Pani mnie łapie za słowa, a może nawet i za metafory. "Dojczland” nie jest wykładem o stosunkach międzynarodowych. To dość poetycka opowieść o
podróży, o pewnym jej rodzaju. Tam jest też napisane, że w sercu trzeba mieć obraz rumuńskiego stepu, wyruszając na przykład do Frankfurtu. Tu raczej chodzi o doświadczenie całości,
pełnię, o harmonię chodzi wyrażoną skrótowo, symbolicznie oraz poetycko. Poza tym podróż to jest też sztuka porównań. Oczywiście można się próbować wybrać gdzieś jako Kaspar Hauser,
ale w dzisiejszych czasach to jest raczej utopijny eksperyment. Mnie po prostu dworzec w Stuttgarcie niezmiennie przypomina dworzec w Bukareszcie, chociaż kompletnie nie jest do niego podobny. Nic z
tym nie potrafię zrobić i nawet nie próbuję.
Niemców zawsze ciekawiły inne części Europy. To bardzo ciekawski naród. A kim jestem dla niemieckich czytelników? Trudno mi powiedzieć. W Niemczech w ogóle jest tak, że "na
pisarzy” chodzi się z ciekawości. Po prostu. Na polskich, czeskich... Takie czasy, że samo dzieło, sama książka już nie wystarcza, nie da się jej oddzielić od autora. No chyba że
ktoś kombinuje jak Pynchon albo Salinger. Większość jednak w pocie czoła zarabia na chleb i wlecze swoje ciała przed oczy spragnionych czytelników. Poza tym ja im nie przybliżam Polski, tylko
własne książki. Nie o geografię tutaj idzie sprawa.
W tekście dla "Die Welt” pisałem o tym, że Kaczyńscy dokonali bardzo ważnej rzeczy: pokazali, że polskie społeczeństwo ma wiele twarzy i każda z nich jest prawdziwa i
każda ma prawo przemawiać własnym językiem. Dla bardzo wielu lansowany model "europejskości” jest opresyjny i upokarzający, bo każe im kwestionować własną tożsamość.
Coś przychodzi z zewnątrz i mówi: masz się zmienić, bo twoje dotychczasowe człowieczeństwo nie jest zadowalające, nie jest całkowite. Oczywiście z zachowaniem proporcji można powiedzieć,
że przychodzili Niemcy i mówili: "Nie jesteście wystarczająco germańscy”, potem przychodzili ruscy komuniści i mówili: "Nie jesteście wystarczająco
czerwoni”. Teraz przychodzą Europejczycy i mówią: "Ejże, co z waszą europejskością”?
Kaczyńscy to świetnie wyczuwali, bo są specjalistami od kompleksów, od urazów i mieli odwagę to powiedzieć. Zafundowali Polakom głęboką terapię. Można powiedzieć, że położyli naród na leżance.
Nie wiem, co powinna robić Europa Środkowa, na miłość boską! Zupełnie mnie to nie interesuje. To nie mój cyrk, nie moje małpy. Niech ona robi, co chce. Mnie interesują pejzaże i to, jak
się w nich poruszają ludzkie postacie. To nie ma nic wspólnego z polityką czy historią. Jedyna historia, która mnie prześladuje, to moja własna historia, moja własna pamięć. Wszyscy się
teraz wymądrzają na europejskie tematy, to się dobrze sprzedaje, ale ja próbuję opowiadać tylko własną historię, która przez przypadek, przez zbieg okoliczności, rozgrywa się w tej, a nie
innej przestrzeni. Wciąż muszę się opędzać, wciąż dostaję jakieś zaproszenia na krajowe oraz internacjonalistyczne ględzenia o sprawach zwłaszcza środkowoeuropejskich. Wywalam to do
kosza. Jest jakiś przymus upupienia europejskiego, środkowoeuropejskiego, jakiś fetyszyzm. Zdaje się, że "europeizm” ma zastąpić wymarłe w minionym wieku ideologie. No i ja
się migam, jak mogę. Teraz też. Zrobi, co będzie chciała, ta Europa Środkowa.
No to jest w ogóle dość ciekawe pytanie, kim będziemy bez tego napięcia, kim będziemy bez "Ruskich” i bez "Szwabów”? Czy to nie jest zbyt śmiały projekt
dla naszej narodowej tożsamości? Kim będziemy, jeśli zabraknie tych napięć, skoro tak naprawdę te napięcia nas kształtowały. Mnie osobiście one nie przeszkadzają. Ja je nawet lubię,
korzystam z nich, bawią mnie. Polska jest niepowtarzalna. Co będzie, gdy metaforyczni "Ruscy” i "Szwaby” znikną? Jaką sobie stworzymy narrację, jaką
wymyślimy legendę tożsamości? To jest dobry temat na sztukę: Polska jest wyspą. Albo sąsiaduje tylko z Wielkim Księstwem Luksemburga i Macedonią. To dość groźna wizja, tak sobie myślę.
Albo Polska za sąsiada ma tylko Europę. Co ona wtedy robi? Co robi moja ojczyzna? Poza tym, wie pani, ja lubię granice. Dzięki nim istniejemy, dzięki nim wyodrębniliśmy się ze świata, z
natury. Nieco durnowata wydaje mi się utopia "bezgraniczności”. Ten "rozkrok”, o którym pani wspomina, też mi jakoś nie doskwiera. Powinniśmy nauczyć się
z nim żyć i zrobić z niego znak firmowy, na którego widok inni umierają z zazdrości. Ba, powinniśmy to eksportować za porządną kasę.
Jeśli dobrze pamiętam, to bohaterami moich książek są raczej jakieś postacie spod ciemnej gwiazdy i z Janem Jakubem nie mają wiele wspólnego. No może w "Opowieściach
galicyjskich” jest trochę człowieka russowskiego, ale też raczej niewiele. Śladowe ilości. Nie znam "Instynktu gry”, ale wie pani, to taki literacki zabieg dość
częsty: żeby zło czy też dobro przychodziły z zewnątrz. Juli Zeh pewnie chciała w ten sposób przeprowadzić krytykę społeczeństwa niemieckiego. Znam natomiast jej książkę o Bośni. Jest
świetna. Narratorka jest rzeczywiście postacią russowską, bo nie wstydzi się prostych pytań i zdziwienia.
Nie mam specjalnego pojęcia o Europie Zachodniej i Środkowej. To nie są moje kategorie. Po prostu niektóre krajobrazy są mi bliższe, mocniej na mnie działają, bardziej mnie kręcą. Tak się
składa, że te krajobrazy częściej występują na wschodzie i południu, ale ja po prostu mam tam bliżej. Lubię sobie wyobrażać świat z czasów, gdy byliśmy dziećmi jako gatunek, albo
jeszcze wcześniejszych i taka medytacja jest trochę łatwiejsza w tych krajach i krajobrazach, do których mam bliżej, krócej tam jadę, mniej wypalam benzyny. Oczywiście - nasza część
kontynentu zmienia się szybciej i bardziej niż ta druga, i to dobrze. Ale mnie te zmiany tak bardzo nie pasjonują. W końcu to są w mniejszym lub większym stopniu powtórzenia, naśladownictwo,
często po prostu małpiarstwo. To jest pewnie ciekawe dla socjologa. Ale z grubsza mniej więcej wiadomo, jak to się potoczy. Sławomir Mrożek powiedział kiedyś coś takiego, że trudno się
ekscytować losami świata, w którym najważniejsze jest to, że w końcu każdy Chińczyk dorobi się auta. To dotyczy też nas. Tutaj.
Nie pamiętam tego zdania. Myślę, że ważny był kontekst, w którym padło. Możliwe, że je napisałem, bo podobało mi się jego brzmienie albo z czystej kokieterii. No ale może być coś na
rzeczy. Tutaj bez przerwy coś się rozpada, rozpirza, rozlatuje, bez przerwy doświadcza się nieciągłości, obcości. Rzeczy, które zmieniają nasz los, często nadchodzą z zewnątrz. Armie,
idee, towary. To w jakimś sensie nas unicestwia. Dla pisarza to jest dobra sytuacja, bo otwiera go na nieoczywistość, na dziwność bytu i musi sobie jakoś radzić z tą nicością, musi ją
czymś wypełniać.
To dla pisarza jest idealne wyzwanie, to jest pisarski los w stanie czystym. Andy Warhol, gdy pytano go w Ameryce, skąd pochodzi, odpowiadał: "Znikąd”. Jego rodzina pochodziła
właśnie stąd, z pogranicza rusińsko-słowacko-polskiego. To jest chyba całkiem niezłe miejsce.