: Dyplomowanym technikiem żywienia zbiorowego, ale wcześniej skończyłem zawodówkę gastronomiczną i dorabiałem jako kelner. Niedawno raz mi się to przyśniło i był to czarny sen. Wykonywałem też wiele innych zajęć. Życiorys jest jak ogon. Nigdy nie wiadomo, kto nam go przytrzaśnie.
My z Nowakiem wynieśliśmy różne nauki ze szkół. Umiem dodawać i odejmować, napisać wypracowanie, wiersz, sformułować zdanie podrzędnie złożone.
A po co? Umiem na przykład elegancko nakryć stół i ułożyć sztućce, choć rzadko zajmuję się tym w domu, ale uczę dzieci, w jakiej odległości od krawędzi stołu powinien stać talerz.
Zawodówkę wymyśliłem, bo liczyłem, że da mi samodzielność, na której mi zależało. Zawsze chciałem być autonomiczny i źle znosiłem wszelkie ograniczenia. Najpierw poszedłem do ogólniaka, ale po roku wywalono mnie z niego z hukiem.
Miałem dużo nieobecności.
Intelektualna żulerka (śmiech).
Nie chciałem się wykoleić, tylko odejść z liceum, bo to nie był mój wybór, tylko rodziców. Oni z trudem zaakceptowali zawodówkę, ale to była przynajmniej moja decyzja. Nie myślałem o tym, co będę robić w przyszłości, raczej cieszyło mnie, że mogę się szybko usamodzielnić, wyprowadzić z domu, zarabiać na siebie.
Dobrze się bawiłem. Sięgałem po książki, bardzo dużo wtedy czytałem. Nie bardzo pasowałem do tej szkoły.
…którą zrobiłem w wieku 24 lat, co było spowodowane przeciąganiem wszystkiego, byle uciec przed wojskiem, poszedłem na WSP do Zielonej Góry. Dyplomu nie zrobiłem.
Wpisują w rubrykę zawód, który wykonuję.
Niestety, bywam lubiany. Znam też na szczęście paru, którzy mnie nie lubią, według prawideł proporcji. Lubię wielu ludzi, sporadycznie kogoś nie cierpię. Poza tym można powiedzieć, że jesteśmy dość popularni. W przedziale "nieznany - gwiazda" jesteśmy właśnie "dość". Bywa, że mnie policjanci zatrzymują, ale i oni mnie rozpoznają.
Zdarza mi się, choć bardzo rzadko, bo bardzo nie lubię tego stanu. I bardzo nie lubię poranków. A jak już mi się przydarzy kac, to staram się go przeżyć z godnością i nie piję tego dnia. Pijam tylko po zachodzie słońca, szkoda dnia.
Jest pewna sprawiedliwość na świecie. Latem trzeba na wychylenie kieliszka poczekać dłużej.
Nie, lubię wódkę luksusową. Lubię alkohole z różnych półek. O wyrazistym smaku.
Nie, zdecydowanie te dwa. Głównie jednak jestem nikotynistą.
Na początku lat 90. któraś ze światłych pań dziennikarek, usłyszawszy: "Jestem Polakiem, mam na to papier…", uznała nas za skinów. Tymczasem sens tych słów był zupełnie inny. Skinami nigdy nie byliśmy, ale mamy korzenie kontrkulturowe. I kontrkulturalne (śmiech). Ale to było piętnaście lat temu...
Tak, mam taki epizod w życiu. Występowałem w kabarecie "Drugi garnitur" i "Potem". I w kilku innych formacjach odurzających.
Tak, w 1990 roku wygraliśmy Studencki Festiwal Piosenki w Krakowie.
Jacek Kaczmarski, który został poproszony o napisanie kilku słów na okładkę naszej pierwszej płyty, przyznał, że podoba mu się, ale nie wszystko. I ja go rozumiem, bo jak dziś jej słucham, to też mi się nie wszystko podoba. Z kolei Wojtek Waglewski na kolejnej płycie napisał, że podoba mu się, że gramy zespołowo, i docenia fakt, iż nie gramy solówek (śmiech).
Bo nie jesteśmy, gramy drużynowo.
Ebi Smolarek jest wirtuozem, prawda?
Nie, piszę teksty i komponuję część muzyki, ale jakby koledzy chcieli, to mogliby mnie zwolnić. Nie jestem właścicielem zespołu. Jestem jedną z jego twarzy. Piszę słowa piosenek i śpiewam je głosem z akompaniamentem muzyki.
Głównie przez samego siebie, choć na początku wziąłem w Zielonej Górze kilka lekcji śpiewu. Nauczyciel uświadomił mi, że śpiewać może każdy, jeżeli ma odrobinę słuchu i wyczucia frazy
Piszę własne teksty, ale na razie nie znaleźliśmy maszyny muzycznej, z której byłbym zadowolony
Są nowe piosenki, ale nie wszystko w nich wygląda tak, jak chciałbym, by wyglądało, więc możemy poczekać z wydaniem płyty. Zresztą ważniejsze niż nagrywanie płyt są dla mnie koncerty. To jest bardziej interesujące. I spontaniczne.
Być może, choć generalnie uważam, że tak zwane szczere wyznanie w tekście jest mało zajmujące. Myślę, że trzeba mieć niezwykle ciekawy życiorys, by móc o nim opowiadać, jakby to była literatura. Ja nie mam takiego życiorysu i nie chcę go mieć. Nie chcę opowiadać o wydarzeniach ze swojego życia.
Ale ja nie śpiewam o miłości. Raz popełniłem utwór "Tak, bo między nami", dotyczący relacji damsko-męskich z elementami autobiograficznymi. To było na pierwszej płycie i nie mam zamiaru zdradzać, kogo dotyczyło i kiedy się działo. Wydarzenia z mojego życia traktuję jako przyczynek do rozważenia, a nie materiał literacki, choć jeśli ktoś ma odrobinę inteligencji i wrażliwości, to potrafi sobie stworzyć portret psychologiczny artysty.
Jestem człowiekiem wierzącym. Religijny jestem szczególnie wtedy, kiedy chcę poprosić Pana Boga o przysługę dla kogoś innego. Ale ja się nie zmagam z Panem Bogiem, tylko ze sobą, z nieumiejętnością realizacji tego, co Bóg dla mnie, dla nas wymyślił.
Czytam, oczywiście. Napisałem o tym w jednej z piosenek nie dlatego, że przypadkiem spojrzałem na półkę i zawiesiłem oko na Biblii, ale dlatego, że to wynik mojej lektury Pisma Świętego i jego komentatorów. Z nich najważniejszy jest dla mnie Eckhart.
Nie w oryginale, ale czytuję.
Nie, zdecydowanie Eckhart z ważną dla mnie myślą, że nasza miłość do Boga zastępuje nam samego Boga. Bardziej kochamy naszą miłość do Boga niż samego Boga. Tylko skąd wiedzieć, że nie kocha się swojej miłości, lecz Boga?
Znam tylko jedną odpowiedź, że jeśli człowiek całkowicie odda się Bogu i poświęci jego zamysłom, to już chyba nie musi się nad tym zastanawiać. Trzeba próbować do Boga przylgnąć.
Nie, i dlatego piszę piosenki o tym, że nie umiem. Ale chciałbym.
Są rzeczy niepojęte, bo są tajemnicą, i są też rzeczy tak proste, że aż nie wierzymy, że mogą być tak proste. Są w Piśmie Świętym rzeczy niesłychanie radykalne. Weźmy jedno z przykazań: nie kradnij. Nie ma tu warunków, że "zasadniczo nie kradnij, ale...". Po prostu - "nie kradnij". Czy "nie zabijaj" lub "nie będziesz miał cudzych bogów przede mną". I ten radykalizm wydaje się tajemniczy, bo jest trudny do wykonania. Gdyby udało nam się żyć tak radykalnie, to patrzylibyśmy na świat innymi oczyma, bo świat by się zmienił. A świat się zmienia wtedy, kiedy my się zmieniamy, nie odwrotnie. Najpierw to ja muszę się zmienić. Podobno każdy może.
Przeżywam to cały czas, to nie jest zjawisko, które się wydarza raz w życiu, choć oczywiście są i tacy, którym dany jest taki jednorazowy akt. Ja zaliczam się jednak do tych, dla których to proces
Modlę się.
Dlaczego krypto? Jestem jawnym chrześcijaninem. Rzeczywiście śpiewam piosenki i jestem chrześcijaninem, ale nie są to piosenki chrześcijańskie.
Nie, to są tylko rozważania.
Nie chcę się zaszufladkować, to oczywiste. Nie jestem artystą katolickim, bo nie tworzę z pozycji teologii. Pojęcie "artysta katolicki" zatraciło swe znaczenie. To nie jest piosenkarz śpiewający piosenkę z użyciem słowa Bóg. To raczej ktoś, kto składa swój talent i życie w służbie Boga. Szufladkowanie ułatwia, ale przecież nie chodzi o to, żeby było łatwiej.
Tak. Jak w normalnej rodzinie. Chodzimy też do kościoła, choć nie zawsze odbywa się to na zasadzie pełnej dobrowolności (śmiech).
Nie wszystkie w równym stopniu i zawsze mają ochotę iść do kościoła. Dzieci w 2007 roku trzeba zainteresować. One są do tego przyzwyczajone, bo wszystko tworzy się dzisiaj po to, by kogoś przyciągnąć, a skądinąd jest bardzo niewielu księży kompetentnych do pracy z dziećmi. Jeśli rodzice przygotowują się do przyjścia na świat nowego człowieka i kupują wózek, łóżeczko, to mądry proboszcz też przygotuje się na przybycie dzieci i poświęci im część niedzieli, organizując poetykę tego spotkania w sposób komunikatywny dla dzieci.
W toruńskim kościele paulinów były świetnie przygotowane msze dla dzieciaków z krótkimi inscenizacjami teatralnymi, metaforami dla nich. To bardzo trudne, bo nigdy nie wiadomo, czym się dziecko zainteresuje. Byliśmy kiedyś ze starszym synem w kościele, w którym anielskim głosem śpiewała kobieta. Kiedy przestała, nasz trzyletni wówczas syn powiedział na cały kościół: "Ja chcę zobaczyć głos".
Od pięciu do czternastu lat. I tę samą od lat żonę, z wykształcenia aktorkę, która prowadzi w szkole w Toruniu, gdzie mieszkamy, zajęcia teatralne. W domu mamy pełny przekrój: od przedszkolaka podekscytowanego przyjściem Świętego Mikołaja do dorastającej panny.
Pięknie trudno. I warto mieć dużo dzieci, bo są samoistne zjawiska, które tylko w wielodzietnej rodzinie następują, różne relacje między rodzicami a dziećmi, między nimi samymi.
Nie, bo więcej dzieje się w grupie. Taka ekonomia rodziny to zła ekonomia, bo wtedy najlepszy byłby układ z jednym dzieckiem i naszym pełnym zaangażowaniem. Tylko że mielibyśmy wtedy układ dwoje na jednego, najbardziej niesprawiedliwy i niedobry dla samego dziecka i jego rodziców. Najsprawiedliwiej jest cztery, pięć, sześć, dziesięć na dwóch. Wtedy rodzic jest przewodnikiem dużej grupy i sam jest przez tę grupę wspierany ogromną dawką miłości. Ale mówimy tu o wyborze posiadania jednego dziecka, a nie o przymusie.
Bo nie rozumieją, nie doświadczyli tego, jak nieprawdopodobną sprawą jest ten ogrom miłości, która rozsadza dom. To z niej czerpie się siły do zmagania z normalnymi, codziennymi kłopotami
Mam pretensje do siebie i uważam, że jestem złym ojcem, bo mnie za często nie ma w domu. A z drugiej strony jestem dobrym ojcem, bo kocham dzieci i staram się zapewnić im dobre warunki życia. I pewnie więcej jest tego pierwszego, bo dla dzieci najważniejszy jest poświęcany im czas. Ich zupełnie nie interesuje kim jest ojciec: inżynierem, roznosicielem mleka, kelnerem, piosenkarzem. Ma być w ważnych dla nich momentach, by ich wspierać, pomagać, pokazywać świat.
Eee, nie, są bardzo mądre i wiedzą, co z tym zrobić. Radzą sobie.
Ale każda czynność, która ma przygotować nas do świąt, począwszy od kupna karpia, przez sprzątanie i ubieranie choinki, jest ważna. Kupowanie prezentów, jeśli spowodowane jest myśleniem o innych, których chce się obdarować radością z narodzin Chrystusa, może być wartością tych świąt. Cały problem polega na tym, by w przygotowaniu do świąt zachować tę proporcję.
Ha, trzeba się starać. Tu z pomocą mogą nam przyjść obowiązki, które są elementem tradycji. Ale przecież nie ma obowiązku zakazującego wyjazdu na święta, spędzenia ich samemu. Jest wskazane spędzanie świąt z kimś, kto nie może do nas przybyć, ale chciałby być dla nas ważny. Myślę tu o starych i chorych rodzicach. Jak wyglądają święta, gdy żona i mąż spędzają czas w pięknie wysprzątanym domu, przy imponującej choince, ze stołem zastawionym dwunastoma potrawami, jeśli gdzieś tam, w innym mieście, do samotnej wigilii zasiada samotny dziadek lub babcia?
Jeśli przy świętach nie powiemy sobie, że ważniejsze od przygotowań jest spotkanie z ludźmi, to zawsze będziemy piekli cudowne ciasta i gotowali najsmaczniejsze ryby, które będziemy zjadali samotnie w towarzystwie innych. Lepszy jest gorszy barszcz w towarzystwie, które kipi spontanicznością i akceptacją. Naprawdę. Lepiej smakuje.
To nie o atmosferę chodzi. Można psiknąć cynamonowym sprayem i będzie "wigilia"... Istotą, osią świąt jest wspólnota, która zbiera się wokół aktu narodzin Jezusa. Dziwnie pan na mnie patrzy. Brzmi źle w 2007 roku?
Brzmi niebezpiecznie dobrze. I niech tak zostanie.