Aktor pokazuje, co to znaczy hart ducha. – Mam wolę walki: straszliwą, genetyczną, przebojową. „Tylko dajcie mi punkt podparcia, a poruszę Ziemię”, jak mówił Archimedes – wyznaje Jerzy Stuhr w rozmowie z magazynem „Viva”.

Reklama

„Panie profesorze – wypytuję – kwiecień, marzec, luty?”. A on: „Zobaczymy, panie Jerzy”. W końcu wydukał, bo mnie polubił: „Niech mi pan da pół roku”. Więc muszę poszukać podparcia, by umieć, mówiąc kolokwialnie, zagospodarować sam siebie – dodaje aktor.

Czy nowotwór go zmienił? Jak opowiada Jerzy Stuhr, od czasu, gdy dowiedział się o chorobie, polubił momenty koncentracji na sobie, coraz mniej mówi.

Z dziećmi siedzę, w Wigilię, święta, i bardziej słucham, niż mówię; oni krzyczą. Śmieszy mnie, gdy słyszę poglądy, które znam od dawna, albo wnioski, które bym im podsunął, ale nie muszę, bo sami doszli – opowiada.

Zapewnia przy tym, że się nie podda. Jak wspomina, już kiedyś był blisko śmierci, gdy chorował na serce. – W tym boju jestem doświadczony. W 1988 roku byłem młodym człowiekiem, a prawie umierałem. Żonie mówili: „To może się stać jutro, a może dziś”. Więc nie jestem dobrym rozmówcą w tej kwestii. Jestem uzbrojony, przygotowany w każdej chwili na to, co los może zarządzić – dodaje aktor.

Podkreśla również, że choć jeszcze lekarze nie pozwalają mu na wiele, nie może jeszcze pozwolić sobie na wysiłek fizyczny i dopiero niedawno dostał zgodę na wejście do sauny, to już myśli o wejściu na scenę. Pomagają mu przyjaciele.

Zbieram siły do Teatru Telewizji Polskiej. To byłaby dobra okazja, bo cały kraj by się w jeden wieczór dowiedział, że wróciłem, to byłby ważny sygnał i ludziom by pomógł – podsumowuje Jerzy Stuhr.

Zagra 3 września w spektaklu na żywo „32 omdlenia” Czechowa. Czekamy na premierę.