Dziennik Gazeta Prawana logo

Chałturzyłem z panienkami

31 maja 2008, 01:21
Ten tekst przeczytasz w 12 minut
Artur Andrus Chałturzyłem z panienkami
Artur Andrus Chałturzyłem z panienkami/Inne
Chałturzyłem prawie ze wszystkimi. Łącznie z tym, że na Dniu Chemika w Kutnie, w początkach mojej kariery konferansjera, w programie obok mnie był jeszcze człowiek - guma i fakir. Innym razem byłem ja, iluzjonista i balet "Independent", czyli trzy bardzo atrakcyjnie rozebrane dziewczęta zwołane specjalnie na ten wieczór jako balet. To była duża klęska - zwierza się DZIENNIKOWI Artur Andrus, dziennikarz, poeta i konferansjer.


Zawsze. Jakiś czas temu pewna dziennikarka poprosiła mnie o komentarz do występu Polaków w finale mistrzostw świata w piłce ręcznej.


Też się broniłem się, że nic o tym nie wiem, ale zapewniała, że to nie szkodzi i poprosiła o wierszyk. Wtedy zorientowałem się, że meczu finałowego, który mam skomentować, jeszcze nie było. "No tak, ale ja jutro wyjeżdżam, więc gdyby mógł pan nagrać dwie wersje: jak wygramy i jak przegramy". To przygotowałem.

Skąd pan czerpie pomysły?


Nie gdzie świeciło, tylko "Co słonko widziało?". Rzeczywiście kiedyś jako młodego dziennikarza radiowego wysłano mnie na kongres polonistów, na którym ze trzy godziny przemawiał bardzo mądry profesor, przewodniczący Towarzystwa im. Marii Konopnickiej. W przerwie podszedłem do niego i spytałem: "Panie profesorze, co słonko widziało?".


Napisałem coś o słonku?


O matko! Tłumaczy mnie tylko to, że sam jestem z ciemnej Galicji. W ogóle nie pamiętam tego.


Widziałeś się z nią?


[śmiech] To może być prawdą.


Widać, że musiało mi ono zapaść w pamięć, bo kilkakrotnie się na nie powoływałem. Prześladuje mnie ten wiersz.


Ja? Nigdy.


Ja je tylko utrwaliłem! Tak się nazywał zięć właściciela mieszkania, które razem z kolegą, zresztą przeprowadzającym ten wywiad, wynajmowaliśmy na studiach. Zięć Tarapata jeździł "samochodem marki trabant osobowy", a jego nazwisko wykorzystałem kiedyś w wierszu.


Czy ty nie mógłbyś sam zrobić tego wywiadu? Wiesz o mnie więcej.


Chodzi ci o "Rum tum tum, trala bum"? To rzeczywiście była nowa jakość w historii polskiej radiofonii. Była w Programie IV Polskiego Radia nadawanym wtedy wyłącznie na falach średnich, w sam raz dla rybaków na Morzu Ochockim.


Śladowo. Jestem zatrudniony w Polskim Radiu jako komentator. To awans, bo byłem już młodszym redaktorem i redaktorem, ale głównie jeżdżę po Polsce i towarzyszę kolegom bawiącym się w kabaret.


Niedawno pewien młody człowiek zastrzelił mnie. Skończyliśmy rozmawiać, on wyłączył magnetofon i mówi: "Przepraszam pana, ale ja nie mam jeszcze obycia w wywiadach, bo to dopiero mój drugi. Pierwszy był z takim księdzem, ale on już nie żyje."


To widocznie ze mną tylko tacy chcą rozmawiać. Ciekawe czemu? Ale ciekawsze niż moje, są przygody kolegów. Pewna młoda dziennikarka przeprowadzała w garderobie wywiad z Andrzejem Poniedzielskim, a że był to grudzień, to spytała, co uważa za swoje największe osiągnięcie w mijającym roku. Andrzej zamilkł, popatrzył na nią, westchnął i powiedział: "Proszę pani, ja w sierpniu z ośmiu metrów trafiłem ogryzkiem w wiadro".


A wyraz twarzy tej dziennikarki był zjawiskowy. A propos wyrazów twarzy, to przypominam sobie, jak w pewnej telewizji informacyjnej, z którą współpracuję, relacjonowano pierwszy przypadek choroby wściekłych krów w Polsce. I korespondent produkuje się, produkuje, opowiada, a na koniec kompletnie roztargniony i niezainteresowany tym prezenter pyta: "Maćku, a czy możesz jeszcze powiedzieć, o jakie zwierzę chodziło?".


Odpowiem jak redaktor Maciek [Artur Andrus zaciska zęby i mówi z wściekłością]: - O krowę!


Mistrzostwem była rozmowa pewnej dziennikarki radiowej z Wiesławem Michnikowskim. Aktor dał się namówić na wywiad, a ona zaczyna tak: "W naszym mieście z gościnnymi występami przebywa Edward Dziewoński. Chciałam pana zapytać…". I Michnikowski bez mrugnięcia okiem występował w roli Dziewońskiego, opowiadał, jak to zakładał kabaret "Dudek", grał w "Eroice" i Teatrze Syrena, a na koniec dodał, że chciałby pozdrowić słuchaczy i sprostować, że nie nazywa się Edward Dziewoński, tylko Wiesław… Gołas. To powinno trafić do muzeum dziennikarstwa polskiego.


Tu ciekawy musiał być wyraz twarzy Kaczyńskiego, bo ona zapewne uważała, że wszystko jest w porządku. Nic chyba nie przebije jednak słynnego pytania do Władysława Bartoszewskiego: "Panie profesorze, w czasie II wojny światowej zginęło sześć milionów Żydów. Dużo to czy mało?".


Pamiętam swój pierwszy występ w telewizji, w programie "100 pytań do…". Byłem studentem dziennikarstwa i bardzo chciałem w nim wystąpić, żeby mama zobaczyła mnie w telewizji, no i ciotki.


Ale każda ma telewizor. Przygotowałem więc pytanie do marszałka Wiesława Chrzanowskiego i nawet je zadałem. Nie przyznam się, jakie, ale on zupełnie nie zrozumiał, o co mi chodzi. Po powrocie do domu przypomniałem sobie to pytanie i stwierdziłem, że ja też niczego nie rozumiem. Tak byłem przejęty początkiem kariery…


Bo nie ma specjalizacji i trzeba się znać na wszystkim, a jak pracujesz w radiu, to musisz jednego dnia odpytać prof. Orłowskiego i wpaść na jubileusz 85-lecia Aliny Janowskiej. Trudno się więc dziwić dziennikarzom, że łatają to pytaniami: "Jak to się zaczęło?" i "Skąd pan czerpie pomysły?".


Ale czasem oni wiedzą tyle samo. Pamiętam, jak koleżanka z telewizji przygotowywała się do wywiadu z Markiem Andrzejewskim, młodym piosenkarzem z Lubelskiej Federacji Bardów. Popatrzyłem na grube dossier Marka i zdziwiłem się, że choć taki młody i mało znany, zdążył już udzielić tylu wywiadów. Rzuciłem okiem bliżej. Okazało się, że koleżance dostarczono wywiady z… Felicjanem Andrzejczakiem. Uratowałem ją w ostatniej chwili, mówiąc, że to nie ten facet od "Jolka, Jolka pamiętasz…".


Jak tego dżentelmena, który rozmawiał z Anną Dymną? Program na żywo, w telewizji i dziennikarz zagaja, że mija kolejna rocznica śmierci znanego krakowskiego poety i kabareciarza Wiesława Dymnego, a w studiu mamy panią Annę Dymną. "Jaki był pani ojciec?". I krzyk Dymnej: "Mąż!". Pani Anna mogła się jednak zlitować…


Ja mam łatwiej, bo ludzie kojarzą mnie z kabaretem, więc pomyśleliby, że to żart. Słaby, ale zawsze jakiś. Kilka razy udało mi się w ten sposób zachować resztki twarzy. Prowadziłem kiedyś transmitowaną w radiu bardzo poważną uroczystość wręczenia Nagrody Ikar księdzu Twardowskiemu i witając przewodniczącego jury, dyrektora Muzeum Literatury prof. Janusza Odrowąża-Pieniążka, powiedziałem: "Przed państwem prof. Janusz Odrowążek-Pieniążek".


Profesor pobłażliwie się uśmiechnął, ale nie zawsze uchodziły mi takie rzeczy płazem. Kiedy na balu prawników i lekarzy powiedziałem: "Bawcie się, zaprzyjaźniajcie. W końcu kiedyś każdemu prawnikowi będzie potrzebny lekarz, a każdemu lekarzowi - prawnik". Nie wiedzieć czemu, poproszono mnie, bym już nie prowadził dalszej części imprezy.


Kilka dni przed uroczystością polsko-szwajcarskiej izby handlowej zadzwoniono do mnie z prośbą, czy nie mógłbym poprowadzić jej, niczym Wilhelm Tell, w zielonych spodenkach i czapce na głowie.


Kiedyś poprosiłem szefa kelnerów, by podczas występu nie roznosili jedzenia, bo to przeszkadza. "Ależ oczywiście, tak uzgodniliśmy z organizatorami". Wchodzę na scenę, witam się, a tu jak na komendę na sali zaroiło się od kelnerów. Nie chciałem stroić foch, więc dograłem do końca, a potem idę do faceta, z którym rozmawiałem, a ten się broni: "Ale myśmy przecież tylko znosili puste talerze!".


Jeden z kolegów zastrzegł sobie, że nie będzie żadnego jedzenia w trakcie jego występu. Obiecano mu to solennie. Wychodzi na scenę i widzi, że dosłownie przed każdym widzem stoi zupa i drugie danie. Jeden utwór, drugi, ale nikt nie je! Przy trzecim on nie wytrzymał i pyta publiczność: "A państwo nie jesteście głodni?". "Jesteśmy!". "To czemu nie jecie?". "Sztućców nam nie dali".


Ze wszystkimi. Łącznie z tym, że na Dniu Chemika w Kutnie, w początkach mojej kariery konferansjera w programie obok mnie był jeszcze człowiek - guma i fakir. Innym razem byłem ja, iluzjonista i balet "Independent", czyli trzy bardzo atrakcyjnie rozebrane dziewczęta zwołane specjalnie na ten wieczór jako balet. To była duża klęska.


Oczywiście. Ale tak jest na całym świecie i nie tylko w telewizji, ale w całym show-biznesie.


Tak to działa.


Nie, ale kolega był na otwarciu spalarni śmieci. Wstęgę przecinał premier Buzek. Teraz modna jest resocjalizacja przez sztukę, stąd popularność występów w więzieniach. Na jeden z nich zaproszono pewnego aktora dramatycznego z monodramem. Po kilku minutach wstał jeden z więźniów i powiedział donośnym głosem: "Proszę mnie natychmiast zaprowadzić do celi".


Takie nie, ale kiedyś podeszła do mnie pewna pani i powiedziała: "Boże, pan jest taki śmieszny jak pies".


Innym razem firma farmaceutyczna wynajęła mnie i kilka innych osób na cykl występów dla kardiochirurgów. Przed jednym z nich, w Wiśle, organizatorka powiadomiła nas, że występ odwołano. Okazało się, że zadzwonił do niej jeden z lekarzy reprezentujący kolegów i spytał, kto będzie występował. Powiedziano mu, więc spytał jeszcze, ile wynoszą nasze honoraria. Tego się nie dowiedział, ale niezrażony zaproponował, by odwołać artystów i za wszystko kupić im wódki.


Przynajmniej ma w środowisku taką opinię. Prowadziłem też imprezę plenerową, której konkurencją było rozłożone obok wesołe miasteczko. I w czasie przerw przeszedłem się tam i zobaczyłem napis na kasie: "Podczas występu artystów karuzela gratis".


To po twojej wizycie? Ktoś podrzucił mi ogłoszenie z klatki schodowej: "Uprzejmie informujemy, że od dnia 1 lutego będą pobierane opłaty za psy w wysokości 24 złote oraz 12 złotych od emerytów i rencistów". Ciekawe, też czy na zamku w Książu wciąż wisi tablica "Stado ogierów Skarbu Państwa zaprasza"? W Brzezinach, na trasie Warszawa - Łódź jest restauracja reklamująca się tablicą: "Potrawy kuchni orientalnej. Jak u mamy".

.
Jasne, w Sanoku zawsze nosiliśmy sajgonki do szkoły. Z kolei w Bytowie w restauracji jest rewelacyjne menu. Po zupach, daniach głównych i deserach są jeszcze dodatki, a w nich dwie pozycje: zapałki i prezerwatywy.


To apetyczne. W Krakowie na Grodzkiej wisiało ogłoszenie: "Szukamy chłopaka na kebab".

.
Mój ulubiony napis w Zgierzu: "J. Słomczewska przyszłość wentylacji". Andrzej Poniedzielski zadumał się nad tym i skwitował: "Nie znam kobiety, ale być może…". Albo zakład pogrzebowy w Sławnie reklamujący się: "Promocja! Do każdego pogrzebu trąbka gratis". Pewnie mają zapisy na trzy lata do przodu. Jeden z hipermarketów miał inną promocję: "Mleko UHT 2%. Weź 10, zapłać za 12".


Nie, poszedłem tam do pracy. Poszukiwali rzeźnika. "Oferujemy: atrakcyjne wynagrodzenie, system szkoleń, możliwość rozwoju zawodowego, ciekawą i odpowiedzialną pracę w miłej atmosferze".


Serio?


Skoro już na taki poziom zszedłeś, to dostałem kiedyś metkę "Toilet paper professional". A przed jedną z toalet w Warszawie jest piękny napis: "Damska. Wejście przez męską". Niezłe są też pozostałości po napisach peerelowskich, jak w Bydgoszczy na fabryce kabli: "Kable zawsze z Partią". Z PRL-em kojarzy mi się piosenka żołnierska, której się nigdy nie uczyłem, ale pamiętam do dziś. "Kiedyś cięły chłopcy nasze: ciach pałaszem, ciach pałaszem, ale teraz to już nie to. Buch rakietą, buch rakietą!".


Po jednym z występów w Kołobrzegu, gdzie o tym opowiadałem, podszedł do mnie starszy pan i powiedział, że on ma to samo, bo jego trzyma się wierszyk zapamiętany w podstawówce: "Trochę bokiem przeszliśmy w pochodzie, do sztandaru wzięto mnie jednego. Mamo, Stalin uśmiechnął się do mnie, a Grześ się sprzecza, że do niego!".


Byłem nawet na okładce pewnego pisma - "Farmacja i ja". Zazdrosny Poniedzielski powiedział, że on się nie dziwi, bo wielu osobom w Polsce kojarzę się z bólem.


Też mógłbym tam być recenzentem. I chciałbym tam mieć okładkę. A mogę na koniec coś opowiedzieć o polityce?


To tylko jedna historyjka. W ostatnich wyborach prezydenckich lokalni działacze PiS rozlepiali na własną rękę hasła: "Innych jest wielu, Kaczyński jest jeden".


Po południu jadę na Ursynów.

Artur Andrus, dziennikarz, poeta, autor tekstów piosenek, artysta kabaretowy i konferansjer. Od 1994 roku współpracuje z Polskim Radiem Program III. Redaktor programu "Powtórka z rozrywki" oraz "Akademia Rozrywki", gospodarz spotkań w warszawskiej "Piwnicy pod Harendą" oraz w łódzkiej "Przechowalni" i w krakowskiej "Piwnicy pod Baranami". Od 2005 jest stałym gościem programu publicystyczno-satyrycznego "Szkło kontaktowe" w TVN 24.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj