Nic dziwnego, że książka Marka Łazarza sprzedaje się jak świeże bułeczki. Takiej publikacji o polskim serialu wszech czasów jeszcze nie było.

Reklama

Autor wykonał benedyktyńską pracę – rozmawiał z twórcami, odwiedził miejsca, w których kręcono zdjęcia, przepytał statystów, dotarł do niepublikowanych zapisków. Pokusił się o drobiazgową analizę filmu i kwerendę w archiwach. Efekty są zdumiewające. Okazuje się, że praca nad „Pancernymi” była pełna niekonsekwencji. Na różnych poziomach. Sławiący siłę polskiego oręża serial kręcony był w większości na Ziemiach Odzyskanych.

Wizyta ekipy filmowej na Dolnym Śląsku w dużej mierze podyktowana była oszczędnością. W latach 60. okolice Żagania były miejscem zgrupowania największej liczby polskich (i radzieckich) wojsk pancernych. Odpadał więc problem kosztownego transportu – czołgi przyjeżdżały na plan wprost z poligonu. Z tego samego powodu aktorzy posługują się prawdziwą bronią. Trudno w to uwierzyć, ale wtedy nie opłacało się produkować atrap karabinów i makiet dział, skoro Ludowe Wojsko Polskie wypożyczało wszystko za darmo, a żołnierze statystowali w filmie za grochówkę.

W efekcie dzięki cięciom kosztów serial do dziś imponuje rozmachem. Zaskakujące okoliczności towarzyszyły kręceniu zdjęć w syberyjskiej tajdze. Zimowe plenery zainscenizowano we wrocławskim atelier, tygrysa sprowadzono z NRD (wszystkie „polskie” drapieżniki akurat wyjechały na występy cyrkowe za granicę), zaś w scenie walki psa z dzikiem wilczur grający potem Szarika wcielił się w postać swojej matki.

Szariki tak w ogóle były trzy. Trymer, milicyjny owczarek pełniący służbę w komendzie na warszawskim Żoliborzu, miał dwóch zmienników – Spika i Ataka, którzy dublowali go w niektórych scenach. Czołg Rudy 102 też nie był jeden. Ekipa korzystała z kilku maszyn, w zależności od regionu, w którym akurat kręcono zdjęcia.