ROGER DONALDSON: Nie chciałbym sprawiać wrażenia, że mój film jest czymś w rodzaju dokumentu, w końcu pojęcie "prawdziwej historii" jest dość szerokie. Scenariusz został
zainspirowany prawdziwymi zdarzeniami - napad na bank na Baker Street w Londynie w 1971 r. W akcję filmu wpletliśmy też potwierdzone zdarzenia, jak choćby to, że policjanci zaalarmowani
podsłuchanymi przez radiostację rozmowami złodziei wchodzili do bankowego sejfu dokładnie w tym czasie, kiedy byli w nim bandyci, jednak niczego nie zauważyli... Wiem, że w trakcie prac nad
scenariuszem przeprowadzone zostało coś na kształt śledztwa, kontaktowano się z rozmaitymi informatorami zarówno z kręgów przestępczych, policyjnych, jak i tajnych służb. Ja też miałem
okazję w ramach przygotowań do pracy nad filmem rozmawiać z ludźmi, którzy byli w jakiś sposób zaangażowani w tamte wydarzenia, np. z człowiekiem, który znał czarnoskórego gangstera
Michaela X. To pozwoliło mi zbliżyć się do tematu, zrozumieć, jak wyglądała ówczesna sytuacja polityczna i społeczna.
Z moich informacji wynika, że owszem, zatrzymano cztery osoby, ale wszystkie po jakimś czasie zwolniono. Natomiast szczegóły tej sprawy są z jakichś względów utajnione i nie można dotrzeć
do oficjalnych dokumentów. Zostają nam przypuszczenia i tym właśnie zajęliśmy się w naszym filmie.
Oczywiście! Staraliśmy się być w zgodzie w wymogami gatunku tzw. heist movie - perfekcyjny plan, napad, potem coś musi pójść nie tak i bohaterowie znajdują się w potrzasku... Ale mam
nadzieję, że udało nam się coś więcej, a mianowicie powiedzieć jakąś prawdę o społeczeństwie jako takim - zwłaszcza angielskim, które jest niezwykle głęboko podzielone, klasowe.
Mam nadzieję, że tak. Dotychczasowe przyjęcie filmu zdaje się potwierdzać tę tezę. Publiczność naprawdę dała się wciągnąć w naszą historię, widzowie chcieli wiedzieć więcej
zarówno o prawdziwych wydarzeniach, jak i o poszczególnych wątkach intrygi, wzajemnych powiązaniach bohaterów. Było sporo dyskusji na różnych filmowych forach (śmiech). Myślę, że to, co
podoba się współczesnym widzom w tym filmie, to jego staroświeckość - to, że nie ma w nim żadnych wymyślnych technologii, bohaterowie muszą polegać wyłącznie na swoich bystrych
umysłach, odwadze, sile, lojalności. I liczyć na łut szczęścia!
Jakoś łatwiej nam się identyfikować z tymi, którym nie do końca się w życiu powiodło i z tego powodu podejmują rozmaite, nie zawsze poprawne moralnie decyzje, niż z bogaczami czy
wpływowymi szarymi eminencjami, o których istnieniu nie mamy pojęcia. Obserwując dzisiejszy świat, łatwo zauważyć, jak wiele pieniędzy trafia do kieszeni kilku wciąż tych samych ludzi.
Bogaci się bogacą, a nam pozostaje marzyć o wygranej w totka albo napadzie na bank (śmiech).
Nie było łatwo tak cofnąć się w czasie. Po pierwsze miasto, co naturalne, bardzo się zmieniło. I choć ten akurat róg, na którym mieści się bank, wygląda nadal tak samo, to jest to bardzo
ruchliwa okolica i trudno było tam realizować zdjęcia, musieliśmy więc zbudować atrapę. Ale staraliśmy się wykorzystywać tak wiele autentycznych lokalizacji, jak tylko się dało. Dużo
uwagi poświęciliśmy też odtworzeniu wszystkich szczegółów życia codziennego, od ubrań i muzyki poczynając, na wystroju wnętrz, samochodach i krojach czcionek kończąc. To była świetna
zabawa, czułem się, jakbym podróżował w czasie (śmiech).
Owszem, w dodatku był to pierwszy kolorowy film w historii tego kraju. Bardzo żałuję, że jest tak niedobry (śmiech). Jednak zyskał pewien rozgłos, odniósł umiarkowany sukces
międzynarodowy, zwłaszcza w Stanach, co sprawiło, że nasz rząd postanowił utworzyć Instytut Filmowy wspierający rodzimych twórców. Mam więc pewne zasługi, choć i nadzieję, że jako
filmowiec nieco się od tamtej pory rozwinąłem.
Taki po prostu jestem. Wystarczająco wielu wypowiada się w imieniu rządów, instytucji. Ja wolę przypominać o tym, że prawdziwą władzę mają ludzie na ulicach, ludzie jak my. Nawet jeśli
stanowczo zbyt rzadko z tej władzy korzystają. Poza tym interesuję się polityką, zawsze śledzę bieżące wydarzenia i staram się wiedzieć więcej, znać ich kontekst, mieć swoje zdanie. To,
co mnie przeraża w historiach takich jak ta opowiedziana w "Trzynastu dniach", to że tak mało wiemy o rozmaitych zakulisowych posunięciach władzy, tak często jesteśmy o krok
od katastrofy i nie mamy o tym pojęcia.
Właśnie dlatego tak bardzo chciałem przyjechać do Polski - przywiozłem tu całą moją rodzinę i za parę dni ruszamy na wycieczkę po kraju, chcemy zobaczyć Kraków, Warszawę, może Gdańsk.
Andrzej, który jest moim bliskim przyjacielem, służy mi za przewodnika - zza oceanu wciąż przysyła wskazówki, co powinienem zobaczyć, gdzie pojechać, czego się napić (śmiech). Bartkowiak
to wspaniały operator, miałem okazję się o tym przekonać wielokrotnie, zrobiliśmy razem jeszcze "Gatunek" i "Górę Dantego". Nie mogę odżałować, że
zajął się reżyserią, bo bardzo brakuje mi jego pomysłów i wyczucia.