To była bardzo intensywna współpraca - przede wszystkim za pośrednictwem korespondencji elektronicznej. Poszczęściło mi się z Jackiem w tym sensie, że jest on nie tylko wybitnym poetą, ale również niezwykle uważnym, obdarzonym filologicznym nosem i językową intuicją tłumaczem. Nie lenił się i dopytywał się o najdrobniejsze szczegóły czy niuanse jakiegoś słowa. To znaczy aktywnie omawialiśmy każdą z możliwych decyzji. Pełna liczba listów, które wymieniliśmy, kiedy Jacek pracował nad przekładami, sięga kilkuset, a może i pół tysiąca.
Do dziś lubię czytać je głośno dla publiczności. Kilka dni temu razem z "Karbido" mieliśmy niewielką trasę po trzech ukraińskich miastach. Prezentowaliśmy nasz program "Samogon". W Łucku, kiedy skończyliśmy ostatnią kompozycję, publiczność zaczęła skandować "Mało! Mało!" i zaczęliśmy totalną improwizację - w ten sposób kolejny raz wykonałem niektóre z tych wierszy tym razem z akompaniamentem muzyki, zresztą doskonałym.
Najważniejsze było poczucie tego, jak coraz więcej było wolności dookoła nas. Dzięki temu znajdowaliśmy w sobie znacznie więcej wolności wewnętrznej. Wszystko zmieniało się niemal na naszych oczach. W 1985 roku, kiedy zakładaliśmy Bu-Ba-Bu, nawet nie można było marzyć o tych możliwościach, które pojawiły się w następnych latach.
Awangardowe w sensie historyczno-literackim - nie. Zresztą wszyscy trzej przy każdej okazji zaprzeczaliśmy temu, że stanowimy "jakąś tam awangardę". Ale zabawy z formą - oczywiście tak. Zabawy z formą nie wykluczają karkołomnego odświeżenia strofiki, rytmiki i rymów. Moim zdaniem właśnie w ramach rytmicznej, rymowanej konwencji możliwe są całkiem niespodziewane zabawy
Absolutnie tak. Zaczynaliśmy w czasach, kiedy język ukraiński można było w Kijowie usłyszeć jedynie w Związku Pisarzy i kilku redakcjach. Staraliśmy się zrobić wszystko, by zaczęła nim mówić ulica. Albo lepiej powiedzieć - Plac, Majdan.
Nie dalej niż w następny poniedziałek, 24 grudnia, mamy kolejny występ w Kijowie w Teatrze Młodym. Rzeczywiście, poczynając od połowy lat 90. znacznie rzadziej spotykaliśmy się, by występować. Ale nigdy nie ogłosiliśmy, że w ogóle kończymy działalność.W młodości żartowałem, że pisanie wierszy po trzydziestce jest śmieszne. Tak właśnie było ze mną. Po zakończeniu "Egzotycznych ptaków i roślin" napisałem jeszcze dwa cykle - "Listy na Ukrainę" i "Indie". I koniec - żadnego dalszego pragnienia, by pisać wiersze! Dlaczego tak się stało? Może z przesytu. Poczułem, że dotarłem do pewnej granicy i nie warto wychodzić poza nią, bo to już będzie powtarzanie się. Dopiero po dziewięciu latach znów zacząłem pisać wiersze, ale to już była zupełnie inna stylistyka, niczym z innej planety - "Piosenki dla martwego koguta".
Bardzo podobnie. Powiedziałbym, że u nas przez dłuższy czas - poczynając od połowy XIX wieku - świadomość narodowa była poezjocentryczna, to znaczy niemal cała ukraińskość skupiała się w poezji i wierszowaniu. I ta okoliczność z kolei dyktowała poetom ich społeczne obowiązki. Teraz ta tendencja, jak mi się wydaje, już bezpowrotnie minęła.
Na to pytanie trudno odpowiedzieć w kilku zdaniach. Trzeba napisać cały esej. Najdziwniejsza jest dla mnie, to moje subiektywne stwierdzenie. Być może powstało we mnie w związku ze szczególnym położeniem tych terenów - pomiędzy Rosją i Zachodem.
Tak, raczej zgodzę się z Dubravką. Moim zdaniem między Estonią i na przykład Albanią jest znacznie więcej podobieństw, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Kilka dziesięcioleci komunistycznego totalitaryzmu pozostawiło bardzo głębokie piętno na większości naszych krajów. A do tego jeszcze coraz bardzie groźne sygnały ze strony Rosji. Zatem w wypadku, kiedy rewanż jednak się powiedzie, właśnie kraje postkomunistyczne odczują to na sobie pierwsze. Dlatego powiedziałbym, że nasza wspólnota w całkiem oczywisty sposób bazuje nie tylko na wspólnej przeszłości.