywa się wiatr, który rozrzuca kartki zdrady. To typowy obraz dla twojego teatru, uruchamiany zawsze, kiedy dzieje się coś niesamowitego, irracjonalnego. Powiedz, skąd ten wiatr wieje? Z nieba czy z piekła?
Ze wschodu. To azjatycki, metafizyczny wiatr, z miejsca skąd przyjechała Medea. Metafizykę na wschodzie chłonie się całym ciałem, jest czymś zmysłowym - nawet eksplozją barw i zapachów, o czym pisał Witkacy. Premiera odbędzie się 17 listopada.